Jak ewoluowała strategia produktowa uPacjenta. Rozdział 2: Uciekający Product-Market Fit

Ta dekompozycja produktowa jest (nawet jak na moje możliwości) bardzo długa, więc postanowiłem podzielić ją na 5 rozdziałów, które będą publikowane w odstępnach czasowych

Rozdział 1: Początki
Rozdział 2: Uciekający Product-Market Fit (jesteś tutaj)
Rozdział 3: Domknięcie Customer Journey
Rozdział 4: Lably
Rozdział 5: Nowe, nowe otwarcie

Nie wiem czy wiesz, ale piszę książkę pt. Produkt Nieskończony. Tutaj możesz dowiedzieć się więcej i dostać ją najszybciej (gdy już będzie gotowa).

Tutaj podcast na temat tego kejsu wynegerowany przez NotebookLLM:


Finalnie zdecydowaliśmy się przeznaczyć ostatni kwartał 2022 roku na prace nad zdobywaniem kalorycznego ruchu. Decydujący argument przyniósł nam marketing: aby wiedzieć, że ściąga do nas odpowiednich ludzi musi mieć informację zwrotną wbudowaną w produkt, bo muszą zrozumieć, które ich eksperymenty faktycznie działają, a więc czy dobrze wydajemy nasz budżet reklamowy. 

Dlatego zamiast zająć się naprawianiem ścieżki faktycznie skupiliśmy się najpierw na wbudowaniu tzw. datalayera, czyli warstwy analitycznej, dzięki której mogliśmy do niezależnego systemu agregować wszystkie interakcje użytkowników ze ścieżką zakupową.

*Notka analityczna. Zdecydowaliśmy się na wdrożenie Google Tag Managera i pozostanie w środowisku Google Analytics 360 i równolegle GA4. Muszę jednak otwarcie powiedzieć, że o ile faktycznie dużo to wniosło dla marketingu, to produktowo GA4 jest fatalne. Narzędzie jest nieintuicyjne do tego stopnia, że lepiej (i łatwiej!) jest zrobić customowe dashboardy w Lookerze, aby otrzymać sensowne dane produktowe. Jeśli macie taką możliwość to sugeruję zainteresować się innymi narzędziami, które mogą równolegle być feedowane danymi z GTMa (jak Amplitude, Mixpanel czy Pendo). 

Po skończeniu mozolnego i frustrującego wdrożenia analityki przeszliśmy do punktu drugiego naszego planu: uproszczenia ścieżki.

Prostowanie ścieżek

Mimo wymienionych wcześniej obostrzeń mieliśmy dużo pomysłów jak między nimi nawigować i poprawiając UX. Zaczęliśmy od eliminacji zduplikowanych pól i zmniejszania niekrytycznych wyborów. 

Największe kontrowersje wywołała zmiana usuwająca możliwość wyboru specjalisty. W pierwotnej wersji po wyborze godziny można było wskazać, kto ma przyjechać, biorąc pod uwagę zdjęcie, opis i średnią ocen z wizyt danej specjalistki bądź specjalisty medycznego. To jednak powodowało dwa problemy kognitywne u użytkowników: czy wybrana osoba będzie najlepsza dla mnie? Co jest ważniejsze – liczba ocen czy opis? A co jeśli wybiorę złą osobę?

Stwierdziliśmy, że dobrze wszystkim zrobi jeśli przeniesiemy tę odpowiedzialność na nas. Po stronie architektonicznej i operacyjnej to też miało same plusy: 

  • Mogliśmy dopasowywać specjalistów spełniających wymogi według własnego klucza, dzięki czemu ułatwialiśmy “wgryzienie się” w nasz ekosystem nowemu personelowi medycznemu specjalistkom, a tym samym obniżać prawdopodobieństwo ich odejścia z powodu braku zleceń. 
  • Mogliśmy promować te osoby, które udostępniają nam najwięcej swojego czasu. Albo te, które mają największe “pokrycie” geograficzne swoimi usługami. 
  • Mogliśmy lepiej dopasowywać specjalistki względem umiejętności i kompetencji  przydatnych przy pobieraniu krwi niemowlętom i dzieciom

Słowem, mogliśmy dynamizować popyt i podaż dzięki algorytmom charakterystycznym dla marketplace’ów.

Następnie uprościliśmy stronę główną, tak, aby zmniejszyć liczbę Call To Actions z trzech do jednego i już na tym etapie móc podać swój adres. Potem poprawiliśmy wygląd katalogu badań dodaliśmy do niego nową, super szybką wyszukiwarkę oraz nowe filtry i sortowanie. Następnie zmieniliśmy logikę dodawania badań do koszyka, ale lepiej odwzorować proces myślowy pacjentów.

Efekty

Te wszystkie zmiany uprościły ścieżkę na krytycznych, pierwszych krokach zakupowych. Strona ładowała się szybciej, interfejs reagował sprawniej na akcje internautów. Niemniej mimo ewidentnych technologicznych i UXowych usprawnień, te zmiany nie przyniosły spodziewanych przeze mnie benefitów – konwersja nie rosła bezpośrednio po wprowadzeniu zmian. Skoro upraszczanie zawsze działa, to co poszło nie tak?

*Notka produktowa. Ta zagadka była bezpośrednim powodem powstania wpisu Punkt Konwersji, w którym wreszcie połączyły mi się wątki i zrozumiałem, zrozumiałem, że prawdziwa konwersja powstaje w zupełnie innym miejscu niż produkt, cyt. “Jednak te liczby są tylko konsekwencją czegoś ważniejszego, czegoś znacznie trudniejszego (lub nawet niemożliwego?) do zmierzenia: prawdziwej intencji. A konkretnie chodzi o moment, kiedy ta intencja się formuje. W większości przypadków (szczególnie jeśli mamy do czynienia z produktem B2C) ten moment pojawia się zanim rozpocznie się mierzalna podróż klienta, a więc zanim klient wejdzie w interakcję z produktem!”

Uciekający Product Market Fit

W momencie mojego przyjścia do uPacjenta spółka była na końcówce fali wznoszącej związanej z Covid-19. Niemniej już wtedy (kilka miesięcy po agresji rosyjskiej w Ukrainie) zastanawialiśmy się, jak rozwinie się nasz biznes, widząc słabnące znaczenie zdrowia w kontekście wojny. Ludzie wręcz otwarcie mówili, że “Covid się skończył wraz z agresją Rosji”. 

Wtedy uPacjenta, oprócz głównej linii biznesowej (pobranie w domu) oferowała także testy covidowe w firmach. Ta usługa rosła sprawnie w trakcie kolejnych fal pandemii. I choć liczba chorych rosła, to dane zaczęły pokazywać, że kolejne odmiany wirusa miały coraz łagodniejszy przebieg. Obostrzenia Ministerstwa Zdrowia łagodniały, a firmy powoli zaczynały rezygnować z pełnoskalowego testowania wszystkich pracowników, oddając ten obowiązek z powrotem do decyzji pracowników. 

Byliśmy w momencie, w którym cała organizacja była zoptymalizowana pod obsługę jak największych wolumenów pod zbliżający się szczyt badań covidowych, ale my zastanawialiśmy się, co powinno być naszym silnikiem wzrostu za 3-6 miesięcy. Obawialiśmy się bowiem, że kumulacja trendów i bieżących wydarzeń mocno nami zabuja. 

I faktycznie tak się stało. Nasz PMF odjechał przez podwójne uderzenie: najpierw wojna w Ukrainie, a później rosnąca inflacja pocovidowa. Byliśmy więc w ciekawym miejscu: cała maszyna produktowa jest rozhulana do granic możliwości, natomiast przyszłość jest niepewna jak nigdy wcześniej.

Dychotomia temporalna

Jedna z najciekawszych rzeczy, których nauczyłem się pracując w startupach to fakt, że różne grupy ludzi żyją w różnych “czasach”. Powstaje prawdziwa dychotomia temporalna, która jest źródłem wielu problemów komunikacyjnych.

Część wytwórcza organizacji musi funkcjonować “tu i teraz”, żeby dobrze wykonywać swoją pracę. Mają zobowiązania, które rozliczane są z dnia na dzień i wymagają patrzenia na szczegóły. Dzięki temu można szybko reagować i rozwiązywać problemy, zanim staną się poważne. Na przykład zespoły scrumowe pracują w teraźniejszości, czerpiąc dane z niedawnych wydarzeń, aby mieć szybkie sprzężenie zwrotne. 

Gdy przesuwasz się wyżej w strukturze, to Twoja perspektywa musi się wydłużyć w czasie. Jako że mamy ograniczone możliwości kognitywne to dzieje się to kosztem szczegółów codzienności zawodowej – jeśli masz za zadanie określić cel na kolejny kwartał, to musisz komuś innemu oddać decydowanie o kolorze przycisku. Twoimi narzędziami rozumienia rzeczywistości staną się raporty finansowe za ostatni rok i planningi na kolejne kwartały, a nie sprint backlogi.

To prowadzi do nieoczywistej dychotomii, która zaraża jak plaga założycieli firm. Wszyscy im gratulują sukcesów i wygranych nagród branżowych, a z drugiej strony nie mogą spać po nocach, bo widzą, że za kilka miesięcy nie będą mieć z czego utrzymać swojego zespołu. Taka jednak jest rzeczywistość pracy w różnych przestrzeniach czasowych i ciężar, jaki musi nieść ze sobą menedżer: umieć cieszyć się z coraz szybszej i lepszej pracy swojego teamu i jednocześnie obserwując zbliżającą się przepaść wiedzieć, że ich samolot jeszcze ma niepołatane skrzydła. 

To też czasami oznacza, że człowiek, który świetnie wykonuje swoją pracę w “teraźniejszości” w nagrodę może dostać wypowiedzenie. Jego przełożony żyje bowiem w “przyszłości” i stoi przed niemożliwych dylematem: jeśli powie teraz, co najprawdopodobniej zdemotywuje zespół i ziści się najgorszy wariant; jeśli jednak nie powie, to nakłada na siebie ogromny moralny i etyczny ciężar.

Czy jest na to rozwiązanie? Tak!

Miałem duże problemy, żeby dobrze zakomunikować tarcie między zyskami krótkoterminowymi a naszą długookresową wizją. Gdy skupimy się na tym co dla nas ważne tu i teraz to będzie nam łatwiej lawirować po tych niepewnych czasach, odsuniemy się jednak od naszej większej wizji. Gdy skupimy się na wizji, to nie starczy nam zasobów, aby do niej dobiec. Tarcie między krótkim i długim okresem było ewidentne. Jak więc żyć?

Dużo o tym dyskutowałem i dopiero jedna z lepszych specjalistek w Polsce od kreatywnego myślenia i service designu, Paulina Ignatowska- Zaremba (a prywatnie moja żona), zasugerowała narzędzie, które rozjaśniło mi sytuację: 3 horizons.

Trzy horyzonty to framework, który pomaga lepiej wyobrazić sobie cykle życia usług i produktów w ramach organizacji. Rozwiązuje jeden z moich największych problemów, czyli “statyczność” strategii. Zamiast tego proponuje wyobrazić sobie 3 horyzonty przyszłości jak trzy fale, które wznoszą się jedna po drugiej.

Pierwsza fala to wykręcanie wyników kwartalnych na tym co mamy, status quo. Wiemy i czujemy jednak, że świat nie stoi w miejscu i jeśli tu zostaniemy, to zaczniemy się cofać a nasz biznes opadać (fioletowa przerywana linia). Dlatego robimy eksperymenty, inkrementalnie poprawiając produkt, szukając nowych, bardziej zoptymalizowanych rozwiązań, eksperymentujemy – to obszar continuous discovery. Te eksperymenty mają sens biznesowy, bo opierają się na tym, co teraz jest prawdziwe, ale szukają lepszych metod zaspokojenia potrzeb, testując “sufit” obecnego podejścia (zielona przerywana linia). Jest jeszcze trzecia linia – to eksperymenty, które w obecnej sytuacji nie mają sensu, bo wpływ na biznes mają niewielki, ale pozwalają testować możliwe przyszłości. I jak któraś z nich się wydarzy, to my będziemy już na to gotowi. To tak jak z powiedzieniem Wayne’a Gretzkiego: “I skate to where the puck is going to be, not where it has been.”

Ostatecznie chodzi o to, żeby w odpowiednim momencie przeskoczyć z horyzontu pierwszego na drugi, który staje się nową teraźniejszością. A później wykonać ten ruch jeszcze raz i jeszcze i jeszcze – tak, aby zwiększyć sobie szansę na jak najdłuższe przetrwanie.

Swoją drogą 3 horyzonty dla mnie wygląda jak nieślubne dziecko idei “krzywej S” Claytona Christensena. Tutaj można poczytać o niej więcej.

Zmapowaliśmy sobie to, co jest naszym pierwszym horyzontem. To było najprostsze. Następnie zajęliśmy sie horyzontem trzecim, gdzie opisaliśmy nasz end game. Największe problemy były ze środkowym horyzontem.

Jak połączyć te dwa skrajne mostem? To musieliśmy zrozumieć przede wszystkim.

Ścieżki strategiczne

We wrześniu 2022 roku wybraliśmy się na integrację managementu uPacjenta, aby ustalić, co powinniśmy w tej sytuacji zrobić. Rozpoczęliśmy ją od wspólnego wejścia na Kasprowy Wierch i późniejszego ześlizgiwania się w stronę Doliny Kondratowej.

Kolejny dzień, już w krakowskim biurze, był przeznaczone na warsztaty strategiczne. Patrzyliśmy na to, co wiemy, w co wierzymy i co możemy zrobić. Rozważaliśmy cały biznes z perspektywy największego potencjału i najważniejszych wąskich gardeł. Zdiagnozowaliśmy nasze produktowe inicjatywy i ich wpływ na biznes. Patrzyliśmy na sytuację rynkową i socjoekonomiczną na najbliższe lata. Stało się dla nas jasne, że naszym celem jest stanie się recession-proof organization.

W praktyce takich warsztatów mieliśmy całą serię i w różnych konfiguracjach. W zależności od sytuacji, celu i dynamiki grupy wykorzystywałem różne metody warsztatowe, aby wypracować konsensus grupy. Moim ulubionym jest oczywiście Impact Estimation Table, ale zauważyłem, że nie sprawdza się, gdy mamy mało czasu na podjęcie decyzji. Dlatego zdecydowałem się tym razem przetestować nową technikę. 

Zamiast dawać uczestnikom wirtualne głosy czy możliwość oceny wpływu wręczyłem żetony pokerowe. Każdy dostał tyle samo żetonów i mógł “obstawić” dowolną liczbę swoich żetonów na dowolną liczbę zaprezentowanych inicjatyw. To, o co prosiłem to obstawianie w taki sposób, aby jak najlepiej przysłużyło się to osiągnięciu naszego celu bycia firmą odporną na recesję.

Ten pomysł przyszedł do mnie dzięki fascynacji tzw. prediction markets. Ludzie zupełnie inaczej podejmują decyzje, gdy mają ograniczone zasoby i muszą je sensownie rozdzielić. Wtedy te decyzje stają się namacalne, “prawdziwsze”. Tutaj więcej na temat wykorzystania prediction markets w Google’u.

Okazuje się też, że kumulatywna wiedza ludzi, którzy faktycznie coś muszą obstawić powoduje, że prediction markets bardzo trafnie zgadują, co wydarzy się w przyszłości. Liczyłem na to, że nasza kolektywna wiedza i prawdziwe żetony zadziałają podobnie.

*Notka warsztatowa. Moim innym ulubionym narzędziem jest tzw. Świnia Uwagi (którą pokazała mi także moja żona). Podczas dyskutowania istotnych rzeczy bardzo łatwo jest odpłynąć od brzegu i niepostrzeżenie zacząć rozmawiać o ciekawych, ale nieistotnych wątkach pobocznych. Na takie okazje mam Świnię Uwagi. Świnia towarzyszy mi na warsztatach i stoi na środku stołu – każdy z uczestników może jej użyć (wydaje wtedy okropny przeszywający dźwięk) dając znać reszcie, że nie skupiamy się na meritum spawy. Po kilku takich warsztatach sama obecność Świni trzyma wszystkich w mentalnych ryzach :) 

Podczas rozmów jesteśmy tak skupieni na teoretyzowanie, że tracimy kontakt z fizycznym światem. Wtedy pomagają świnia uwagi, fizyczne kartki, mazaki, żetony. Jest coś prawdziwego w haśle, że najważniejszych życiowych umiejętności nauczyliśmy się w przedszkolu. 

Świnia uwagi

Wybraliśmy w ten sposób najciekawsze inicjatywy i przedyskutowaliśmy najważniejsze zmiany, do wprowadzenia. Mieliśmy jeszcze wiele uzupełniających debat, ale finalnie rozrysowałem przed uPacjenta dwie ścieżki rozwoju produktowego będące wypadkową idei wypracowanych na warsztatach. Rozpisałem też konsekwencje obrania tych ścieżek. Każda z nich to zupełnie inny rodzaj gry rynkowej, o różnych dynamikach i dającej organizacji różne warianty przyszłości.

Postanowiłem to poukładać korzystając z podejścia “5 forces” Michaela Portera. To framework do analizy pozycji rynkowej firmy, ale mi sprawdziło się jako narzędzie do ewaluacji strategicznej. Tutaj jest bardzo dobre streszczenie idei, natomiast chcących zgłębić temat polecam sprawdzić książkę “Understanding Michael Porter” autorstwa Joan Magretty.

Dzięki 5 Siłom Portera można łatwiej zmapować pozycję swojej firmy (i produktu) i zrozumieć, gdzie leżą największe zagrożenia i możliwości rozwoju rozważanych ścieżek rozwoju. 

*Notka strategiczna. Fosa strategiczna to jeden z kluczowych elementów dyskutowania strategii rozwoju firmy. Celem fosy jest zbudowanie tak istotnej przewagi, że wejście konkurenta jest zbyt kosztowne. Pojęcie to wzięło się z analogii do fosy otaczającej zamek podczas oblężenia. Odpowiednio duża fosa powoduje, że idea zdobycia zamku przestaje mieć sens – walka jest po prostu zbyt kosztowna. Wtedy lepiej znaleźć inne rozwiązanie problemu. W świecie biznesu oznacza to zazwyczaj, że nie ma sensu wchodzić na już zajęty rynek, bo koszt konkurencji z już istniejącym graczem jest zbyt duży (fosa). Alternatywnie można też rozważyć kupno tego konkurenta. To idealna sytuacja dla “broniącego” się podmiotu – wielkość jego fosy wprost skorelowana z wyceną spółki.

Strategiczna klarowność

Udało nam się wybrać ścieżkę i dzięki temu uzyskaliśmy klarowność produktową: wierzymy, że to czego chce użytkownik, to coś więcej niż tylko wygodne wkłucie w żyłę, to odpowiedź na pytanie, czy z jego zdrowiem jest wszystko w porządku.

To oznacza, że musimy przesunąć naszą koncentrację z perspektywy marketplace’owego łączenia popytu z podażą w stronę rozszerzonej ścieżki użytkownika. Skąd do nas przyszedł? Co chce zrobić z wynikami? Kiedy do nas wróci? To oczywiście nie oznacza, że nie będziemy pracować nad wsparciem części usługowej, ale myślimy o niej jako o fundamencie, na którym czas budować kolejne funkcje.

Patrząc przez pryzmat Customer Journey stało się też dla nas jasne gdzie jest nasz największy problem: Odbiór wyników jest poza naszym ekosystemem. 

To był klucz do zbudowania skalowalnej przewagi: jeśli uda nam się przyzwyczaić użytkowników do naszego własnego odbioru wyników, to możemy zbudować feedback loop dbania o zdrowie, które rozpoczyna się od zrozumienia wyników krwi.

Co to znaczy i dlaczego jest ważne opiszę w drugiej części kejsu.

-==:Koniec części drugiej:==-

Rozdział 3: Domknięcie Customer Journey

Jak ewoluowała strategia produktowa uPacjenta – Rozdział 1: Początki

Ta dekompozycja produktowa jest (nawet jak na moje możliwości) bardzo długa, więc postanowiłem podzielić ją na 5 rozdziałów, które będą publikowane w odstępnach czasowych

Rozdział 1: Początki (jesteś tutaj)
Rozdział 2: Uciekający Product-Market Fit
Rozdział 3: Domknięcie Customer Journey
Rozdział 4: Lably
Rozdział 5: Nowe, nowe otwarcie

Nie wiem czy wiesz, ale piszę książkę pt. Produkt Nieskończony. Tutaj możesz dowiedzieć się więcej i dostać ją najszybciej gdy już będzie gotowa.

Tutaj podcast na temat tego kejsu wynegerowany przez NotebookLLM:


Intro

uPacjenta powstało w 2017 roku jako marketplace oferujący spektrum usług medycznych w domu. Spółka względnie szybko zdecydowała się skupić na najbardziej ekonomicznie przyszłościowej i skalowalnej usłudze, czyli pobraniu krwi w domu.

Firma złapała wiatr w żagle w 2020 roku, wraz z rozprzestrzenianiem się COVID-19 w kraju. Przez większość lockdownu uPacjenta było jedną z nielicznych metod pobrania krwi u prywatnych pacjentów, bo szpitale i inne jednostki medyczne były zamknięte albo skierowane do walki z pandemią. To spowodowało lawinowy wzrost zamówień i 10 krotny wzrost przychodów rok do roku. Na tej fali spółka zebrała rundę seed wysokości 21 mln zł w lutym 2022 roku, co odbiło się szerokim echem w polskim ekosystemie startupowym.

Ja sam najpierw byłem użytkownikiem uPacjenta, a dopiero później pracownikiem. Po nieudanej próbie pobrania krwi u naszych dzieci w przychodni moja żona znalazła na Instagramie reklamę pobrań w domu. Pomyśleliśmy, że to może być rozwiązanie naszego problemu. 

Wybraliśmy wizytę u nas w domu na 7:30. Przyszła do nas uśmiechnięta specjalistka medyczna z walizką. Usiedliśmy wszyscy w salonie, pani pobrała krew tak sprawnie, że moja młodsza córka nawet się nie zorientowała, że doszło do wkłucia. Dzieci dostały naklejki ze zwierzątkami i po kilku formalnościach było po wszystkim. Trwało to mniej niż pół godziny, a później wszyscy zdążyli do przedszkola, szkoły i biur. 

Niesamowita zmiana jakościowa w stosunku do wcześniejszych, całodniowych i pełnych niepotrzebnego stresu prób w punktach pobrań.

Przypomniałem sobie, że mam wśród znajomych na LinkedIn Konrada, co-foundera uPacjenta. Podziękowałem mu w imieniu swoim i rodziny, a on w zamian zapytał, czy nie chciałbym wziąć udziału w rekrutacji na szefa produktu u nich. Widząc to, co dopiero zadziałało się w moim mieszkaniu i za namową żony nie mogłem nie podjąć rękawicy.

Finałem wieloetapowej rekrutacji był live case study prowadzone przez advisora uPacjenta Krzyśka Marcisza (m.in. szefa produktu w TripAdvisor, Qualtrics czy Viatorze). Temat który dostałem to „How would you transform uPacjenta from a transactional system to book one off tests into a preventive health platform?”

To pytanie było znakomite, bo zadawałem sobie je nie tylko podczas rekrutacji, ale w ciągu całej mojej pracy w tej firmie. 

Chyba odpowiedziałem dobrze, bo zostałem zaproszony do dołączenia do uPacjenta w lipcu 2022 jako Product Director. Stanęło przede mną zadanie przeprowadzenie transformacji uPacjenta z firmy usługowej do firmy produktowej

Sytuacja zastana

Moim pierwszym zadaniem była rekonstrukcja zespołu produktowego. Kilka miesięcy wcześniej dołączył jeden produktowiec, teraz należało dokończyć rekrutację drugiego, aby obydwa zespoły produktowe były w pełni operacyjne. Poza tym prowadziłem jeszcze rekrutację na product researchera, bo to rola szczególnie istotna przy tworzeniu produktów w sferze zdrowotnej. Finalnie miałem trzy obszary raportujące do mnie: product management, product design i product research.

Jednocześnie w ramach mojego onboardingu przeprowadziłem wywiady z jak największą grupą interesariuszy. W ten sposób zdobyłem kontekst marketingu, operacji, specjalistów medycznych, obsługi klienta, danych, finansów i engineeringu. Z tych rozmów wyłonił mi się bardziej precyzyjny i subtelniejszy obraz produktu uPacjenta. 

Niezwykle pouczający był szczególnie shadowing specjalistyki medycznej – przez cały dzień jeździłem po obrzeżach Warszawy w naszym firmowym samochodzie i obserwowałem jak wygląda cały proces z perspektywy personelu medycznego. 

Spotkałem się wcześnie rano z Emilią, która zgodziła się, żebym towarzyszył jej przez cały dzień pracy w uPacjenta. Nasze spotkanie miało miejsce na przedmieściach Warszawy, skąd wyruszyliśmy do pierwszych pacjentów. Podczas wizyt rozmawialiśmy o jej codziennej pracy – jakie ma godziny, jakie wyposażenie musi ze sobą nosić, jakie obowiązują procedury medyczne, a także o najciekawszych przypadkach, z jakimi się zetknęła.

Emilia opowiadała między innymi, że najlepszym miejscem do pobierania krwi jest stół w kuchni, ponieważ można tam wygodnie ułożyć rękę żyłami do góry. Wbrew powszechnej opinii, miękka kanapa nie sprawdza się, ponieważ nie ma tam miejsca na stabilne ustawienie stojaka na probówki. Wspomniała także o trudności pobierania krwi u małych dzieci i wyjaśniła, dlaczego najlepiej, by w takiej sytuacji to tata trzymał dziecko i zapewniał mu stabilizację. Ciekawostką była również historia o pacjentach, którzy chcą mieć przy sobie zwierzęta, by zmniejszyć stres – swój lub dziecka – podczas pobrania. Emilia podkreśliła jednak, że obecność zwierząt to prosta droga do kontaminacji materiału biologicznego. 

(Swoją drogą, w uPacjenta wszyscy nowi pracownicy muszą taki shadowing przejść, aby zrozumieć dla kogo tak naprawdę pracują)

Komplikacje i subtelności

uPacjenta jest wyjątkową usługą. Ma znamiona systemu rezerwacyjnego jak Booksy, ZnanyLekarz czy DobryMechanik z katalogiem usług do wyboru (w tym wypadku testów do przeprowadzenia) i wyboru pasującego terminu.

Z drugiej strony jest też podobny do usług on demand, jak zamawianie jedzenia czy taksówki, gdzie usługodawca przemieszcza się pod wskazany adres i wykonuje usługę w miejscu przebywania klienta. Podobny jest też czas trwania interakcji, który zamyka się średnio w kilkunastu minutach – tak jak dostawa jedzenia czy przejazd przez miasto. To powoduje konieczność dynamicznego zarządzania podażą (czyli czasem specjalistów medycznych).

Ścieżka użytkownika jest prosta na powierzchni, ale niezwykle złożona w szczegółach. Musi bowiem uwzględnić dużo warunków brzegowych związanych z oczekiwaniami pacjentów, specyfiką rynku medycznego, ale także ludzką biologią.

W wersji prostej Customer Journey uPacjenta wygląda tak: osoba chcąca zbadać krew wchodzi na naszą stronę, dodaje potrzebne testy do koszyka, podaje swoje dane, wybiera pasujący termin, zakłada konto i płaci. Następnie czeka na przyjazd specjalisty, ma pobraną krew i 24-48 godzin później odbiera wyniki. Diabeł jednak tkwi w szczegółach i po bliższym przyjrzeniu wszystko się komplikuje. 

Po pierwsze, na samym początku ścieżki osoba chcąca zbadać krew musi podać miasto, bo od tego zależy co i jak możemy pokazać w katalogu testów. 

Po drugie, w przypadku badania krwi często ktoś inny jest inicjatorem, a ktoś inny podmiotem badań. Komplikacja polega na konieczności zaprojektowania koszyka, w którym:

  • Ktoś inny kupuje, a ktoś inny jest pacjentem,
  • Ktoś zamawia wiele testów dla więcej niż jednej osoby.

To oznacza, że metafora koszyka jaką znamy z klasycznych ecommerce’ów, czyli prostego worka, do którego wpadają wszystkie zakupione produkty jest niewystarczająca. Zamiast tego potrzebne jest kilka “sub-koszyków” z wewnętrznymi regułami pozwalającymi na przykład wykrywać duplikaty badań przypisanych do jednego pacjenta, ale pozwolić dodać dwa takie same badania do różnych pacjentów w ramach jednej wizyty. 

Po trzecie: pakiety badań. W naszym katalogu oprócz pojedynczych testów dostępne są także pakiety zawierające w sobie najczęściej łączone ze sobą testy ze względu na kontekst zdrowotny pacjenta (na przykład pakiet badań na stres, pakiet hormonalny, czy pakiet dla sportowców). To oznacza, że nasz katalog musi pokazywać dwie różne kategorie obiektów – pojedyncze (testy) i zgrupowane (pakiety testów). To także oznacza, że w wynikach wyszukiwania testosteron może się pojawić wielokrotnie – jako pojedynczy test jak i części pakietów. Do tego dochodzi wyżej wymienione ryzyko zamawiania zduplikowanych badań u jednego pacjenta – raz jako pojedynczego testu, a później w ramach pakietu.

Po czwarte: różne typy pacjentów i ich liczba generują różne dostępności specjalistów. Na przykład pobranie krwi niemowlakowi wymaga dodatkowego przeszkolenia i oprzyrządowania. Nie wszyscy specjaliści chcą wykonywać takie procedury, mając do wyboru proste i powtarzalne pobranie u nastolatka bądź dorosłego.

Po piąte: cena. W uPacjenta cena to suma dwóch składowych: ceny testów/pakietów oraz cena usługi dojazdu i pobrania. Ta pierwsza zależy od lokalizacji, a druga od liczby pacjentów na wizycie bo im ich więcej tym czas pobrania wydłuża się, co zmniejsza liczbę wizyt, które średnio można wykonać na dzień. Nasi użytkownicy często nie potrafili zrozumieć dlaczego widzą dwie wartości i od czego one zależą,

Po szóste: Ze względów bezpieczeństwa danych medycznych utrzymanie sesji użytkownika musiało być liczone w godzinach a nie dniach. Co oznacza, że jeśli ktoś chciał do nas wrócić kilka dni później to musiał logować się jeszcze raz przez co nie mógł liczyć na autouzupełnianie wcześniej zapamiętanymi danymi.

Konieczność wzięcia powyższych kwestii pod uwagę oraz to, że operujemy we wrażliwym obszarze zdrowia, spowodowało, że interakcja użytkownika z naszym produktem jest mało zrozumiała, a przez to wymaga dużego wysiłku kognitywnego. 

Niemniej te wszystkie komplikacje są do przeskoczenia dla zmotywowanej osoby. Wiemy to, bo powracający użytkownicy mają ponad dwukrotnie wyższą konwersję. Ale nawet nie to było najciekawsze. Okazuje się bowiem, że choć wszyscy uniwersalnie narzekali na proces zakupowy (który potrafi trwać nawet 45 minut!) to po samej usłudze oceniali ją bardzo wysoko… wręcz nierealnie wysoko. Nasz NPS stabilnie utrzymywał się na poziomie 98 niezależnie od sezonu. Sprawdzałem te dane wielokrotnie i za każdym razem mnie zaskakiwały – aż do momentu, gdy sam sobie przypomniałem moje pierwsze zetknięcie z uPacjenta. Ale może jest w tym coś więcej? Musieliśmy zrozumieć kto i dlaczego z nas korzysta. 

Kto i jak korzysta z uPacjenta

Dużo światła na zagadkę wysokiego NPSa rzuciły nasze eksploracje użytkowników. Pod koniec 2022 roku do naszego zespołu produktowego dołączyła Ola, researcherka i service designerka. Dzięki niej ustrukturyzowaliśmy nasz proces discovery i zmapowaliśmy motywacje i konteksty użytkowników.

Zaczęliśmy pogłębiać naszą segmentację socjodemograficzną w stronę behawioralną. Zamiast zakładać, że naszym najlepszym segmentem jest młoda matka z dzieckiem z dużego miasta zaczęliśmy patrzeć na jej sytuację życiową. Wtedy zauważyliśmy, że takie samie cele mają także inne osoby, na przykład te, które są “uziemione” w domu, z ograniczonym lub przerywanym dostępem do Internetu (bo np. trzyma i karmi niemowlaka, albo ma przewlekłą chorobę). 

To współgrało ze wcześniejszymi przypuszczeniami, że nasi użytkownicy dzielą się na “chorych” i “zdrowych”. Ci pierwsi dostają skierowanie na badania podczas wizyty u lekarza (muszą sobie na przykład zrobić morfologię i wrócić na kolejną wizytę), ale lekarza nie interesuje jak pacjent wykona sobie badania – publicznie czy prywatnie, a jeśli prywatnie to czy w punkcie pobrań czy podczas pobrania domowego. Druga grupa to ludzie zdrowi, tak zwani “prewencyjni”. Nic im obecnie nie dolega, ale badają się na bieżąco, żeby mieć świadomość swojego stanu zdrowia. To istotne na przykład dla ludzi z potencjalnymi obciążeniami genetycznymi, ale także tych, którzy szykują się na zawody sportowe i chcą być w szczytowej formie. Ta druga grupa ma więcej możliwości wyboru, ale trafiają do nas, bo cenią sobie swój czas bardziej niż dodatkowy koszt związany z logistyką pobrania krwi. 

W tej sytuacji o wiele łatwiej było zrozumieć dlaczego ludzie z nas korzystają, nawet mimo tylu utrudnień, które przed nimi stawiamy. Większa część z nich nie ma po prostu innego wyboru, druga ceni sobie swój czas i jest za do w stanie zapłacić premium.

* Notka UXowa. Podczas wizyty w USA na Google I/O w 2018 uczestniczyłem w sesji dotyczącej inkluzywności designu. Jeden slajd utkwił mi głęboko w pamięci. Autorka przekonywała, że niepełnosprawność to znacznie szersza kategoria niż nam się wydaje. Gdy myślimy “niepełnosprawność” to zazwyczaj mamy przed oczami osobę bez kończyny, głuchoniemą albo niewidzącą. To jest jednak tylko jedna kategoria, tzw. niepełnosprawność trwała. Tymczasem są jeszcze niepełnosprawności czasowe (czyli takie, które po jakimś czasie znikają) jak złamania, infekcje utrudniające widzenie, słyszenie czy mówienie oraz niepełnosprawność sytuacyjna (czyli taka, która wynika z kontekstu) jak trzymanie dziecka w ręku czy prowadzenie samochodu. W ten sposób patrząc każdy z nas mierzy się z niepełnosprawnością na którymś etapie swojego życia. Tak samo jak użytkownicy Twojego produktu.


Mamy więc pierwszy fragment naszej zagadki rozwiązany: dlaczego ludzie korzystają z naszej usługi, skoro jest tak wymagająca? Bo alternatywa w postaci wizyty w punkcie albo przychodni w ich mentalnym rachunku jest jeszcze bardziej wymagająca ze względu na ich obecne zmagania ze zdrowiem lub innym ograniczeniem.

Drugi element tych puzzli (wysokie oceny NPS) da się zrozumieć obserwując faktyczne pobranie krwi w domu. Ola po wielu obserwacjach i wywiadach postawiła hipotezę, że jest to związane z podmiotowością. W standardowych usługach medycznych to pacjent musi się dopasować do systemu (dostać numerek, czekać przed gabinetem, zostać zaproszonym do środka, mieć wszystkie papierki, odpowiadać bezbłędnie na pytania) – słowem, jego relacja z systemem nie jest symetryczna.

Natomiast w uPacjenta konfigurują sobie usługę sami: to oni mówią jakie badanie chcą zrobić, o której godzinie i gdzie się odbędzie. To do nich przyjedzie kompetentna osoba i to w ich bezpiecznej przestrzeni odbędzie się zabieg. Podnosimy pacjenta z pozycji statystycznego numerka do decydenta. Dajemy im podmiotowość.

To pokazało mi także, jak duża jest różnica między “produktem” i “usługą”. Choć uPacjenta chce być produktem technologicznym, bo dzięki temu może osiągnąć skalę to jednak to ta część usługowa – wizyta domowa – buduje faktyczną opinię o interakcji z uPacjenta. Jeśli ten element Customer Journey się uda to początkowe frustracje z procesem zakupowym idą w zapomnienie.

Największe wyzwanie

Z powyższych insightów dochodzimy do oczywistego wniosku: jest zasadnicza różnica między tymi, którzy już raz skorzystali, a tymi, którzy jeszcze nie. Z natury rzeczy najłatwiej jest nam badać tych pierwszych (bo z nimi mamy prosty kontakt, także ze względu na udzielone zgody marketingowe), a w naszych danych największą “masę” robią ci, którzy nie skonwertowali.

To oznacza, że naszym największym wyzwaniem było przekonanie ludzi, że uPacjenta to faktycznie usługa warta zaufania za pierwszym razem. Jeśli ktoś już raz zaufał, wraca po raz kolejny, bo pamięta, jak diametralna jest różnicą między wcześniejszymi pobraniami w przychodni, a tym co doświadczył w uPacjenta. Niestety jest to tak wielka różnica, że bardzo trudno to przetłumaczyć na język korzyści istotny dla tych, którzy się jeszcze wahają. 

*Notka filozoficzna. Taka zmiana patrzenia po wydarzeniu nazywa się doświadczeniem transformatywnym. Zdarza się to rzadko, ale właśnie tak się czułem, jak po raz pierwszy skorzystałem z uPacjenta. To był w sumie pierwszy powód, dla którego rozważyłem pracę w tej firmie. Transformatywne doświadczenie to pojęcie, na które natrafiłem po raz pierwszy w zbiorze felietonów Karoliny Lewastam “Pasterze smoków”. To opowieści o rodzicielstwie, kompletnie niezwiązane z biznesem i technologią. 

Jeden z felietonów Karoliny był właśnie o niemożliwości wytłumaczenia komuś bezdzietnemu co to tak naprawdę oznacza posiadanie potomka. To źródło wielu zabawnych wniosków i drażliwych rozczarowań. 

Czym charakteryzuje się transformatywne doświadczenie? W skrócie ktoś to już go doświadczył, nie jest w stanie wystarczająco dobrze opisać go komuś, kto tego nie przeżył. To doświadczenie sięga tak głęboko do fundamentów identyfikacji człowieka, że potrafi zmienić wszystko, łącznie ze światopoglądem. W przypadku produktów i usług cyfrowych nie musi to być tak drastyczne doświadczenie, ale jego fundament jest podobny: ktoś, kto spróbował, zaczyna się różnić od tego, kto nie skorzystał.

Widzieliśmy dwie ścieżki prowadzące do rozwiązania: 

  • zdobycie jak najbardziej “kalorycznego” ruchu lub 
  • jak największe uproszczenie ścieżki zakupowej. 

To prowadziło do zaciętej debaty:

Pierwszy obóz mówił tak: nawet najgorszy proces zakupowy jest do przejścia, jeśli ktoś ma silną potrzebę – jeśli boli Cię ząb to wszystko Ci jedno ile przeszkód trzeba przeskoczyć, aby kryzysowo zapisać się do dentysty.

Drugi obóz mówił tak: To prawda! Ale nie wiemy, jak duża jest grupa tych faktycznie zdeterminowanych, ani tych wahających się. 

Pierwszy obóz: Tym bardziej powinniśmy zainwestować w uproszczenie ścieżki, by tych wahających się konwertować jak najszybciej.

Drugi obóz: Ale jesteśmy ślepi. Dane są kluczowe, bez nich nie wiemy, czy nam się udaje!


Mieliśmy ograniczone zasoby i nie mogliśmy robić obydwu rzeczy jednocześnie. Trzeba było podjąć decyzję, a zarówno pierwszy jak i drugi zestaw argumentów był dla mnie na swój sposób przekonywujący. 

-==:KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ:==-

Rozdział 2: Uciekający Product-Market Fit

2023

Przed Wami moje dziesiąte podsumowanie roku. Czas leci, co nie? Dla chętnych pozostałe edycje: 2022, 202120202019201820172016201520142013, a całą resztę zapraszam na skrót z mojego życia w 2023.

Piszę ten tekst nie (jak zazwyczaj) w jednej z warszawskich kawiarni, a z Teneryfy, gdzie zdecydowaliśmy się całą rodziną zimować. Fantazjowaliśmy o tym od lat i wreszcie to zrobiliśmy! To też piękne ukoronowanie tego dziwnego roku. Ale od początku:

Ruch to rozwiązanie

W tym roku do mojej aktywności fizycznej, głównie związanej z podnoszeniem ciężarów, dodałem więcej ruchu.

Kupiłem najtańszą opaskę śledzącą aktywność, wystawiłem rower z garażu i zacząłem wozić córkę do przedszkola w doczepionym z tyłu foteliku. Wracałem coraz większymi pętlami, wydłużając trasę o kolejne kilometry na tyle, na ile praca pozwoliła. Zmusiłem się też wreszcie do odświeżenia w serwisie mojej niezawodnej półkolażówki (teraz to się nazywa gravel), na której w czasach studiów przebiłem się przez słowackie Tatry i dojechałem do Krakowa. Ku przerażeniu mojej żony zacząłem stosować się do zasad Velominati i nie było odwrotu – musiał kupić lajkrowe spodenki z pieluchą i przeobrazić się w mamila.

Przypomniałem sobie na nowo dlaczego lubię rower i ile endorfin mi daje jazda na nim. Zacząłem regularnie jeździć w soboty rano, zwiększając dystans, aż wreszcie wspólnie ze znajomi robiliśmy pętle Wawa – Zegrze – Wawa i Wawa – Góra Kalwaria – Wawa, po 80km na sesję.

Jak ja lubię ten rower.

Niemniej, gdzieś w głębi mnie siedziało poczucie, że rower to za mało i za łatwo. Tkwię w tym sporcie, bo nie chce zaatakować mojego prawdziwego wroga – biegania.

Moja relacja z bieganiem była zimna. Co rok (poza pandemią) startowałem w Biegnij Warszawo, ale to była bardziej tradycja niż przyjemność. Bieganie było dla mnie nudną męczarnią, która wydawała się bezcelowa. Zakładałem słuchawki, odpalałem podcast albo audiobooka i przebiegałem kilka kilometrów, żeby mieć to już za sobą.

Tak było od moich biegowych początków, zanim jeszcze zacząłem studia i za każdym razem, gdy ponownie zaczynałem. Teraz, miałem inne podejście. Po pierwsze zauważyłem, że bieganie mnie uspokaja i wycisza. Po drugie, zdjąłem słuchawki i zacząłem obserwować moje otoczenie, zamiast się od niego odcinać. Po trzecie, nie czekałem na koniec, nie pośpieszałem, nie walczyłem z sobą. Po prostu biegłem przed siebie i chłonąłem. Pierwsze razy były trudne i „nie dla mnie”. Ale założyłem się z moim bratem, że przez tydzień codziennie będziemy biegać choć trochę. coś we mnie pękło. Odkryłem lepsze bieganie – w mojej głowie, a nie nogach. Dużą zasługę miała w tym książka „Born to Run”, o której później.

Przełom przyszedł, kiedy zrozumiałem, że większość mojego życia prywatnego i zawodowego jest „teoretyczna” – to odbijanie w głowie myśli, snucie planów, przewidywania, decyzje, strategie… Bieganie siłą rzeczy mnie gruntowało, bo wymagało praktycznego bycia tu i teraz, a nie myślenia, co będzie za godzinę czy za miesiąc.

Podczas biegania zacząłem zauważać, jak działa moje ciało i mózg. Pierwszy kilometr to jego walka z nową sytuacją. Mała zadyszka i próba powrotu do wygodnego spoczynku. Po 2, 3 kilometrach zaczyna się przyzwyczajenie i bariery w głowie mijają, oddech się uspokaja i robi się łatwiej. Po około 10 kilometrach rozpoczyna się magia – „zlewam się” z rytmem i ruchem i nie wiem w jaki sposób, ale budzę się po kilku następnych kilometrach z poczuciem, że nie wiem kiedy mi one minęły.

Jedna z moich teneryfskich tras biegowych. Cel: ten mały budynek na górze

Około 20 kilometra zaczynam czuć poszczególne części ciała – skończyły się łatwo dostępne zasoby energetyczne i ciało zaczyna sięgać głębiej. Oddech znów się skraca, stopy i kolana zaczynają boleć. Każdy krok wydaje się istotny, a głowa mi mówi, że nic się nie stanie jeśli się zatrzymam, w końcu i tak już dużo przebiegłem. Ale teraz już wiem, skąd ten głos pochodzi i nauczyłem się od niego oddzielać. To rozpaczliwa biologiczna próba ochrony tych zasobów, które jeszcze zostały. W końcu nie wiadomo, kiedy uda się je odbudować, bo nasze mózgi nie ufają, że kalorie są i będą ciągle łatwo dostępne.

Ta ściana jest najtrudniejsza do przebicia. Na szczęście jest znacznie cieńsza niż głowa nam mówi. Niemniej kolejne 5-10 kilometrów jest obiektywnie trudne, ale nie niemożliwe. A co jest dalej? Jeszcze nie wiem, bo czasu mi wystarczyło na dotarcie do 30 kilometrów. Wiem natomiast, że…

To nie jest sufit

Wraz ze dodaniem treningów kardio zaczęły się też dziać inne rzeczy, których nie czułem przy statycznych treningach siłowych. Zacząłem się ścigać ze sobą szukając momentu, w którym sam przyznam, że już przeginam. Stawiałem sobie coraz bardziej absurdalne i straszne (dla mnie samego) wyzwania, ale za każdym razem po ich przekroczeniu wracałem do domu i mówiłem Paulinie, że to jeszcze nie sufit.

Ciekawiło mnie jak ten limit wygląda. Moim pierwszym celem było spalenie dziennie 500kcal – do tego wystarczyło oddychać i trochę chodzić. Następnie było 1000kcal, co w dniach bez siłowni wymagało już odrobinę wysiłku. Dodanie roweru i biegania spowodowało, że przebijanie 1500 i 2000 kcal dziennie stało się realne. Wiele miałem dni z dwoma jednostkami treningowymi i tygodnie, w których codziennie był choć jeden trening. Teraz mój rekord to 3234kcal w dniu przebiegnięcia 20km przez góry na Teneryfie. Ale to ciągle nie jest sufit!

Moja progresja aktywności w tym roku

Natomiast takie spalanie wymaga coraz więcej czasu, którego już po prostu nie miałem, biorąc pod uwagę obowiązki domowe i zawodowe. Wymaksowałem wszystkie dostępne opcje treningowe w trakcie logistyki dom-szkoła-praca. Postanowiłem więc zmienić podejście i zamiast wydłużać aktywność utrudniać i udziwniać ją sobie.

Moje piękne biegowe Asicsy zamieniłem na minimalistyczne Merrelle z praktycznie nieistniejącą amortyzacją (to też zasługą książki „Born to Run”), przez co czułem każdą nierówność na trasie. Na początku było to trudne do zaakceptowania, ale teraz nie wyobrażam sobie innego biegania i bardziej gruntującego (he, he) doświadczenia. Jest w takim bieganiu coś prawdziwego. Do tego dodałem obciążenia: moim ulubionym jest bieganie z 3 letnią córką na plecach i ściganie się jednocześnie 7 letnim synem, który popyla obok na rowerze.

Kolejny eksperyment to bieganie nocą – znacznie wolniejsze i ostrożniejsze, bo z minimalnym oświetleniem z czołówki lub latarki telefonu. Dzięki obecności na Teneryfie, mogłem do tego dołożyć bieganie w górach. Szczególnie na moją wyobraźnię podziałała bliskość słynnego szlaku 0.4.0 od Oceanu po szczyt wulkanu Teide o wysokości prawie 4000 metrów. W grudniu połączyłem jedno z drugim i finalnie obserwowałem wschód słońca z punktu widokowego na tej trasie, po wbiegnięciu 500 metrów różnicy poziomów po ciemku. Cudowne uczucie.

Wschód słońca z punktu widokowego La Corona. W dole Porto de la Cruz

Kolejnym eksperymentem był udział w imprezach biegowych. Pierwszą z nich był Runmageddon, na którą namówił mnie brat, a drugą bieg niepodległości w mojej lokalnej miejscowości. Obydwa były świetnym doświadczenie, bo bieganie w grupie w której wszyscy się ścigają ze sobą, ale jednocześnie się dopingują daje niesamowite poczucie wspólnoty.

Widać podobieństwo?:)

Moje eksperymentowanie oparte jest na szukaniu tego limitu możliwości. Zaskakuje mnie to, że mimo coraz trudniejszych wyzwań, ciągle widzę miejsce na więcej i sam fakt przekraczania tych granic daje mi ogromną przyjemność bez kaca moralnego. Tym bardziej jaram się moimi planami na przyszły rok, bo udziwnienia będą jeszcze ciekawsze – sami zobaczycie.

Wybory

Tak się składa, że wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich pojawiają się zaraz po moich urodzinach. Przez ostatnie 8 lat miałem pod tym względem smutne imprezy, bo świętowałem je w poczuciu bycia obcym we własnym kraju. Ale te urodziny wreszcie były inne.

W przeciągu kilkunastu dni od zmiany rządu zadziało się tyle niespodziewanie pozytywnych wydarzeń, że to aż podejrzane. Mam jakąś iskierkę nadziei, że po latach ześlizgiwania się w moralną i etyczną przepaść odbijemy się i wrócimy do etapu, w którym będzie można wrócić z wewnętrznej emigracji.

Zaczynają się dziać pozytywne rzeczy w polskiej polityce. Nie jestem do tego przyzwyczajony i czasami boję się, że to może być sen, albo jakaś sprytna pułapka. Sądzę, że dużo ludzi z mojego pokolenia jest w podobnej sytuacji i zastanawiają się, czy mogą mieć nadzieję. Czy to rozważne mieć już nadzieję?

Tym bardziej, że za naszą wschodnią granicą nie jest najlepiej. Sytuacja zamienia się w walkę pozycyjną o niezdefiniowanym zwycięzcy. Ukraina się broni, ale wsparcie Zachodu wysycha, a Rosja może jeszcze mnóstwo swoich obywateli poświęcić. Niedługo wybory w USA, w których realnym scenariuszem jest powtórka cyrku Trumpa.

Jak w tej sytuacji funkcjonować? Jakie wybory podejmować, żeby zapewnić swojej rodzinie bezpieczeństwo?

Relacje

Ten rok był dla mnie czasem wynurzania się z na powierzchnię z deficytu relacji.

Ostatni raz tak miałem 4 lata temu, gdy nasz syn kończył 3 lata i powoli można było sobie układać życie na nowo po ciężkiej walce z kaprysami i oczekiwaniami małego człowieka. Wtedy jednak zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, więc jedyne co nam się udało to zaczerpnąć na chwilę powietrza przed ponownym zanurzeniem.

Teraz nasza córka skończyła 3 lata, znów się wynurzam i mam coraz więcej czasu, aby odetchnąć i rozejrzeć się dookoła. Co zobaczyłem?

Kolejny rok związku pełen był perturbacji i nauki, że nie każdy ma tak jak ja. Ciągle muszę to sobie przypominać, czasami boleśnie. Ale też wiem, że ta inność to jest dokładnie to, czego sam nie mam, a czego potrzebuje. Za każdym razem, gdy robimy z Pauliną testy osobowości to nasze wyniki są lustrzanymi odbiciami. Skrajnie różnie reagujemy na sytuacje społeczne czy nagłe zmiany, co innego wywołuje u nas ekscytacje i stres. Ale łączy nas empatia i ciekawość tej drugiej perspektywy. W tym roku poczułem jak mnie to relacyjnie spaja.

Nasze dzieci są coraz bardziej samodzielne i coraz bardziej widzę w nich prawdziwych ludzi, a nie tylko dzieci. Młodsza córka zaskakuje bardzo konkretnymi preferencjami (zwierzęta: tylko białe konie; kolor: tylko różowy), ze starszym synem już mogę ponerdzić o grach i strategiach przetrwania w Minecrafcie. Mamy już wspólne zainteresowania, wspólne sporty, wspólne doświadczenia. Teraz już tylko czekam, aż zacznie się etap „Ok, boomer”

Wchodziłem w 2023 z poczuciem, że moja siatka społeczna jest nikła, ale to była gruba nieprawda. Potrzebowałem tylko pomocy, aby zrozumieć, że nawet ja jestem istotą społeczną, na swój własny sposób.

Szczególnie to było widać wśród znajomych facetów. Nam ciężej buduje się sensowne relacje społeczne, nie posiadamy tego zmysłu przegadywania swoich problemów i sytuacji życiowych jak większość kobiet. Tym bardziej cieszę się, że mam z kim wyjechać wspólnie na camping, pościgać się na rowerze, przegadać filozofię, poprzerzucać gruz, ponarzekać na partnerki, przypompować na siłce czy wypić macchiato z filigranowej filiżanki. Dzięki chłopaki, że jesteście!

Inwestowanie

Finansowo to był rok to czas odbudowy kapitału po zainwestowaniu w mieszkanie na wynajem kupione w 2022 roku. Mieszkanie szybko znalazło najemcę, który przedłużył wynajem o kolejny rok. Wychodzi na to, że na teraz nasza hipoteza inwestycyjna się sprawdza: w przeciwieństwie do trendu, zainwestowaliśmy w lokum przyjazne rodzinie i zwierzętom, bo sami wiemy jak ciężko jest znaleźć dobre miejsce dla siebie w zalewie warszawskich kawalerek inwestycyjnych.

Ponowne akumulowanie kapitału na giełdowym IKE było i jest żmudnym procesem. Ale na (nie)szczęście giełda dostarczyła dużo zwrotów akcji.

W tym roku skupiłem się na prostym dokupowaniu całego SP500 oraz wzmacnianiu pozycji na CD Projekcie licząc na to, że spółka odbije się po kryzysach wizerunkowych rozpoczętych falstartem Cyberpunka. Wszystko wskazywało na dobre redemption story. Niestety w mojej ocenie to, co zadziało się w świecie realnym nie zostało odzwierciedlone w cenie akcji. Niemniej ja jestem cierpliwy i lubię akumulować.

Finalnie ten rok był pełen górek i dołków giełdowych, ale większość z nich nawet nie zauważyłem, bo coraz rzadziej uzupełniam moje statystyki. Powoli dochodzę do wniosku, że nie ma potrzeby patrzeć na wyniki raz na tydzień – chyba przestawię się na analizę raz na miesiąc.

Progresja skuteczności moich inwestycji zaczynając od połowy 2018 roku do teraz

Stosując metrykę z zeszłego roku: jeśli ktoś dałby mi 10 tysięcy dolarów w połowie 2018 to na koniec 2023 oddałbym mu 15.5 tysięcy dolarów. To daje CAGR (średnioroczna stopa zwrotu) na poziomie 8.17% czyli gorzej o prawie 2% w stosunku do 2022 roku. Niemniej jestem zadowolony bo to ciąglewyżej od mojego założonego minimalnego 6%. Z drugiej strony lepiej bym wyszedł ładując wszystko w SP500, a jeszcze lepiej po prostu nadpłacając kredyt hipoteczny. Co pewnie będzie moim finansowym celem w 2024 roku.

Książki

To nie był dla mnie dobry rok na czytanie i słuchanie książek. Wyparły je bieganie i rower – a wtedy nie chcę niczego słuchać.

Zostają mi więc tylko krótkie okresy samotności, jazda samochodem oraz wspólne czytanie i słuchanie z dziećmi. Niemniej te kilka książek, które przeczytałem lub przesłuchałem dwie zostaną ze mną na dłużej:

Can’t Hurt Me” Davida Gogginsa. Goggins jest nazywany najtwardszym człowiekiem na ziemi. Czytając go, nie mam wątpliwości, że to prawda. To jak Goggins zrobił ze swojego cierpienia paliwo do rozwoju jest niesamowite, a jego masochizm w dziwny sposób motywujący. To w sumie przez niego zacząłem biegać rano i jeździć w deszczu na rowerze. Jego „im gorzej tym lepiej” było dla mnie dobrą mantrą do powtarzania na 20 i 30 kilometrze biegu, gdy nogi się pode mną uginały. To byłaby moja książka roku gdy nie…

Born to Run” Christoffera McDougalla. Pamiętam jak widziałem papierowy egzemplarz ze 13 lat temu na domówce u znajomego, który mocno ją zachwalał. Ja byłem sceptyczny: co może być ciekawego w książce o bieganiu? Drugi raz wspomniał o niej mój brat w październiku tego roku i dał mi ją jako prezent. Od pierwszych minut byłem wciągnięty bez reszty w historię relacji autora z Caballo Blanco, plemienia biegaczy Tarahumara i całego panteonu żywych legend. Czego tam nie ma! Czeski 18 krotny rekordzista świata Emil Zatopek, który lubił biegać ze swoją żoną na plecach w śniegu, czy Mensen Ernst, który przebiegł z Paryża do Moskwy w czternaście dni (!), średnio po 200 kilometrów dziennie (!!) w 1832 roku (!!!). Okazuje się, że świat jest pełen niezwykłych biegających ludzi.

To dzięki filozofii biegania wyłożonej przez autora zrozumiałem, że bieganie to nie walka ze sobą, to doświadczenie bycia ze sobą. T przyjemność z poruszania się i obserwacja rzeczywistości, która chrupie pod stopami i wieje w policzki. Książka roku, bez dwóch zdań.

Jedną nową rzeczą, której się o sobie dowiedziałem w tym roku to fakt, że lubię… kryminały, szczególnie w stylu cozy crime. A wszystko zaczęło się od rodzinnego słuchania Joanny Chmielewskiej i jej serii książek dla dzieci „Janeczka i Pawełek”. Jeśli macie okazję to polecam serdecznie dla dzieciaków 7+ i dorosłych.

Finalnie skończyło się na 10 książkach w tym roku – możecie zobaczyć pełną listę jak zwykle na Goodreads.

Podróżowanie

Pod względem podróży ostatnie 12 miesięcy było dla nas odbiciem od covidowo-wojennego dołka w 2022, 2021 i 2022.

Po raz pierwszy wybrałem się na dłuższy wyjazd urlopowy bez mojej najbliższej rodziny. Owszem, zdarzały się delegacje albo wyjazdy bez dzieci, ale to było coś nowego. Na początku było to trochę straszne (jak oni sobie poradzą?), ale całkiem sprawnie moja głowa się przestawiła na czerpanie przyjemności z bycia pojedynczą osobą a nie częścią grupy.

Ostatni raz w tym miejscu byłem 10 lat temu. Nie miałem jeszcze ani żony ani dzieci.

Nasz pierwszy duży wyjazd w roku to była gruba sprawa: najpierw ja pojechałem z bratem i jego ekipą na narty do północnych Włoch, a później przeleciałem samolotem na Sycylię, gdzie doleciała do mnie Paulina z dzieciakami i w grupie rodzin zwiedzaliśmy wyspę najpierw od strony Katanii a później Trapani. Tam też spędziliśmy święta wielkanocne.

Zachodnia Sycylia bardziej nam się spodobała

Gdy już zrobiło się w Polsce cieplej to otworzyliśmy sezon kamperowy majówkową wizytą w Słowackim Raju. Miesiąc później zobaczyliśmy wreszcie Góry Izerskie i spróbowaliśmy słynnych gofrów w Chatce Górzystów. We wrześniu łącząc kwestie zawodowe i wycieczkowe przejechaliśmy przez Kraków i zahaczyliśmy o Wieliczkę, a później Katowicki Spodek podczas mistrzostw szachowych szkół podstawowych.

Sucha Bela

Co więcej to też rok, w którym nasze dzieci były po raz pierwszy na dłuższych wakacjach bez nas, co też dało nam przestrzeń na dorosłe eksplorowanie. Wybraliśmy się więc w szaloną podróż do Łodzi – nagle i bez żadnego planu. Krejzi!

Jedno z moich ulubionych zdjęć 2023. Tatry od strony Białki Tatrzańskiej

Miałem też po raz pierwszy okazję zrobić wyjazd tylko ja i syn wraz ze znajomymi tatami. Pojechaliśmy wszyscy do fantastycznego campingu niedaleko Warszawy i mieliśmy prawdziwie męski wypad. Czas jeden na jeden z własnym dzieckiem (jak się ma dwójkę) to rzadkość, dopiero wtedy się go w pełni docenia.

Ucieczka z krainy badyli

Od lat wraz z Pauliną wyrywamy sobie włosy z głowy, że musimy spędzać zimę w Polsce. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię prawdziwą zimę, pełną zasp śnieżnych skrzących się w słońcu. Ale takich dni ze śniegiem jest coraz mniej, nie mówiąc już o świetle. Żelazna kurtyna chmur w połączeniu ze zmianą stref czasowych dobijał nas energetycznie i emocjonalnie. Zresztą, jak mogło być inaczej, skoro rano budziliśmy się w ciemnicy, szliśmy do przedszkól, szkół i prac, aby tam spędzić zachmurzony dzień i wyjść z instytucji po zachodzie. A to co było za oknem to zanieczyszczone powietrze i wszechobecne bezlistne badyle i pośniegowe błoto. Czułem się jak w klatce.

Więc, gdy wreszcie okoliczności roboczo-edukacyjno-logistyczne ułożyły się po naszej myśli, to uciekliśmy z krainy badyli w cieplejsze miejsce. A poniżej nasza epicka historia, dla potomności.

Najpierw trochę kontekstu. Nigdy nie chciałem mieć samochodu, wydawał mi się niepotrzebną stratą pieniędzy, nie czerpałem też szczególnej przyjemności z jazdy. Niestety posiadanie dzieci zmusiło nas do tego wydatku. Postawiliśmy sobie jednak warunek, że to musi być wyjątkowy samochód, który będzie pełnił też dodatkową rolę jako mały camper. Po naszej podróży po Islandii w 2019 roku wiedzieliśmy, że to możliwe, bo tam jeździliśmy zmodyfikowanym dostawczakiem Citroen Berlingo z drewnianym stelażem, materacem i kuchenką z tyłu.

Gdzie we Francji

Stwierdziliśmy, że podobny myk możemy zrobić też w Polsce. W 2021 znaleźliśmy sobie przedłużone Berlingo z ogrzewaniem postojowym, kupiliśmy na Allegro wkład camperowy Vacamod z wysuwaną kuchenką gazową i rozkładanym łóżkiem i staliśmy się oficjalnie kamperowcami. Berlingo sprawdza nam się doskonale, bo można nim wjechać i do miasta i na przełęcz górską i nikt nawet nie wie, że da się w nim całkiem wygodnie spać. A na czas poza sezonem wkład kamperowy wystawiamy do garażu i mamy dużo przestrzeni na graty. Oczywiście nie ma wszystkich wygód dużego campera, ale oferuje nam wystarczająco dużo.

Tak dużo, że stwierdziliśmy, że to właśnie nim uciekniemy z krainy badyli. Jako miejsce docelowe wybraliśmy Teneryfę, wyspę wiecznej wiosny. 3500 kilometrową podróż z Warszawy do Huelvy zrobiliśmy w 8 dni przejeżdżając przez Czechy, Austrię, Włochy, Francję, Monako (nawet nie zauważyliśmy :) i Hiszpanię. Następnie w Huelvie wsiedliśmy na prom i po 31 godzinnym rejsie wreszcie dotarliśmy na Teneryfę.

Nasza trasa

Po drodze trochę zwiedzaliśmy, głównie po mniej zatłoczonych miasteczkach i trzymając się z dala większych skupisk. Skusiła nas jedynie Genua i już mam nauczkę do końca życia – nigdy więcej do tego miasta nie wjadę.

Nasze dzieci są już od lat trenowane w takich podróżach i spaniu na dziko w samochodzie w nigdziebądziu, więc nie robiło to na nich większego wrażenia. Czasami mam wrażenie, że są większymi hardkorami od nas.

Najgorszy czas całej podróży to był jednak prom na wyspę. Zarządzanie energią dwójki dzieci przez dwa dni i noc to piekielnie trudne zadanie, szczególnie gdy na promie przestrzeń do zabawy z dziećmi jest mniejsza niż dla psów (upadek cywilizacji europejskiej, jak nic)

Życie na Teneryfie

Osiedlenie się na Teneryfie oznaczało oczywiście poukładanie sobie życia na nowo. Na szczęście mieliśmy sprzyjające warunki: ja w większości pracuję zdalnie, Paulina jest między projektami, Staś uczęszcza do szkoły pozasystemowej, gdzie nauka zdalna nie jest problematyczna, a Hania jeszcze w przedszkolu. Oczywiście rzeczywistość szybko nam zweryfikowała plany, bo ciężko wymagać od dwójki energicznych dzieci, żeby trzymała się zasad i respektowały godziny pracy, ale generalnie poszło lepiej niż się spodziewałem.

Moje teneryfskie biuro

Poza tym widzieliśmy jak dużo edukacji udaje nam się przemycić przy okazji podróży – nauka hiszpańskiego w sklepie, geografii podczas wycieczek, matematyki przy przeliczaniu złotówek na euro.

Dzięki temu, że tutaj zachód słońca jest po 18:00, a wieczory ciepłe to prawie każde popołudnie spędzaliśmy na wypadach po lokalnych górach i plażach, czasami korzystając z fal i ciepłej wody oceanu. Teneryfa pełna jest atrakcji do zwiedzania, więc nie ma czasu na nudę.

Mieszkamy w małej, 6 tysięcznej miejscowości na wysokości 500 metrów npm. Jest tutaj fryzjer, kilka sklepów spożywczych i pewnie z 5 barów przy głównej ulicy. Wszyscy siedzą na powietrzu, przejeżdzające samochody trąbią witając tubylców pijących piwo lub kawę. W sobotę rano do najbliższego baru schodzimy na churrosy i gorącą czekoladę, a dzieci lecą na malutki plac zabaw obok kościoła.

Główna ulica w naszym miasteczku

Jest tutaj pięknie, choć czasami ta prowincjonalność daje nam w kość. Do większego miasta trzeba jechać pół godziny przez górskie serpentyny. Następną godzinę do stolicy, gdzie jest centrum handlowe, kino, kawiarnie, parki i inne udogodnienia, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Nie ma też co tutaj liczyć na ładną architekturę i design, międzynarodową kuchnię na poziomie czy działający szybko ecommerce. Znajomi ekspaci już się z tym pogodzili sugerując nam, żebyśmy o tym miejscu myśleli jak o cieplejszej Polsce 15 lat temu.

Dracena Draco, 1000 letnie drzewo

Mi to jednak nie przeszkadza. Codzienne słońce oraz wspaniałe okoliczności przyrody pozwoliły mi odżyć. Wyjazd tutaj to była najlepsza decyzja w tym roku, mimo tego, że bardzo się jej bałem. Wracamy na koniec stycznia, ale już teraz myślę co zrobić, aby takie zimowanie powtórzyć.

Zobaczymy, pożyjemy

Spisuję w swoim notatniku najlepsze powiedzonka moich dzieci odkąd potrafią mówić. Podczas naszej podróży, gdy zastanawialiśmy się nad trasą, nasza młodsza córka Hania powiedziała „No cóż – zobaczymy, pożyjemy”. I faktycznie coś w tym jest.

Mój utwór roku

Ten rok przypomniał mi jak ważne jest zmienianie środowiska, wychodzenia z kieratu powtarzalnych czynności i nieodróżnialnych dni. Mój mózg potrafi się w nich dobrze umościć i znaleźć argumenty, aby nic nie zmieniać – szczególnie, że dwa ostatnie lata nie obfitowały w bezpieczną przewidywalność. Pisząc jednak te słowa 4000 kilometrów od domu zdaje sobie sprawę jak dużo moich strachów jest wyolbrzymiona, nawet jeśli się wydarzy. I wiem, że to wyolbrzymienie to kolejna próba zabetonowania się i zatrzymania w miejscu, gdzie wszystko jest pod kontrolą. Bardzo bym chciał, żeby to było możliwe, ale wiem, że nie ma na to szans. Czas wszystko weryfikuje. To co młode stanie się stare, to co piękne – zwiędnie. Więc może lepiej odpuścić walkę z entropią?