2025

2025 się kończy. To 40 rok mojego życia i właśnie zdałem sobie sprawę, że 12 z nich już tutaj podsumowałem (2024, 20232022202120202019201820172016201520142013). To pewnie jedna z moich najdłuższej utrzymywanych tradycji.

Bieganie

Co za sezon biegowy! 2024 był mocny, ale w tym roku, w prezencie dla siebie samego, postawiłem poprzeczkę jeszcze wyżej. Cały mój sportowy rok był podporządkowany dwóm celom: przebiegnięciu w limicie Biegu Rzeźnika oraz zrobienia 20 pętli na Backyardzie. Reszta startów były po to, aby przygotować organizm do tego wysiłku.

Choć biegałem także w pierwszym kwartale (trzy Runmageddony w jeden zimowy weekend!) to mój sezon zaczął się w kwietniu startem w Ultra Szelest Kampinos 50k. Udało mi się przebiec 50 km poniżej 6 godzin, co, choć na płaskim terenie, było dobrym prognostykiem na Rzeźnika miesiąc później.

O samym Rzeźniku pisałem już wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Natomiast to co zadziało się później mocno nadszarpnęło moimi ambicjami. Po tygodniowej regeneracji wróciłem do biegania i po kilku razach coś mi się zepsuło w lewej nodze – nadwyrężony mięsień strzałkowy. Przestraszyłem się tego równie mocno co bolących kolan w 2024 roku. Tym bardziej, że 2 tygodnie później miałem Backyard w Jabłonnie, z którym wiązałem ogromne nadzieje.

…Ale wszystko mi tam nie pasowało. Było poważnie i regulaminowo (to pierwszy i oryginalny polski Backyard Ultra), trasa męcząca, z wieloma zwężeniami. Było gorąco i duszno. Po 3 godzinach odezwał się mi się znów mięsień strzałkowy. Udało mi się z tym bólem przebiec jeszcze 60km, ale Paulina widząc mój stan kazała mi zejść z trasy po 12 pętlach czyli 80km. Byłem wyczerpany i rozżalony. Bałem się, że moje ukochane bieganie zostanie mi odebrane. Bałem się, że nie uda mi się już robić długich dystansów…

Po 7 godzinach wyglądałem już tak. Po 12 godzinach moja żona zdjęła mnie z trasy

Aby odczarować sobie ten dołek, trochę na rympał ale po dłuuugiej regeneracji, wystartowałem w Nocnym Półmaratonie Praskim we wrześniu. To zupełnie nie mój typ biegu – na szybkość, w piątej strefie, ciągle po asfalcie… ale z drugiej strony miałem poczucie, że mogę pobić mój ostatni wynik z 2024 roku (1:59:59) i jednocześnie zweryfikować kondycje i stan mięśni przed głównym startem tydzień później. I udało się! Po raz pierwszy miałem negative splity (czyli każdy odcinek biegłem szybciej niż poprzedni), idealnie rozłożyłem siły i tempo i skończyłem w równo 1:45:00, a co ważniejsze – bez kontuzji. Odżyłem!

12 września, z czystą głową i dużą nadzieją podszedłem do drugiego w tym roku Backyarda. Tym razem w Rospudzie, w której jeszcze nie startowałem. Tutaj z kolei wszystko układało się idealnie. Pogoda był sprzyjająca, wilgotność znośna, temperatura doskonała do biegania, nawet po zmroku. Miałem długą listę nauczek i wprowadzonych poprawek po ostatnim starcie, każda z nich dawała mi jakiś mały dodatkowy kawałek pewności, że tym razem się uda.

Bieg zaczął się o 10:00, wspólnie z moim bratem Mateuszem zrobiliśmy kilka wspólnych pętli, później założyłem słuchawki, uruchomiłem wcześniej przygotowaną playlistę i wpadłem w trans, przerywany jedynie wyliczeniem, że właśnie przebiłem Sowi Backyard (10 pętli, 67km), Jabłonną (12 pętli, 80km) i Radomsko (15 pętli, 100km). Finalnie, o wschodzie słońca, po 20 pętli (135km) powiedziałem stop. Choć organizator namawiał mnie na więcej, to wiedziałem, że to koniec – przyjechałem po 20 pętli i wychodzę z 20 pętlami. Zgodnie z planem, z osiągniętym celem. Tak, jak jak lubię.

Ja i mój nieoceniony support. Dzięki Paulina i Mati!

W październiku z ciekawości wystartowałem w imprezie biegowej, która była moją pierwszą w historii – Biegnij Warszawo. Pamiętam, że na studiach, 15 lat temu, bez przygotowania kręciłem się w okolicach 55-60 minut na 10k. Teraz sobie założyłem zejście choć odrobinę poniżej 50 minut. Tymczasem udało się 47min 37sek! Coś „szybkościowego” się we mnie odblokowało, bo tydzień później zaliczyłem po raz pierwszy przebiegnięcie kilometra poniżej 4minut.

W tym roku zrozumiałem wreszcie co to jest „zmeczenie przeciążeniowe”. W 2024 potrafiłem lecieć na Runmageddon tydzień po maratonie, ale teraz, gdy biegam szybciej i potrafię wycisnąć z organizmu więcej to i regeneracja musi być dłuższa. Jakiś mój sufit biologiczny wreszcie osiągnąłem, ale jego świadomość pozwala lepiej planować to, co będzie dalej. A plany na 2026 pod względem biegania mam takie, że sam się ich boję.

W tym roku ludzie się mnie pytali, po co ja to robie, że to poje$%#; albo czy wiem, że „nie muszę”. Mam też świadomość, że dla wielu jest to takie głupie sado-maso podniecanie się własnym bólem i zmęczeniem. Mój cel tutaj jest inny, ciężko mi jednak było do tej pory ubrać to zgrabnie w słowa.

Ale chyba znalazłem odpowiedź: bieganie jest dla mnie prawdziwe. Ten wysiłek jest szczery w tym, że nie jest nikomu potrzebny, robię to, bo rozpala moją iskrę, porusza duszę i powoduje, że serce mi szybciej bije. Jest też prawdziwy w tym sensie, że obdziera z pretensji, oczekiwań i strachów. W pewnym momencie jest w tym coś więcej niż tylko endorfiny i adrenalina, pojawia się transcendencja czasu i miejsca oraz rozdzielenie myśli od „ja”. A to fantastyczne uczucie, do którego chce się wracać.

Rok kończę z prawie 2000 kilometrami treningu z czego trochę ponad 1500 było biegowe (to o 250k więcej niż w ostatnim roku!). Ale inna statystyka mnie bardziej zachwyca: 100 tygodni treningu bez przerwy mam za pasem!

Nasze nowe miejsce

Salon z dużym drewnianym rozkładanym stołem i naszą (jeszcze niepełną) biblioteką

Po wielu przebojach i stresach udało nam się znaleźć dla siebie nowe miejsce. Przeprowadzka była super trudna, bo wymyśliłem sobie, że skoro mam pakowny samochód to wszystko sami weźmiemy, zrobie kilka kursów i będzie po sprawie. Oh, jak się myliłem.

Z naszej listy must-have to mieszkanie spełniało mniej niż połowę, ale to co miało to przede wszystkim większą powierzchnię i bardzo dobrą cenę jak na Warszawę. Było też (względnie) blisko ważnych dla nas ludzi i miejsc oraz rezerwat przyrody doskonale nadający do biegania. Zyskaliśmy też coś, czego żadna kwota pieniędzy nie daje: wspólnotę fajnych ludzi dookoła.

Zamiast zrobić duży remont zdecydowaliśmy się tylko odmalować ściany i zmodyfikować układ jednego pokoju. No i chyba po raz pierwszy w historii ludzkości remont zakończył się szybciej niż plan zakładał. Choć to dopiero pierwszy etap remontu – kolejny może nam się uda zrobić w 2026 (trzymajcie kciuki!).

Podróże małe i duże

Rok zaczęliśmy od tradycyjnego wypadu na narty z rodziną. Nasze dzieciaki już zasuwają jak szalone, ciągle jednak nie mogę zrozumieć czy to dzięki ich plastyczności czy braku wyobraźni.

Dzięki znajomym (dzięki Gosia i Tomek!) mieliśmy okazję spędzić kilka dni bez dzieci w północno- zachodnich Włoszech. Dla mnie to było dodatkowo istotne bo pozwoliło potrenować do zbliżającego się biegu Rzeźnika. Ciekawie to wyszło: aby przygotować się do Bieszczad trenowałem w Alpach :)

Na początku sierpnia spakowaliśmy naszego campervana i ruszyliśmy w podróż z dzieciakami na południe Europy: zaczęliśmy od Cieszyna śladem Kociej Szajki, następnie Czechy, Austria i przystanek w Słowenii, gdzie spotkaliśmy się ze naszymi przyjaciółmi na campingu. Po kilku dniach zwiedzania ruszyliśmy do Triestu (co za zmiksowane miasto!), następnie cudowny węgierski Balaton, Budapeszt (poprzedzony najgorszym atakiem komarów w moim życiu), a później Bańska Bystrzyca na Słowacji, gdzie byłem na wymianie studenckiej lata temu. A stąd przedarcie się przez Tatry i powrót do Polski.

Nad Balatonem

W tym roku mieliśmy mniej wspólnych wypadów niż zazwyczaj – kilka powodów się na to złożyło, głównie moje imprezy biegowe (które wysyciły dni urlopowe) oraz przeprowadzka i urządzanie się w nowym mieszkaniu.

Pieniądze

W tym roku duża część naszych oszczędności poszło na zakup i urządzanie mieszkania (przy ogromny wsparciu bliższej i dalszej rodziny). Mało więc inwestowałem – zamiast tego maksowałem wkład własny i ograniczałem inne koszty tak, aby zachować bezpieczną psychologicznie płynność.

Kiedy jednak poczułem jakąś choć delikatną odwilż to przede wszystkim nadpłacałem kredyt a dopiero później wkładałem na IKE. Coś jednak nam giełdę skapnęło i korzystając z tych dodatkowych środków po raz pierwszy od lat postanowiłem otworzyć się na nowy papier i do mojego ETFSP500 dołączył fundusz największych azjatyckich spółek aby zrównoważyć ekspozycję na Stany. Ale to taki eksperyment.

Tymczasem przykładając moja standardową miarkę (ile bym miał z 10 tys dolarów które zainwestowałem X czasu temu) odpowiedź brzmi 22,671 dolarów – po 7.5 roku. To w sumie niewielki wzrost (raptem 5.6%) względem fenomenalnego 2024 gdzie miałem 36%. W jednym i w drugim przypadku praktycznie nic aktywnie nie robiłem więc i z jednego i drugie jestem równie zadowolony ¯\_(ツ)_/¯

Tymczasem giełdą bujało jak podczas sztormu. Ogromne wzrosty z drugiej połowy 2024 praktycznie wyparowały w maju 2025. Ja na szczęście w ogóle tego nie zauważyłem, chyba byłem zbyt pochłonięty Rzeźnikiem :) W czerwcu natomiast rozpoczęło się odrabianie strat trwające nieprzerwanie do teraz. Co w sumie też mnie zaskoczyło, bo sprawdzam teraz giełdę jakoś raz na 6-8 tygodni. Widzę, że takie podejście mi służy, zamierza je kontynuować :)

Aktywności intelektualne

W tym roku, po raz pierwszy po Covidzie, wróciłem do publicznego udzielania się – przede wszystkim jako prelegent na konferencjach (jak Product Pro Summit czy Waysconf), ale także w nowych testowych formach jak autorskie szkolenia online Product Clarity czy mój własny Substack.

To były fajne eksperymenty, ale najwięcej satysfakcji dała mi stara dobra dekompozycja – po raz pierwszy napisana o firmach, w których nie pracowałem pt. Allegro vs. InPost: analiza współpracy i rywalizacji. Ten artykuł okazał się hitem. W zaledwie pół miesiąca ten tekst stał się najpopularniejszym w historii mojego bloga, a sam wpis na Linkedin anansujący jego publikacje zebrał prawie 450 lajeczków (czy jak to się tam nazywa) i 90 tys. zasięgu.

WaysConf 2025, ostatnia z dużych konferencji produktowych odhaczona

Jednocześnie straciłem motywację do pisania książki. „Produkt Nieskończony” dalej jest na mojej liście rzeczy do zrobienia, ale za każdym razem jak się za nią biorę to widzę problem, jakąś lukę i brak idei spajającej poszczególne wątki. Postanowiłem więc zrobić krok do tyłu, zebrać nowe doświadczenia, zregenerować się jak po długim biegu i wrócić do niej bez zmuszania się. W ten sposób powstają moje najlepsze teksty – gdy motywacja pojawia się ze środka a nie z zewnętrznej potrzeby. Niech ta książka sama zdecyduje kiedy chce się pojawić na świecie.

Książki

To druga rzecz (obok mniejszej liczby podróży), której żałuję – znów mam mniej przeczytanych książek niż rok wcześniej. I, znów, jest to wina głównie biegania, które pochłania znaczną cześć mojego wolnego czasu. W tym roku jednak zauważyłem też coś innego: przestałem kończyć książki a zamiast tego biorę fragmenty, które są dla mnie ważne. Straciłem potrzebę „domykania” tych doświadczeń wraz z ostatnią stroną

Czasami wracam do książek już przeczytanych tak jak to było w tym roku z Gogginsem (po raz drugi przesłuchałem „Can’t Hurt Me” i „Never Finished”) czy moją ulubioną SF „Childhood’s End” Arthura C. Clarke’a. Czasami czytam książkę fragmentami, aby jej treść się we mnie zamarynowała, jak to było z „Wystarczająco dobrym życiem” Ryszarda Kulika czy „A Life of Meaning” i „Under Saturn’s Shadow” Jamesa Hollisa.

Szczególnie książki Hollisa do mnie przemówiły w tym roku. I naczelna zasada autora w jego praktyce terapeutycznej: praca nad zrozumieniem siebie nie jest egoizmem – wręcz przeciwnie. Dopiero gdy się rozumie własne motywy i potrzeby, przestanie się je tłumić to można żyć w zgodzie ze sobą i w efekcie nie przerzucać swoich frustracji na ludzi dookoła siebie.

Dużo w tym roku było książek samoeksploracyjnych, zadających pytania i dających wskazówki na to, gdzie szukać odpowiedzi. A te pytania i odpowiedzi są bezpośrednio związane z moim wiekiem.

40 latek

W tym roku skończyłem 40 lat i to dla mnie duże zaskoczenie. Pamiętam jak mój tata miał tyle lat i miałem bardzo wyraźne przykonanie, że to niemożliwe, abym tylu dożył – po prostu nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. I jakoś ciągle nie mogę. Mam poczucie, że moja zewnętrzna powłoka faktycznie ma tyle lat, ale ja w środku ciągle nie wiem jak działa świat i zaskakuje mnie to jak nastolatka. Ale mówię sobie że to dobrze, bo jakaś moja cząstka jest ciągle młoda, ciekawa i zadziwiona.

Jak czytam moje podsumowania kilku ostatnich lat to widzę jak to się układa w proces zmiany, jakiegoś dojrzewania do nowego etapu życiowego. Widzę to po sobie w tym, że coś mi w głowie „odpuściło”, jakieś napięcie się zmniejsza dając przestrzeń na nowe.

Czuję, że mniej już muszę musieć, a to daje wolność do robienia tego, co chcę chcieć.

Dotarło do mnie też, że po części to co nowe to jest to, co we mnie jest od zawsze, tylko że głęboko to zakopałem bo uznałem, że są ważniejsze, poważniejsze, bardziej dorosłe sprawy. Tematy, które trzeba poświęcić, aby stawać się tym, co otoczenie ode mnie chce, abym się stał. To mi kliknęło w głowie dopiero w tym roku roku, gdy Paulina pokazała mi ten plakat Edyty Draus.

Kiedyś byliśmy kimś. Teraz będziemy sobą. Edyta Draus

To jest jednak połączone z poczuciem zmiany i odchodzenia tego, do czego się przyzwyczaiłem. No cóż – wszystko się zmienia, ale jakoś teraz łatwiej mi to zaakceptować.

Co dalej?

Miałem w tym roku dużo dołków i dużo górek, strachów, smuteczków, radostek i satysfacyjek. Te górki nie byłyby takie przyjemne, gdyby te dołki nie były głębokie i vice versa. Jedno bez drugiego nie jest możliwe. Tak jak kijek, które zawsze ma dwa końce, i choćby nie wiem jak się go łamało, to zawsze dwa końce zostają. Tak działa życie.

No i po raz pierwszy w tej mojej podróży na zewnątrz i do środka dotarło do mnie, że uciekanie przed dołkami jest bez sensu. Myślenie i przygotowywanie się na złe scenariusze – to co zawsze było moją mocną stroną – ma swoje drugie oblicze: zabierało mi przyjemność z życia. Bo robiłem tylko rzeczy na zapas, z buforem, dla bezpieczeństwa, utylitarnie.

Pamiętam, że podczas noworocznego spaceru na początku tego roku dotarło do mnie czego mi brakuje i gdzie mam swoją niezaleczoną ranę – a ten rok miał być rokiem poświęconym powolnemu leczeniu. Czuję, że to się zaczęło, ale nie mam pojęcia kiedy się skończy (czy kiedykolwiek?).

Jednym z tego objawów jest moje zmieniające się myślenie, powracająca nadzieja, że będzie dobrze. A dzięki temu wolność do wybierania ciekawszej ścieżki zamiast tej bezpiecznej. Podczas trailowego biegania to mi zawsze służy, więc dlaczego w życiu miałoby nie?

2024

Kapitanie, ale to był rok! Gratulacje przeżycia kolejnych 12 miesięcy! Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale skoro tutaj jesteście razem ze mną od 11 lat (tutaj 2023, 2022, 2021, 2020, 2019, 2018, 2017, 2016, 2015, 2014, 2013) to przybijmy sobie piątkę za konsekwencję i jedziemy z 2024!

Sorry, muszę lecieć!

Do tej pory stroniłem od zorganizowanych wydarzeń sportowych poza wyjątkami jak Biegnij Warszawo z czasów studenckich. Ale 2024 był zupełnie inny. Pod koniec 2023 roku zacząłem sobie spisywać wszystkie wydarzenia sportowe, które wydawały mi się szalono-zabójcze, a więc warte sprawdzenia na własnej skórze.

Były na nich cztery imprezy-apokalipsy: Backyard Ultra, Runmageddon Hardcore, Triathlon w Serocku i Maraton Warszawski.

Każdą z nich zaliczyłem i każdą uważam za ogromny osobisty sukces.

O Backyard Ultra w Bielawie pisałem już tutaj po zrobieniu 67km. Ale tak mi się spodobało, że pojechałem jeszcze do Radomska i przebiegłem dodatkowe 100km (co miało być moim celem do osiągnięcia na 2025!) Przy okazji mały backyardowy poradnik tutaj). W efekcie zostałem 51szym najlepszych backyardowcem w Polsce oraz dołączyłem do fantastycznej ekipy niesamowitych biegaczy długodystansowych.

Tutaj byłem już blisko setnego kilometra. Kilkanaście godzin ciągłego biegania zmienia człowieka

Miesiąc później, w czerwcu, zadebiutowałem w triathlonie. To w ogóle ciekawa historia, bo rok wcześniej pół mojej rodzinnej miejscowości zostało zablokowane właśnie przez amatorów tego sportu. A teraz ja, po 3 miesiącach uczenia się na nowo pływania, półkolażówką ze studiów i trisuitem kupionym dzień wcześniej, stanął na starcie i dotrwałem do mety.

Etap biegowym Triathlonu w Serocku

Jeszcze miesiąc później był Runmageddon Hardcore w Myślenicach, podczas którego zrozumiałem, że to właśnie biegi leśne i górskie to jest to, co lubię najbardziej. Tutaj w nieoczywisty sposób przydało się moje przygotowanie w trójboju siłowym – szczególnie gdy trzeba było targać pod górę stoku narciarskiego wielką belę drewna.

Wspólnie z bratem udajemy, że potrafimy jeszcze stać po Hardkorze. To co zrobiliśmy było absurdalne.

Ostatnim z wielkiej czwórki był Maraton Warszawski, szczególny, bo markujący setną rocznicę pierwszej takiej imprezy w stolicy. Z tych wszystkich wydarzeń wydaje mi się, że to było najtrudniejsze – tutaj musiałem trzymać mocne stabilne tempo przez cały dystans, co było niezwykle drenujące. Finalnie skończyłem z czasem 4:08:55, tak niewiele brakowało do przebicia 4 godzin!

Moje dzieci pokolorowały mi koszulkę na Maraton z moim ulubionym hasłem

Bieganie stało się dla mnie też czymś więcej niż tylko samotnym wyzwaniem postawionym samemu sobie. To teraz coś większego: wspólna praca nad formą (dzięki Mati i Wojtek za motywację kijem i marchewką!), świetna społeczność (hej wszyscy backyardowcy i organizatorzy!), ale także poczucie wspólnoty walki o coś większego niż tylko wynik (czapki z głów dla wszystkich, którzy wystartowali kiedykolwiek w jakiejś biegowej imprezie!).

Kończę ten rok z około 1250km w nogach biegów płaskich, trailowych i przeszkodowych na 14 imprezach

Rok kończę z 1250 przebiegniętymi kilometrami (1039km normalnych biegów i resztę w formie biegów z przeszkodami i trailami na 14 imprezach) i Vo2Max na poziomie 52.1 co powoduje, że jestem w 90 percentylu w mojej kategorii wiekowej. I jestem z tego niesamowicie dumny. I nawet strata trzech paznokci, niezliczone odciski, obtarcia, zakwasy i naciągnięcia mi tego nie zabiorą!

Pół roku różnicy

Szczególnie ważne jest dla mnie to, że moje dzieci widzą to, dopingują i (mam nadzieję) w jakiejś części zostaje w nich to, co widzą. Powiem Wam, że nigdy nie byłem z siebie tak dumny, jak w momencie, w którym mój syn chwalił się przed znajomymi, że jego tata przebiegł 100km na raz :) To jednak nie byłoby możliwe, gdyby nie wsparcie mojej żony, która daje mi przestrzeń, aby robił to, co rozpala moją iskrę.

Wiem, że nie jestem łatwy w supportowaniu. Tym bardziej doceniam, że jesteś ze mną:*

Inwestycje

Standardowo moją metodą sprawdzania jak mi idzie na giełdzie jest podejście „A co by się stało gdybyś mi dał 10 tysięcy dolarów X lat temu?” W tym roku minęło już 6 i pół lat od mojej pierwszej inwestycji i mogę powiedzieć, że jestem z siebie bardzo zadowolony.

Siedzę właśnie w kawiarni, po raz pierwszy kliknąłem „kup”. Te hipotetyczne 10 tys dolarów wtedy teraz urosłoby do ponad 22 tysięcy, co daje CAGR (skumulowany roczny przyrost) ponad 14%. Natomiast patrząc tylko rok do roku to wzrosty w 2024 były drugie najlepsze w mojej historii: to aż 36,6%! To mój drugi najlepszy rok po 2019.

A co robiłem w tym roku? Praktycznie nic. Płynąłem z prądem S&P500 maksymalnie konsolidując się na ten ETF. Realizuje przy tym powoli zyski z CDProjektu, który wreszcie zaczął odbijać od dna ale… robię to z coraz większym oporem patrząc jak ładnie wyglądają ich plany na najbliższe lata.

Jednocześnie kumuluję kapitał, bo znów szykuje nam się spora rodzinna rewolucja w przyszłym roku, ale o tym napiszę w podsumowaniu za rok :)

Podróżowanie

Ten rok rozpoczął się samotnym powrotem z Teneryfy do Polski w styczniu. Po przepłynięciu promem na kontynent poszwędaliśmy się jeszcze po południowej Hiszpanii wdłuż autostrady śródziemnomorskiej zwiędzając Giblartar, Sewillę, Rondę i Marbellę. W Alicante odstawiłem resztę rodziny na samolot i zacząłem samotną podróż w stronę zimowej Polski. Po drodze miałem kilka przygód jak zamknięte górskie trasy w Pirenejach czy protesty rolników we Francji. Ale wreszcie dotarłem pokonując całą Europę w 4 dni!

Jeden z moich nocnych przystanków

2024 to był pierwszy rok, w którym obydwoje z moich dzieci faktycznie jeździło na nartach. Staś już ciśnie na krechę jak szalony a Hanka uczy się jeździć na frytki i pizzę. To jest świetne uczucie widząc kontynuację naszej zarembowej tradycji wspólnych nart. Nie udałoby się to, gdyby nie moi wspaniali rodzice, którzy o tę tradycję dbają.

Kontynuowaliśmy nasze kampervanowe zwiedzanie Polski i okolic nocując po lasach i małych miasteczkach. W ten sposób trafiliśmy do Janowca, Kozienic (najwspanialszy camping jaki widziałem!), Sokołowsko (to tam dzieje się fabuła Empuzjonu), skalne miasto w Czechach i wrocławski jarmark świąteczny. Przy okazji moich imprez biegowych odwiedziłem też Bielawę, Kielce, Radomsko i Myślenice) choć tam niebiegowych atrakcji praktycznie nie doświadczyłem.

Udało nam się też wyjechać z Pauliną na wakacje dla dorosłych, bez dzieci. Spędziliśmy tydzień na Krecie, smażąc sobie tyłki na greckich plażach i pokonując lokalne górki na nogach i rowerach elektrycznych. To był dla mnie dobry czas. Chciałbym mieć takiego więcej.

Tylko my, góra i lokalne wino, które tu wtargaliśmy

Zdrowsze życie

Bieganie zbudowało we mnie potrzebę lepszedo dbania także o inne aspekty zdrowia – przede wszystkim w zakresie odżywiania.

Po powrocie z Teneryfy wróciliśmy razem z synem na zajęcie do klubu Niedźwiadek. Stasiek w jednej sali ma zapasy, a ja ogólnorozwojówkę w drugiej. Młody wychodzi pozytywnie zmęczony, a ja mam dobre uzupełnienie do treningów biegowych.

Przy okazji ludzie z Niedźwiadka wzięli się za moją dietę. Wystarczyły 3 miesiące, abym zbudował sobie lepsze nawyki i znalezł sensowniejsze zamienniki moich standardowych posiłków. W sumie rozwiązanie mojego problemu żywieniowego było dwupunktowe: (1) Jadłem za mało; (2) Miałem złe proporcje składników. Nauczyłem się, że przez to mój organizm się głodził i inwestował w przetrwanie zamiast rozwój (uogólniając bardzo mocno). Tutaj działa kilka genialnych, ale też irytujących mechanizmów adaptacyjnych, które związane są z tym, że w sumie twój brzuch nie wie jak dużo składników odżywczych jest na świecie, wiec optymalizuje na szybsze ich wykorzystanie.

A tu Michał Luto, prezes Niedźwiadka i jeden z lepszych sumitów na świecie robi mi helikopter

Pod ścisłą obserwacją Krysi i Michała (musiałem im wysyłać zdjęcie każdego posiłku) nauczyłem się rezygnować z gęstych sosów, panierek, serów, frytek, ziemniaków, makaronów i chleba i tym podobnych zapychaczy, ale za to dodawałem sobie więcej białka, błonnika i wody. No i teraz praktycznie nie rozstaję się z podręcznym pudełkiem hummusu i marchewki.

Oprócz tego, uzbrojony w wiedzą z książki Outlive (więcej o niej później) zacząłem bardziej naukowo testować moje ciało, aby lepiej zrozumieć jego możliwości. Zamontowałem sobie CGM (Continous Glucose Monitoring), aby móc obserwować wpływ jedzenia na moje samopoczucie. To tylko mnie utwierdziło w przekonaniu, co powinienem żywieniowo odstawić oraz dlaczego nawet minimalny ruch po jedzeniu jest wymagany.

Tak u mnie wygląda długie niejedzenie i późniejsze napchanie się jedzeniem, które jest pod ręką

To wszystko spowodowało, że znów poprawiłem moją formę. Dość powiedzieć, że na gwiazdkę prosiłem o koszulki w rozmiarze M (a nie L jak rok wcześniej czy XL jak w latach poprzednich). Ale to jeszcze nie sufit.

Psychoedukacja

W tym roku miałem dużo sygnałów o tym, że „coś” przebija się przez moją skorupę. Po raz pierwszy odkąd pamiętam płakałem na filmie, nie mogłem słuchać niektórych piosenek jadąc samochodem, budziłem się rano ze stresem, którego przyczyny nie mogłem nazwać i umiejscowić…

Zawsze myślałem, że jestem odporny na te całe ckliwe miękkie emocje i ich przeżywanie. Nie rozumiałem ich, były dla mnie za „głośne” i stresujące.

Ale coś zaczęło pękać, gdy zacząłem zauważać, że nasze metody rodzicielskie działają także na mnie. Nic tak dobrze nie uspokajało rozpętanego dziecięcego huraganu jak zauważenie i nazwanie sytuacji. Stwierdzenie, że „widzę, że jesteś wkurzony, masz do tego prawo, nie ma w tym nic złego „. To nie koniec świata, a normalna część życia – mówiłem to tak często dzieciom, że wziąłem to także do siebie.

Jestem wdzięczny Paulinie, że mnie tego nauczyła i niemal zmusiła, abyśmy tak robili w naszej rodzinie – mi tych kompetencji i świadomości po prostu brakowało. Dzięki temu nagle się okazało, że to, co było dla mnie pustym pudełkiem braku odczuwania jest pełne subtelności, tylko nie miałem odpowiedniego szkiełka powiększającego. Scumbag brain!

Ten obrazek nie może mi wyjść z głowy (he, he)

Niestety, początki tej drogi są frustrujące. Czuję, że gram w grę, których zasad nie rozumiem. Im bardziej nastrajam się na moje emocje tym bardziej są przytłaczające. To tak jak z medytacją, gdy po pierwszych sesjach zamiast oczekiwanej ciszy i spokoju obserwuje się coraz więcej chaotycznych myśli. To moment, w której ludzie rezygnują, bo uważają, że medytacja nie działa. A jest dokładnie odwrotnie: właśnie zaczyna działać! Te myśli ciągle tam były, ale dopiero wtedy zaczyna się je obserwować w pełnym spektrum!

W efekcie czuję, że jestem bardziej empatyczny i zauważam, że to co wcześniej uznawałem za empatie to jest stwierdzanie faktów, a nie rozumienie, ja ktoś się czuje. Dotarło to do mnie dopiero ostatnio, gdy sam po raz pierwszy uczestniczyłem w turnieju szachowym i choć poszło mi dobrze (otrzymałem V kategorię szachową!) to moje serce waliło niekontrolowania a je dygotałem ze stresu. Tymczasem ja sam wypychałem moje syna na znacznie większe turnieje i irytowałem się, że jest mu ciężko… a on miał 7 lat.

Jest kilka rzeczy, które mi pomagają na tej ścieżce – w tym pomagają jak spotkania z ludźmi, którzy są w tej drodze dalej (i/lub mają inną perspektywę), książki (Lessons for Living Phila Stutza, więcej później) czy appki (How We Feel). Niemniej jest to bolesne jak nauka nowego języka będąc dorosłym. Sporo o tym mówimy z Szymonem w naszym podcastowym podsumowaniu 2024 tutaj.

Książki

W tym roku książki również zostały wyparte przez bieganie. A że nie chcę biegać ze słuchawkami, to tym bardziej mój czas na czytanie/słuchanie skurczył się dramatycznie. Do tego zauważyłem, że często książki były dla mnie wymówką: dostarczałem sobie lubianych przez mój mózg treści i rozkmin (dokąd idzie świat? Co z polityką i ekonomią? Jak działają mitochondria?), bo dzięki temu nie musiałem myśleć o sobie lub w ogóle: nie myśleć i po prostu być.

To jednak nie oznacza, że nie trafiłem na perełki! W tym roku chcę wyróżnić 3 zupełnie różne książki.

„How Big Things Get Done” Benta Flyvbjerga – fascynująca książka o tym jak powstają wielkie projekty: od elektrowni jądrowych przez lotniska, stadiony, autostrady czy tunele podziemne. Ale także renowacja kuchni na Manhattanie, bo w kontekście budżetu rodzinnego to wielka sprawa. Historie o tym, jak katastroficznie źle idą te projekty, są po części smutne, a po części podnoszące na duchu (nie jesteśmy jedyni!) Nauczyłem się z niej nowego pojęcia Strategic Misrepresentation, które dołożyło mi nowy istotny puzelek do zrozumienienia zarządzania produktami

Outlive” Petera Attii to z kolei książka, która dała mi dokładnie to, czego chciałem: wyczerpujący przegląd tego jak działa ludzkie ciało, jak się starzeje, co można zrobić TU I TERAZ, aby wydłużyć sobie zarówno długość i jakość życia. Dlaczego to ważne? Autor pokazuje prostą, ale szokującą matematykę: załóżmy, że masz 40 lat (jak ja za rok). Po 40stce średni tracisz 1.5% masy mieśniowej, tak po prostu. Jeśli więc chcesz móc podnieść i przytulić swojego potencjalnego wnuka w wieku 70 lat to teraz musisz umieć bez problemu podnieść ciężar 2-3 razy większy. Większość moich testów wydolnościowych, zmian żywieniowych i zdrowotnych w tym roku zawdzięczam właśnie tej książce (oraz Niedźwiadkowi)

Honorowe miejsce należy się też „Lessons For Living” Phila Stutza, ostatniej książce, którą przeczytałem w tym roku. Zabrałem się za nią po obejrzeniu świetnego dokumentu na Netfliksie „Stutz”. To zbiór felietonów psychoterapeuty, o oryginalnym podejściu do ludzkiej natury. To pierwsza książka w moim życiu, w której podkreślałem fragmenty i dodawałem moje myśli na bokach. Myśli i zdania Stutza trafiają mnie prostu w mój miękki środek. Ale też dają nadziej wraz z jasnym planem działania.

Co dalej?

Jaki będzie 2025? Nie wiem. Zbierają się ciemne chmury na horyzoncie zarówno zachodnim (wyniki wyborów w Stanach) jak i wschodnim (Chiny, Ukraina vs. Rosja). Z kolei jak czytam to, co wyżej napisałem to mam poczucie, że opisuje jakieś ciągłe pasmo sukcesów z małymi problemikami, aby wyglądało bardziej realistycznie. Ale! Jak zwykle dociera do mnie dopiero teraz, gdy te wszystkie zajebiste rzeczy się wydarzyły. Mam żal do siebie, że nie cieszyłem się z nich tak bardzo jak się działy wtedy, a cieszą mnie teraz, kiedy już przeminęły. Scumbag brain!!!

Po przeczytaniu po raz kolejny moich 11 lat podsumowań zrozumiałem, gdzie jest moja super moc: nigdy nie będę najbardziej kreatywny, najszybszy czy najbardziej dokładny. Ale za to jestem w stanie wytrwać najdłużej, aż do skutku.

Ale o ile mój 2024 rok był czasem zauważania siebie, tak chciałbym, aby 2025 był pracy nad tym, co zauważyłem. Tak, aby było lepiej, skoro może być. Ciekawe, czy potrafię być wystarczająco cierpliwy sam dla siebie. Przekonamy się.

Poradnik poczatkujacego backyardowca

Backyard Ultra to względnie mało znana, ale bardzo fajna formuła biegów „elastycznych” dystansowo. To miejsce, w którym mogą spotkać się amatorzy debiutanci, którym godzina lub dwie wystarczy, ale także absolutne przecinaki, biegnący bez końca. Ja sam na ideę trafiłem na początku 2024 roku, od razu zakochałem się w niej i zadebiutowałem kilka miesięcy później.

Po kolejnym starcie w BYU pomyślałem, że fajnie byłoby zebrać moje doświadczenia i porady od bardziej doświadczonych backyardowo koleżanek i kolegów w jedno miejsce, aby ułatwić wejście w te fantastyczne wydarzenia nowym osobom.

Czym jest BYU?

Backyard to przede wszystkim bieg w pętli. Każda pętla ma 6.7 km, a zawodnicy mają godzinę, żeby ją przebiec. Każda pełna godzina oznacza start kolejnej pętli. Wygrywa ten, kto wytrwa najdłużej i przebiegnie najwięcej pętli.

Backyardy zapoczątkował Lazarus Lake w USA, któremu zależało na przebiegnięniu 100 mil w 24 godziny i najłatwiej było mu to zrobić na własnym podwórku. Stąd właśnie (w dużym skrócie oczywiście) nazwa i dystans jednej pętli (6.7km*24h = 161km = 100 mil). Na oficjalnej stronie Backyard Ultra można o tym więcej poczytać.

Biegi potrafią trwać od doby do całego weekendu w zależności od zawziętości zawodników i warunków pogodowych. Ze względu na to, że start i meta są w tym samym miejscu i wszyscy widzą się co godzinę, to jest sporo czasu na poznanie innych ekip i zbudowanie fajnych relacji.

Logistyka Backyarda

Backyardy zazwyczaj zaczynają się w piątek (najczęściej w południe) tak, aby zawodnicy mogli się zjechać z całego kraju. Ja natomiast osobiście preferuje przyjazd wieczorem dzień wcześniej, aby się wyspać i zjeść na spokojnie śniadanie (tradycyjnie jajecznica:).

Organizatorzy kilka dni przed wydarzeniem publikują orientacyjny plan przestrzenny (najczęściej na Facebooku wydarzenia). Tutaj przykładowy plan z Sowi Backyard Ultra:

Mapka dla uczestników Sowi Backyard Ultra 2024

Każdy Backyard ma kilka charakterystycznych elementów. Przede wszystkim jest to Koral, czyli miejsce startu i finiszu pętli. To tutaj na gwizdek i dzwonek stawiają się startujący. Koral jest „święty” – nie można go zastawiać, tarasować ani ograniczać widoczności w żaden sposób. Na koralu zazwyczaj stoi namiot z sędziami spisującymi wyniki zawodników z dużego cyfrowego zegara takiego jak ten:

Mój rekord w sezonie 2024: 15 pętli więc 100.5km

Obok Korala jest strefa regeneracji, gdzie organizatorzy serwują owoce, przekąski a po paru pętlach także ciepłe posiłki. Często jest też ognisko, grill, lodówka, herbata i kawa. Oraz dodatkowe atrakcje jak prysznic, sauna czy ruska bania (ale to już dla supportu i tych, którzy skończyli bieganie).

Po drugiej stronie jest parking dla uczestników. Tutaj też jest ważna zasada, aby obserwować gdzie są ciągi komunikacyjne i nie zastawiać drogi innym. Zawodnicy najczęściej po skończonej pętli wracają do samochodów i namiotów, gdzie mają rozstawione swoje małe bazy. Po tych kilkunastu czy kilkudziesięciu pętlach każda oszczędność energii jest istotna. Dobrym zwyczajem jest też zostawianie miejsc najbliżej korala dla najbardziej doświadczonych zawodników, którzy mogą wykręcić najlepsze wyniki.

Zazwyczaj 30 minut przed startem biegu jest odprawa opisująca trasę, jej charakterystyczne elementy i oznaczenia, warunki pogodowe, zasady organizacji imprezy i inne przydatne dla biegaczy i supportu sprawy.

Jeśli skończysz swój bieg już po kilku pętlach to nie znaczy, że musisz uciekać z imprezy. Wręcz przeciwnie! Warto zostać dłużej, przenocować kolejny dzień, podopingować pozostałych i poznać społeczność w miasteczku namiotowym. To super ludzie!

Co zabrać ze sobą

To oczywiście zależy od pogody i przewidywanego dystanu, ale żelazne minimum na mojej liście:

  • dobre i sprawdzone ubranie biegowe na wszystkie możliwe warunki pogodowe (musicie pamiętać, że w ciągu dnia i nocy zmienia się pogoda, temperatura i wilgotność), zmiana ubrania na świeże potrafi też mocno podnieść motywację,
  • dużo sprawdzonych par skarpetek biegowych (rotacja skarpetek pięciopalczastych i standardowych to było moje największe odkrycie na drugim starcie w BYU),
  • Okulary, czapki, buffki – w rotacji w zależności od pogody,
  • przetestowane kremy i żele na otarcia. U mnie sprawdza się Sudokrem na sutki, pachy, pachwiny i Second Skin na stopy,
  • Jedzenie, które wiemy, że niepodrażnia żołądka – zarówno na czas przed startem jak i posilanie się na przerwach (więcej o tym za chwilę)
  • Leki i plastry. Różnie może być – lepiej mieć więcej i nie skorzystać niż pluć sobie później w brodę,
  • Elektrolity, żele energetyczne i suplementy. Mi najlepiej przypasowało kombo Orsalit (ten, kto miał rotawirusa, to wie co to :), żele i tabletki z solą z Decathlonu (pierwsze dają energię, drugie zmniejszają szansę skurczy mięśni)
  • Nosidełka na bieg. Widziałem różne warianty – bez niczego, z butelką w ręku, z pasem biegowym, kamizelką i nawet plecakiem. Mi najbardziej przypasował pas z soft flaskiem i miejscem na dwa żele,
  • Oczywiście buty. Ja mam zawsze dwie pary, ale w praktyce jeszcze nie czułem nigdy potrzeby ich zmiany. Ale przezorny ubezpieczony.
  • Coś do masażu. Mi najlepiej sprawdza się pistolet, ale może być także piłka golfowa lub roller.
  • Czołówka, zapasowa czołówka i druga zapasowa czołówka. Oraz zapasowe baterie do wszystkich. Mój Sowi Backyard zakończył się dla mnie mentalnie gdy podczas biegu wyładowała się czołówka. W Radomsku biegałem z dwiema.
  • Fotele i maty – najważniejszy na przerwie jest odpoczynek mięśni nóg zawodnika. Dlatego warto mieć swój rozkładany fotel i/lub matę (taka do jogi jest ok),
  • Miejsce do spania – Backyard może trwać od jednej godziny do… nieskończoności (obecny rekord Polski do 103 pętle Bartka Fudaliego). A to oznacza, że potrzebne jest miejsce do spania. Są trzy warianty nocowania: samochód osobowy + namiot; campervan (nasz wybór) lub pełny camper na kilka osób. Więcej o tym temacie przy organizacji BYU.
Sprzęty zabrane na Backyard Ultra Radomsko

Jak zapewne widzicie często tutaj użyłem słów o sprawdzonych i przetestowanych rzeczach. To bardzo ważna zasada: na biegach startowych nie testujemy nowych technik i sprzętów. Szczególnie na długich dystansach byle szew w niesprawdzonej koszulce może zrujnować całe wydarzenie.

Pętla za pętlą

Godzina na pokonanie 6.7 km to bardzo dużo czasu, średnie tempo to niecałe 9min na kilometr, a więc praktycznie szybki spacer. Należy jednak pamiętać, że takie tempo oznaczałoby wejście na linię mety dokładnie w momencie kolejnego dzwonka, a wiec zero czasu na regenerację.

Dlatego większość startujących preferuje przybiegać tak, aby dać sobie trochę czasu na odpoczynek przed kolejną pętlą (tutaj przykładowe czasy pętli z BYU Radomsko). Aby przybiec z zapasem 20 minut trzeba mieć średnie tempo 5 min 58 sek /km, zapas 15 minut to tempo 6min 43 sek /km, a 10 minut to tempo 7min 28sek /km. Natomiast trzeba pamiętać, że wysiłek jaki będzie potrzebny, aby takie tempo utrzymać, zmienia się w zależności od liczby już przebiegniętych kilometrów, pogody i pory dnia.

Z moich rozmów i obserwacji wynika, że większość biegaczy przez pierwsze 2-3 pętle testuje trasę i sprawdza, gdzie są dobre odcinki do biegania, a gdzie lepiej zwolnić i przejść się kawałek. Zazwyczaj planują wtedy przez 1000m biec, a później 500 metrów szybko maszerować. Maszerowanie pojawia się najczęściej na trudniejszych odcinkach z piachem, korzeniami i podbiegami.

Startującym zależy przede wszystkim na kontrolowaniu wysiłku i jak najdłuższym trzymaniu serca w 1 i 2 strefie, aby zminimalizować zakwaszanie mięśni, które muszą się przydać na kolejne godziny, a czasem dni ciągłego biegania.

Pierwsze pętle służą też zaznajomieniu się z trasą i jej charakterystycznymi elementami. Trasa jest oczywiście oznaczona, ale najczęściej są to fragmenty zwisającej taśmy i nasprejowane na podłożu strzałki – te elementy całkiem łatwo przegapić w nocy i na dużym zmęczeniu. Dlatego wszyscy sobie mentalnie budują własną „mapę” trasy, którą po kilku pętlach jest mocno wryta w głowę i nogi. I ja na przykład po 7 pętli w Radomsku wiedziałem, że zakręt z kapliczką oznacza, że zostało mi 2.5km do bazy i że jeśli pętlę zaczął 32 minuty temu to znaczy, że będę miał około 10 minut przerwy do kolejnego dzwonka.

Zanim zabije kolejny dzwon

Po wbiegnięciu w koral (miejsce startu i finiszu każdej pętli) zaczyna się najbardziej krytyczny moment BYU, a więc regeneracja. To kilka(naście) minut, w których zawodnik musi wykonać dużo akcji i jednocześnie wypocząć na tyle, aby móc biec dalej. W tym miejscu nieoceniony staje się support, a więc jedna lub kilka osób, które trzymają blisko wszystko czego potrzebuje biegacz.

Z jednej strony support robi to czego chce zawodnik, ale z drugiej też proaktywnie rozwiązuje problemy, których on może nie zauważyć. Moja nieoceniona żona Paulina podczas BYU w Radomsku po zakończeniu 4 pętli zamiast na jedzenie zaprowadziła mnie pod prysznic, bo ja w sumie zapomniałem, że już cztery godziny biegnę w 32 stopniowym upale.

Niemniej podczas standardowej przerwy (która w moim przypadku trwała około 10 minut) działo się to:

  • Siadałem na rozkładanym fotelu,
  • Zjadałem dwie ćwiartki pomidora i dwie ćwiartki pomarańczy, czasami pół banana lub częśc arbuza,
  • Piłem kubek elektrolitów,
  • Połykałem dodatkowo tabletkę z solą,
  • Po jedzeniu i piciu kładłem się na macie, zdejmowałem buty i skarpetki
  • Jeśli był czas to pasowałem nogi pistoletem,
  • W tym czasie Paulina uzupełniała mi miękki bidon o wodę i pas o dwa żele energetyczne

Czasami przerwy się modyfikowały, bo prosiłem o inne rzeczy jak na przykład zmianę skarpetek, moczenie w zimnej wodzie czy żel na otarcia. Większość z tych rzeczy były już gotowe przed moim przybiegnięciem, co oszczędzało mnóstwo czasu.

Tutaj uwaga co do supportu. Wybierając osobę/osoby, które będą Was wspierać w tym wydarzeniu pamietajcie, że dla nich to też kawał ciężkiej pracy. Kiedy Ty biegniesz one szykują się na ten krótki moment przed kolejną pętlą. Te osoby muszą Was dobrze znać, wiedzieć czego potrzebujesz lepiej niż Ty (bo Ty będziesz w innym świecie). Do tego to nie mogą być osoby, które łatwo się urażają. Po kilku(nastu) godzinach biegania mózg potrafi płatać figle. Nasza komunikacja z moją supportującą żoną wyglądała tak, że mówiłem „daj mi wodę tu” bo zapomniałem jak wymawia się słowo bidon i nie mieliśmy czasu na partnerskie uprzejmości. Ale Paulina wiedziała, że tutaj chodzi o efektywność.

Trzy minuty przed startem kolejnej pętli wybrzmiewa trzykrotny gwizdek (wszyscy go przeklinają…), dwie minuty przed startem kolejne dwa gwizdki i na minutę przed startem pojedyńczy gwizd. Zawodnicy kończą regenerację i wracają do korala startowego. Bije dzwon i zaczyna się kolejna pętla.

Support nas ratuje w przerwie

Chcesz spróbować?

No to git! Zacznij od sprawdzenia, gdzie jest twój najbliższy Backyard na stronie Stowarzyszenia Polskie Ultra i ich fejsie oraz Backyard Ultra Polska. Warto też polubić strony dotychczasowych Backyardów, bo każda z tych imprez lubi informować także o nowych wydarzeniach u siebie i w reszcie Polski.

Ale pamiętajcie słowa Lazarusa: „it is easy… until it is not

Jeśli masz jakieś dokładniejsze pytania do zapraszam do komentarzy! Spróbuję pomóc lub przekierować do odpowiedniego miejsca:)