To jeszcze nie sufit

Pamiętam jak w styczniu, zaraz po powrocie z Teneryfy, odkryłem ideę Backyard Ultra. Było dla mnie coś fascynującego w bieganiu ciągle takiej samej pętli, aż zostanie jedna osoba na placu boju. Obejrzałem wtedy dokument „Just one more lap” i pomyślałem, że fajnie byłoby wziąć udział w czymś podobnym kiedyś…

…a tydzień później trafiła do mnie informacja, że w Polsce już są takie biegi. Nie wiele myśląc zapisałem się na pierwszy możliwy. Pięć miesięcy przygotowań później i właśnie skończyłem swój pierwszy Sowi Backyard Ultra. Najpiękniejszą i najtrudnieją rzecz, jaką do tej pory zrobiłem.

Zapisując się byłem podekscytowany i trochę się bałem. Jak to będzie? Na ile mnie stać? Czy to co udało mi się wybiegać do tej pory (w grudniu na Teneryfie udało się 101km) daje mi już jakąś podstawę, aby nie być ostatnim?

Przez te pięć miesięcy robiłem, co mogłem, aby przygotować się do Backyarda, korzystając z pomocy znajomych, brata i osób, które takie rzeczy mają już za sobą.

Doszedłem do etapu, w którym miesięcznie na butach miałem już 120km, co uważałem za swój limit – czułem, że nogi nie miały się już kiedy regenerować. Po drodze zaliczyłem Półmaraton Warszawski, który wprawdzie zrobiłem poniżej 2 godzin, ale okupiłem to powracającym bólem prawego kolana. Gdy wreszcie udało mi się spotkać z ortopedą to otrzymałem mało zachęcające diagnozę: Przykurcz lewej nogi i ryzyko naderwania prawej łękotki.

Ortopeda wyglądał na zmęczonego kolejną konsultacją gościa, który nagle odkrył bieganie po 20 latach siedzenia za biurkiem. A teraz chce być kocurem i biegać chore dystanse. No ale przecież teraz nie zrezygnuję, prawda?

Na dwa dni przed startem znów zaczęło mnie boleć kolano, mimo tego, że cały tydzień się oszczędzałem. Zupełnie tak samo jak przed Półmaratonem Warszawskim, tak jakby kolana prewencyjnie mi dawały znać, żebym się nie wygłupiał. Ale ja miałem inny plan.

Bielawa

Przyjechaliśmy do Bielawy w trzy osoby: ja, moja żona Paulina jako support i mój brat, którego udało mi się namówić na start (w zamian za co jak muszę wystartować z nim w Runmageddon Hardcore).

W miasteczku namiotowym zebrało się około 80 zawodników. Mieliśmy ciekawych sąsiadów: Po jednej stronie 60 letni debiutant backyardowy, który przyjechał bez supportu, ale z vanem wypełnionym każdą formą izotoników i wysokobiałkowego jedzenia. Do tej pory po prostu latami biegał po górach, teraz w ramach urodzin pyknąl sobie testowo 9 pętli i zastanawia się jak mu pójdzie dzisiaj.

Po drugiej stronie ojciec z synem, którzy początkowo biegli razem, ale ojciec zrezygnował po jakimś czasie. W momencie pisania tego tekstu syn jeszcze biegnie, ma już 30 pętli (30 godzin ciągłego biegania!) za sobą.

12:00

Wystartowaliśmy o południu. Nasza strategia z Matim polegała na trzymaniu się wolnego tempa i trafianiu na metę z małym, 8-10 minutowym zapasem czasu, aby nie spompować się za szybko. W efekcie biegliśmy zawsze ostatni, czasami tylko łykając tych, którzy opadali z sił na trasie.

Tuż przed startem

2 pierwsze pętle zajęło mi rozgrzanie nóg na tyle, żeby przestać czuć kolana, zrozumieć trasę i wprowadzić się w rytm. Zrozumieliśmy też, gdzie jest punkt krytyczny: gdy po pierwszych 3 kilometrach wybiega się na pole, z którego widać resztę biegnącej pod górę trasy i do każdego dociera świadomość, jak dużo musi pokonać, aby dotrzeć do mety.

Połowa trasy, krytyczny moment w każdej pętli

Po 3 pętli zjedliśmy szybko pizzę i ruszyliśmy z nową energią. Trochę ciążyła na żołądku, ale porady doświadczonych ultrasów były jasne: jak nie zjesz to cię odetnie w najgorszym możliwym momencie. W ogóle dużo się nauczyliśmy – wiecie co jest sekretem długodystansowców? Wygazowana kola i piwo 0%.

4, 5 i 6 pętla dla mnie nie istniały. To był trans. Po prostu biegliśmy, wracając do bazy na kilka minut przed kolejnym startem. Szybka przekąska, napój i focia na starcie. Bez siadania, żeby mięśnie nie ostygły. Czułem się dobrze, nawet za dobrze. Jedyne co mnie niepokoiło, to robi mi się ciasno w skarpetkach. Wolałem nie sprawdzać dlaczego.

Po 6 pętlach

Mati odpadł po 7 pętli. Nie widziałem do tej pory jeszcze nikogo, to był tak jak on potrafił czystą siłą woli zmusić swoje niedziałające mięśnie do ruchu. Uruchomił swojego wewnętrznego Gogginsa na pełnej. Brawo braciszku, jesteś wielki!

Ja tymczasem z każdą kolejną pętlą miałem coraz mniej czasu na odpoczynek: 8 minut, 7 minut, 6 minut… Wystarczało na tyle, aby napić się izotonika, wody, coli, zjeść kawałek banana i pomarańczy. Miałem tak ściśnięty przełyk, że nie przechodziło mi przez gardło nic stałego.

Ostatnią minutę przed startem spędzałem leżąc na trawie, a Paulina masowała mi stopy i palce, które trzęsły się niekontrolowanie. Obok mnie leżał drugi zawodnik, którego łydki samoczynnie drgały tak, jakby miał pełzające robaki pod skórą. Ja ponoć tak miałem na udach, ale tego nie czułem.

Między dobiegnieciem a startem kolejnej rundy miałem średnio 7 minut czasu na regenerację

Zadzwonił dzwonek, co oznaczało start kolejnej pętli. Dawałem sobie cztery mocne chlastacze w twarz i ruszałem na jeszcze jedną pętle.

Na mecie po 7 pętli nasze rozmowy zaczynały się od pytania Pauliny czy już rzygałem. Za każdym razem odpowiadałem jej, że jeszcze nie, bo nie mam czym. Mimo tego, że co pętle wypijałem pół litra różnych napojów, to czułem jakbym nie miał nic w sobie.

9 pętla pokazała mi coś nowego. Do tego momentu byłem bardzo skupiony na moim ciele i reagowałem natychmiastowo na problemy z energią, płucami, stopami czy kolanami. Ale w połowie 9 pętli jednocześnie zaatakowała mnie kolka i skurcze łydek. Przestraszyłem się tego bardzo, ale z jakiegoś powodu nie potrafiłem się zatrzymać. Zaczynał się zachód słońca, ale udało mi się wrócić na start przed nocą.

10 pętla. Po raz pierwszy po zmroku i z czołówką. Niestety okazało się, że moja lampka słabo świeciła, więc biegłem prawie po ciemku. Czułem, że moje odciski na obydwu stopach można już traktować jak szóste palce. Na odcinku górskim potykałem się ciągle o kamienie, ale starałem się biec szybko, żeby zmieścić się w godzinnym limicie pętli. Uderzyłem się jednak tak, że pęcherz pękł i rozlał się po skarpetce i bucie. Kilometr przekuśtykałem zanim ból zaczął być znośny i mogłem nagdonić tempo.

10 pętla, moja ostatnia

Wtedy jednak zdecydowałem, że to będzie mój finał. 10 godzin biegania czyli 67 kilometrów dystansu to o 35 więcej niż moja życiówka do tej pory. Wystarczy jak na debiutanta.

Na mecie Paulina na mnie spojrzała i powiedziała, że wyglądam lepiej niż po całym dniu confcalli w pracy, więc jeszcze dałbym radę ze dwie pętle zrobić. Możliwe, ale to sprawdzimy za rok :)

To jeszcze nie sufit

Po zejściu z trasy usiadłem na rozkładanym fotelu i po chwili zacząłem się trząść z zimna. Tak dużego deficytu kalorycznego jeszcze nigdy nie miałem (zegarek mi powiedział, że spaliłem 7 tysięcy kcal). Zdejmowanie butów było związane z piekielnymi falami skurczy i każdy ruch nogami wiązał się z ryzykiem upadku.

Wślizgnąłem się do śpirowa i poszedłem spać. 6 godzin później obudziłem się i zobaczyłem, jak z całej grupy 80 startujących dwunastka kocurów ciągle biegnie. Skąd oni mają na to siłę? A skąd ja miałem, żeby zrobić to co teraz? Sam nie wiem.

Natomiast jedna rzecz jest już od dzisiaj pewna: zostałem ultramaratonistą.

Ale to jeszcze nie jest sufit.

2023

Przed Wami moje dziesiąte podsumowanie roku. Czas leci, co nie? Dla chętnych pozostałe edycje: 2022, 202120202019201820172016201520142013, a całą resztę zapraszam na skrót z mojego życia w 2023.

Piszę ten tekst nie (jak zazwyczaj) w jednej z warszawskich kawiarni, a z Teneryfy, gdzie zdecydowaliśmy się całą rodziną zimować. Fantazjowaliśmy o tym od lat i wreszcie to zrobiliśmy! To też piękne ukoronowanie tego dziwnego roku. Ale od początku:

Ruch to rozwiązanie

W tym roku do mojej aktywności fizycznej, głównie związanej z podnoszeniem ciężarów, dodałem więcej ruchu.

Kupiłem najtańszą opaskę śledzącą aktywność, wystawiłem rower z garażu i zacząłem wozić córkę do przedszkola w doczepionym z tyłu foteliku. Wracałem coraz większymi pętlami, wydłużając trasę o kolejne kilometry na tyle, na ile praca pozwoliła. Zmusiłem się też wreszcie do odświeżenia w serwisie mojej niezawodnej półkolażówki (teraz to się nazywa gravel), na której w czasach studiów przebiłem się przez słowackie Tatry i dojechałem do Krakowa. Ku przerażeniu mojej żony zacząłem stosować się do zasad Velominati i nie było odwrotu – musiał kupić lajkrowe spodenki z pieluchą i przeobrazić się w mamila.

Przypomniałem sobie na nowo dlaczego lubię rower i ile endorfin mi daje jazda na nim. Zacząłem regularnie jeździć w soboty rano, zwiększając dystans, aż wreszcie wspólnie ze znajomi robiliśmy pętle Wawa – Zegrze – Wawa i Wawa – Góra Kalwaria – Wawa, po 80km na sesję.

Jak ja lubię ten rower.

Niemniej, gdzieś w głębi mnie siedziało poczucie, że rower to za mało i za łatwo. Tkwię w tym sporcie, bo nie chce zaatakować mojego prawdziwego wroga – biegania.

Moja relacja z bieganiem była zimna. Co rok (poza pandemią) startowałem w Biegnij Warszawo, ale to była bardziej tradycja niż przyjemność. Bieganie było dla mnie nudną męczarnią, która wydawała się bezcelowa. Zakładałem słuchawki, odpalałem podcast albo audiobooka i przebiegałem kilka kilometrów, żeby mieć to już za sobą.

Tak było od moich biegowych początków, zanim jeszcze zacząłem studia i za każdym razem, gdy ponownie zaczynałem. Teraz, miałem inne podejście. Po pierwsze zauważyłem, że bieganie mnie uspokaja i wycisza. Po drugie, zdjąłem słuchawki i zacząłem obserwować moje otoczenie, zamiast się od niego odcinać. Po trzecie, nie czekałem na koniec, nie pośpieszałem, nie walczyłem z sobą. Po prostu biegłem przed siebie i chłonąłem. Pierwsze razy były trudne i „nie dla mnie”. Ale założyłem się z moim bratem, że przez tydzień codziennie będziemy biegać choć trochę. coś we mnie pękło. Odkryłem lepsze bieganie – w mojej głowie, a nie nogach. Dużą zasługę miała w tym książka „Born to Run”, o której później.

Przełom przyszedł, kiedy zrozumiałem, że większość mojego życia prywatnego i zawodowego jest „teoretyczna” – to odbijanie w głowie myśli, snucie planów, przewidywania, decyzje, strategie… Bieganie siłą rzeczy mnie gruntowało, bo wymagało praktycznego bycia tu i teraz, a nie myślenia, co będzie za godzinę czy za miesiąc.

Podczas biegania zacząłem zauważać, jak działa moje ciało i mózg. Pierwszy kilometr to jego walka z nową sytuacją. Mała zadyszka i próba powrotu do wygodnego spoczynku. Po 2, 3 kilometrach zaczyna się przyzwyczajenie i bariery w głowie mijają, oddech się uspokaja i robi się łatwiej. Po około 10 kilometrach rozpoczyna się magia – „zlewam się” z rytmem i ruchem i nie wiem w jaki sposób, ale budzę się po kilku następnych kilometrach z poczuciem, że nie wiem kiedy mi one minęły.

Jedna z moich teneryfskich tras biegowych. Cel: ten mały budynek na górze

Około 20 kilometra zaczynam czuć poszczególne części ciała – skończyły się łatwo dostępne zasoby energetyczne i ciało zaczyna sięgać głębiej. Oddech znów się skraca, stopy i kolana zaczynają boleć. Każdy krok wydaje się istotny, a głowa mi mówi, że nic się nie stanie jeśli się zatrzymam, w końcu i tak już dużo przebiegłem. Ale teraz już wiem, skąd ten głos pochodzi i nauczyłem się od niego oddzielać. To rozpaczliwa biologiczna próba ochrony tych zasobów, które jeszcze zostały. W końcu nie wiadomo, kiedy uda się je odbudować, bo nasze mózgi nie ufają, że kalorie są i będą ciągle łatwo dostępne.

Ta ściana jest najtrudniejsza do przebicia. Na szczęście jest znacznie cieńsza niż głowa nam mówi. Niemniej kolejne 5-10 kilometrów jest obiektywnie trudne, ale nie niemożliwe. A co jest dalej? Jeszcze nie wiem, bo czasu mi wystarczyło na dotarcie do 30 kilometrów. Wiem natomiast, że…

To nie jest sufit

Wraz ze dodaniem treningów kardio zaczęły się też dziać inne rzeczy, których nie czułem przy statycznych treningach siłowych. Zacząłem się ścigać ze sobą szukając momentu, w którym sam przyznam, że już przeginam. Stawiałem sobie coraz bardziej absurdalne i straszne (dla mnie samego) wyzwania, ale za każdym razem po ich przekroczeniu wracałem do domu i mówiłem Paulinie, że to jeszcze nie sufit.

Ciekawiło mnie jak ten limit wygląda. Moim pierwszym celem było spalenie dziennie 500kcal – do tego wystarczyło oddychać i trochę chodzić. Następnie było 1000kcal, co w dniach bez siłowni wymagało już odrobinę wysiłku. Dodanie roweru i biegania spowodowało, że przebijanie 1500 i 2000 kcal dziennie stało się realne. Wiele miałem dni z dwoma jednostkami treningowymi i tygodnie, w których codziennie był choć jeden trening. Teraz mój rekord to 3234kcal w dniu przebiegnięcia 20km przez góry na Teneryfie. Ale to ciągle nie jest sufit!

Moja progresja aktywności w tym roku

Natomiast takie spalanie wymaga coraz więcej czasu, którego już po prostu nie miałem, biorąc pod uwagę obowiązki domowe i zawodowe. Wymaksowałem wszystkie dostępne opcje treningowe w trakcie logistyki dom-szkoła-praca. Postanowiłem więc zmienić podejście i zamiast wydłużać aktywność utrudniać i udziwniać ją sobie.

Moje piękne biegowe Asicsy zamieniłem na minimalistyczne Merrelle z praktycznie nieistniejącą amortyzacją (to też zasługą książki „Born to Run”), przez co czułem każdą nierówność na trasie. Na początku było to trudne do zaakceptowania, ale teraz nie wyobrażam sobie innego biegania i bardziej gruntującego (he, he) doświadczenia. Jest w takim bieganiu coś prawdziwego. Do tego dodałem obciążenia: moim ulubionym jest bieganie z 3 letnią córką na plecach i ściganie się jednocześnie 7 letnim synem, który popyla obok na rowerze.

Kolejny eksperyment to bieganie nocą – znacznie wolniejsze i ostrożniejsze, bo z minimalnym oświetleniem z czołówki lub latarki telefonu. Dzięki obecności na Teneryfie, mogłem do tego dołożyć bieganie w górach. Szczególnie na moją wyobraźnię podziałała bliskość słynnego szlaku 0.4.0 od Oceanu po szczyt wulkanu Teide o wysokości prawie 4000 metrów. W grudniu połączyłem jedno z drugim i finalnie obserwowałem wschód słońca z punktu widokowego na tej trasie, po wbiegnięciu 500 metrów różnicy poziomów po ciemku. Cudowne uczucie.

Wschód słońca z punktu widokowego La Corona. W dole Porto de la Cruz

Kolejnym eksperymentem był udział w imprezach biegowych. Pierwszą z nich był Runmageddon, na którą namówił mnie brat, a drugą bieg niepodległości w mojej lokalnej miejscowości. Obydwa były świetnym doświadczenie, bo bieganie w grupie w której wszyscy się ścigają ze sobą, ale jednocześnie się dopingują daje niesamowite poczucie wspólnoty.

Widać podobieństwo?:)

Moje eksperymentowanie oparte jest na szukaniu tego limitu możliwości. Zaskakuje mnie to, że mimo coraz trudniejszych wyzwań, ciągle widzę miejsce na więcej i sam fakt przekraczania tych granic daje mi ogromną przyjemność bez kaca moralnego. Tym bardziej jaram się moimi planami na przyszły rok, bo udziwnienia będą jeszcze ciekawsze – sami zobaczycie.

Wybory

Tak się składa, że wyniki wyborów parlamentarnych i prezydenckich pojawiają się zaraz po moich urodzinach. Przez ostatnie 8 lat miałem pod tym względem smutne imprezy, bo świętowałem je w poczuciu bycia obcym we własnym kraju. Ale te urodziny wreszcie były inne.

W przeciągu kilkunastu dni od zmiany rządu zadziało się tyle niespodziewanie pozytywnych wydarzeń, że to aż podejrzane. Mam jakąś iskierkę nadziei, że po latach ześlizgiwania się w moralną i etyczną przepaść odbijemy się i wrócimy do etapu, w którym będzie można wrócić z wewnętrznej emigracji.

Zaczynają się dziać pozytywne rzeczy w polskiej polityce. Nie jestem do tego przyzwyczajony i czasami boję się, że to może być sen, albo jakaś sprytna pułapka. Sądzę, że dużo ludzi z mojego pokolenia jest w podobnej sytuacji i zastanawiają się, czy mogą mieć nadzieję. Czy to rozważne mieć już nadzieję?

Tym bardziej, że za naszą wschodnią granicą nie jest najlepiej. Sytuacja zamienia się w walkę pozycyjną o niezdefiniowanym zwycięzcy. Ukraina się broni, ale wsparcie Zachodu wysycha, a Rosja może jeszcze mnóstwo swoich obywateli poświęcić. Niedługo wybory w USA, w których realnym scenariuszem jest powtórka cyrku Trumpa.

Jak w tej sytuacji funkcjonować? Jakie wybory podejmować, żeby zapewnić swojej rodzinie bezpieczeństwo?

Relacje

Ten rok był dla mnie czasem wynurzania się z na powierzchnię z deficytu relacji.

Ostatni raz tak miałem 4 lata temu, gdy nasz syn kończył 3 lata i powoli można było sobie układać życie na nowo po ciężkiej walce z kaprysami i oczekiwaniami małego człowieka. Wtedy jednak zdecydowaliśmy się na drugie dziecko, więc jedyne co nam się udało to zaczerpnąć na chwilę powietrza przed ponownym zanurzeniem.

Teraz nasza córka skończyła 3 lata, znów się wynurzam i mam coraz więcej czasu, aby odetchnąć i rozejrzeć się dookoła. Co zobaczyłem?

Kolejny rok związku pełen był perturbacji i nauki, że nie każdy ma tak jak ja. Ciągle muszę to sobie przypominać, czasami boleśnie. Ale też wiem, że ta inność to jest dokładnie to, czego sam nie mam, a czego potrzebuje. Za każdym razem, gdy robimy z Pauliną testy osobowości to nasze wyniki są lustrzanymi odbiciami. Skrajnie różnie reagujemy na sytuacje społeczne czy nagłe zmiany, co innego wywołuje u nas ekscytacje i stres. Ale łączy nas empatia i ciekawość tej drugiej perspektywy. W tym roku poczułem jak mnie to relacyjnie spaja.

Nasze dzieci są coraz bardziej samodzielne i coraz bardziej widzę w nich prawdziwych ludzi, a nie tylko dzieci. Młodsza córka zaskakuje bardzo konkretnymi preferencjami (zwierzęta: tylko białe konie; kolor: tylko różowy), ze starszym synem już mogę ponerdzić o grach i strategiach przetrwania w Minecrafcie. Mamy już wspólne zainteresowania, wspólne sporty, wspólne doświadczenia. Teraz już tylko czekam, aż zacznie się etap „Ok, boomer”

Wchodziłem w 2023 z poczuciem, że moja siatka społeczna jest nikła, ale to była gruba nieprawda. Potrzebowałem tylko pomocy, aby zrozumieć, że nawet ja jestem istotą społeczną, na swój własny sposób.

Szczególnie to było widać wśród znajomych facetów. Nam ciężej buduje się sensowne relacje społeczne, nie posiadamy tego zmysłu przegadywania swoich problemów i sytuacji życiowych jak większość kobiet. Tym bardziej cieszę się, że mam z kim wyjechać wspólnie na camping, pościgać się na rowerze, przegadać filozofię, poprzerzucać gruz, ponarzekać na partnerki, przypompować na siłce czy wypić macchiato z filigranowej filiżanki. Dzięki chłopaki, że jesteście!

Inwestowanie

Finansowo to był rok to czas odbudowy kapitału po zainwestowaniu w mieszkanie na wynajem kupione w 2022 roku. Mieszkanie szybko znalazło najemcę, który przedłużył wynajem o kolejny rok. Wychodzi na to, że na teraz nasza hipoteza inwestycyjna się sprawdza: w przeciwieństwie do trendu, zainwestowaliśmy w lokum przyjazne rodzinie i zwierzętom, bo sami wiemy jak ciężko jest znaleźć dobre miejsce dla siebie w zalewie warszawskich kawalerek inwestycyjnych.

Ponowne akumulowanie kapitału na giełdowym IKE było i jest żmudnym procesem. Ale na (nie)szczęście giełda dostarczyła dużo zwrotów akcji.

W tym roku skupiłem się na prostym dokupowaniu całego SP500 oraz wzmacnianiu pozycji na CD Projekcie licząc na to, że spółka odbije się po kryzysach wizerunkowych rozpoczętych falstartem Cyberpunka. Wszystko wskazywało na dobre redemption story. Niestety w mojej ocenie to, co zadziało się w świecie realnym nie zostało odzwierciedlone w cenie akcji. Niemniej ja jestem cierpliwy i lubię akumulować.

Finalnie ten rok był pełen górek i dołków giełdowych, ale większość z nich nawet nie zauważyłem, bo coraz rzadziej uzupełniam moje statystyki. Powoli dochodzę do wniosku, że nie ma potrzeby patrzeć na wyniki raz na tydzień – chyba przestawię się na analizę raz na miesiąc.

Progresja skuteczności moich inwestycji zaczynając od połowy 2018 roku do teraz

Stosując metrykę z zeszłego roku: jeśli ktoś dałby mi 10 tysięcy dolarów w połowie 2018 to na koniec 2023 oddałbym mu 15.5 tysięcy dolarów. To daje CAGR (średnioroczna stopa zwrotu) na poziomie 8.17% czyli gorzej o prawie 2% w stosunku do 2022 roku. Niemniej jestem zadowolony bo to ciąglewyżej od mojego założonego minimalnego 6%. Z drugiej strony lepiej bym wyszedł ładując wszystko w SP500, a jeszcze lepiej po prostu nadpłacając kredyt hipoteczny. Co pewnie będzie moim finansowym celem w 2024 roku.

Książki

To nie był dla mnie dobry rok na czytanie i słuchanie książek. Wyparły je bieganie i rower – a wtedy nie chcę niczego słuchać.

Zostają mi więc tylko krótkie okresy samotności, jazda samochodem oraz wspólne czytanie i słuchanie z dziećmi. Niemniej te kilka książek, które przeczytałem lub przesłuchałem dwie zostaną ze mną na dłużej:

Can’t Hurt Me” Davida Gogginsa. Goggins jest nazywany najtwardszym człowiekiem na ziemi. Czytając go, nie mam wątpliwości, że to prawda. To jak Goggins zrobił ze swojego cierpienia paliwo do rozwoju jest niesamowite, a jego masochizm w dziwny sposób motywujący. To w sumie przez niego zacząłem biegać rano i jeździć w deszczu na rowerze. Jego „im gorzej tym lepiej” było dla mnie dobrą mantrą do powtarzania na 20 i 30 kilometrze biegu, gdy nogi się pode mną uginały. To byłaby moja książka roku gdy nie…

Born to Run” Christoffera McDougalla. Pamiętam jak widziałem papierowy egzemplarz ze 13 lat temu na domówce u znajomego, który mocno ją zachwalał. Ja byłem sceptyczny: co może być ciekawego w książce o bieganiu? Drugi raz wspomniał o niej mój brat w październiku tego roku i dał mi ją jako prezent. Od pierwszych minut byłem wciągnięty bez reszty w historię relacji autora z Caballo Blanco, plemienia biegaczy Tarahumara i całego panteonu żywych legend. Czego tam nie ma! Czeski 18 krotny rekordzista świata Emil Zatopek, który lubił biegać ze swoją żoną na plecach w śniegu, czy Mensen Ernst, który przebiegł z Paryża do Moskwy w czternaście dni (!), średnio po 200 kilometrów dziennie (!!) w 1832 roku (!!!). Okazuje się, że świat jest pełen niezwykłych biegających ludzi.

To dzięki filozofii biegania wyłożonej przez autora zrozumiałem, że bieganie to nie walka ze sobą, to doświadczenie bycia ze sobą. T przyjemność z poruszania się i obserwacja rzeczywistości, która chrupie pod stopami i wieje w policzki. Książka roku, bez dwóch zdań.

Jedną nową rzeczą, której się o sobie dowiedziałem w tym roku to fakt, że lubię… kryminały, szczególnie w stylu cozy crime. A wszystko zaczęło się od rodzinnego słuchania Joanny Chmielewskiej i jej serii książek dla dzieci „Janeczka i Pawełek”. Jeśli macie okazję to polecam serdecznie dla dzieciaków 7+ i dorosłych.

Finalnie skończyło się na 10 książkach w tym roku – możecie zobaczyć pełną listę jak zwykle na Goodreads.

Podróżowanie

Pod względem podróży ostatnie 12 miesięcy było dla nas odbiciem od covidowo-wojennego dołka w 2022, 2021 i 2022.

Po raz pierwszy wybrałem się na dłuższy wyjazd urlopowy bez mojej najbliższej rodziny. Owszem, zdarzały się delegacje albo wyjazdy bez dzieci, ale to było coś nowego. Na początku było to trochę straszne (jak oni sobie poradzą?), ale całkiem sprawnie moja głowa się przestawiła na czerpanie przyjemności z bycia pojedynczą osobą a nie częścią grupy.

Ostatni raz w tym miejscu byłem 10 lat temu. Nie miałem jeszcze ani żony ani dzieci.

Nasz pierwszy duży wyjazd w roku to była gruba sprawa: najpierw ja pojechałem z bratem i jego ekipą na narty do północnych Włoch, a później przeleciałem samolotem na Sycylię, gdzie doleciała do mnie Paulina z dzieciakami i w grupie rodzin zwiedzaliśmy wyspę najpierw od strony Katanii a później Trapani. Tam też spędziliśmy święta wielkanocne.

Zachodnia Sycylia bardziej nam się spodobała

Gdy już zrobiło się w Polsce cieplej to otworzyliśmy sezon kamperowy majówkową wizytą w Słowackim Raju. Miesiąc później zobaczyliśmy wreszcie Góry Izerskie i spróbowaliśmy słynnych gofrów w Chatce Górzystów. We wrześniu łącząc kwestie zawodowe i wycieczkowe przejechaliśmy przez Kraków i zahaczyliśmy o Wieliczkę, a później Katowicki Spodek podczas mistrzostw szachowych szkół podstawowych.

Sucha Bela

Co więcej to też rok, w którym nasze dzieci były po raz pierwszy na dłuższych wakacjach bez nas, co też dało nam przestrzeń na dorosłe eksplorowanie. Wybraliśmy się więc w szaloną podróż do Łodzi – nagle i bez żadnego planu. Krejzi!

Jedno z moich ulubionych zdjęć 2023. Tatry od strony Białki Tatrzańskiej

Miałem też po raz pierwszy okazję zrobić wyjazd tylko ja i syn wraz ze znajomymi tatami. Pojechaliśmy wszyscy do fantastycznego campingu niedaleko Warszawy i mieliśmy prawdziwie męski wypad. Czas jeden na jeden z własnym dzieckiem (jak się ma dwójkę) to rzadkość, dopiero wtedy się go w pełni docenia.

Ucieczka z krainy badyli

Od lat wraz z Pauliną wyrywamy sobie włosy z głowy, że musimy spędzać zimę w Polsce. Nie zrozumcie mnie źle, ja bardzo lubię prawdziwą zimę, pełną zasp śnieżnych skrzących się w słońcu. Ale takich dni ze śniegiem jest coraz mniej, nie mówiąc już o świetle. Żelazna kurtyna chmur w połączeniu ze zmianą stref czasowych dobijał nas energetycznie i emocjonalnie. Zresztą, jak mogło być inaczej, skoro rano budziliśmy się w ciemnicy, szliśmy do przedszkól, szkół i prac, aby tam spędzić zachmurzony dzień i wyjść z instytucji po zachodzie. A to co było za oknem to zanieczyszczone powietrze i wszechobecne bezlistne badyle i pośniegowe błoto. Czułem się jak w klatce.

Więc, gdy wreszcie okoliczności roboczo-edukacyjno-logistyczne ułożyły się po naszej myśli, to uciekliśmy z krainy badyli w cieplejsze miejsce. A poniżej nasza epicka historia, dla potomności.

Najpierw trochę kontekstu. Nigdy nie chciałem mieć samochodu, wydawał mi się niepotrzebną stratą pieniędzy, nie czerpałem też szczególnej przyjemności z jazdy. Niestety posiadanie dzieci zmusiło nas do tego wydatku. Postawiliśmy sobie jednak warunek, że to musi być wyjątkowy samochód, który będzie pełnił też dodatkową rolę jako mały camper. Po naszej podróży po Islandii w 2019 roku wiedzieliśmy, że to możliwe, bo tam jeździliśmy zmodyfikowanym dostawczakiem Citroen Berlingo z drewnianym stelażem, materacem i kuchenką z tyłu.

Gdzie we Francji

Stwierdziliśmy, że podobny myk możemy zrobić też w Polsce. W 2021 znaleźliśmy sobie przedłużone Berlingo z ogrzewaniem postojowym, kupiliśmy na Allegro wkład camperowy Vacamod z wysuwaną kuchenką gazową i rozkładanym łóżkiem i staliśmy się oficjalnie kamperowcami. Berlingo sprawdza nam się doskonale, bo można nim wjechać i do miasta i na przełęcz górską i nikt nawet nie wie, że da się w nim całkiem wygodnie spać. A na czas poza sezonem wkład kamperowy wystawiamy do garażu i mamy dużo przestrzeni na graty. Oczywiście nie ma wszystkich wygód dużego campera, ale oferuje nam wystarczająco dużo.

Tak dużo, że stwierdziliśmy, że to właśnie nim uciekniemy z krainy badyli. Jako miejsce docelowe wybraliśmy Teneryfę, wyspę wiecznej wiosny. 3500 kilometrową podróż z Warszawy do Huelvy zrobiliśmy w 8 dni przejeżdżając przez Czechy, Austrię, Włochy, Francję, Monako (nawet nie zauważyliśmy :) i Hiszpanię. Następnie w Huelvie wsiedliśmy na prom i po 31 godzinnym rejsie wreszcie dotarliśmy na Teneryfę.

Nasza trasa

Po drodze trochę zwiedzaliśmy, głównie po mniej zatłoczonych miasteczkach i trzymając się z dala większych skupisk. Skusiła nas jedynie Genua i już mam nauczkę do końca życia – nigdy więcej do tego miasta nie wjadę.

Nasze dzieci są już od lat trenowane w takich podróżach i spaniu na dziko w samochodzie w nigdziebądziu, więc nie robiło to na nich większego wrażenia. Czasami mam wrażenie, że są większymi hardkorami od nas.

Najgorszy czas całej podróży to był jednak prom na wyspę. Zarządzanie energią dwójki dzieci przez dwa dni i noc to piekielnie trudne zadanie, szczególnie gdy na promie przestrzeń do zabawy z dziećmi jest mniejsza niż dla psów (upadek cywilizacji europejskiej, jak nic)

Życie na Teneryfie

Osiedlenie się na Teneryfie oznaczało oczywiście poukładanie sobie życia na nowo. Na szczęście mieliśmy sprzyjające warunki: ja w większości pracuję zdalnie, Paulina jest między projektami, Staś uczęszcza do szkoły pozasystemowej, gdzie nauka zdalna nie jest problematyczna, a Hania jeszcze w przedszkolu. Oczywiście rzeczywistość szybko nam zweryfikowała plany, bo ciężko wymagać od dwójki energicznych dzieci, żeby trzymała się zasad i respektowały godziny pracy, ale generalnie poszło lepiej niż się spodziewałem.

Moje teneryfskie biuro

Poza tym widzieliśmy jak dużo edukacji udaje nam się przemycić przy okazji podróży – nauka hiszpańskiego w sklepie, geografii podczas wycieczek, matematyki przy przeliczaniu złotówek na euro.

Dzięki temu, że tutaj zachód słońca jest po 18:00, a wieczory ciepłe to prawie każde popołudnie spędzaliśmy na wypadach po lokalnych górach i plażach, czasami korzystając z fal i ciepłej wody oceanu. Teneryfa pełna jest atrakcji do zwiedzania, więc nie ma czasu na nudę.

Mieszkamy w małej, 6 tysięcznej miejscowości na wysokości 500 metrów npm. Jest tutaj fryzjer, kilka sklepów spożywczych i pewnie z 5 barów przy głównej ulicy. Wszyscy siedzą na powietrzu, przejeżdzające samochody trąbią witając tubylców pijących piwo lub kawę. W sobotę rano do najbliższego baru schodzimy na churrosy i gorącą czekoladę, a dzieci lecą na malutki plac zabaw obok kościoła.

Główna ulica w naszym miasteczku

Jest tutaj pięknie, choć czasami ta prowincjonalność daje nam w kość. Do większego miasta trzeba jechać pół godziny przez górskie serpentyny. Następną godzinę do stolicy, gdzie jest centrum handlowe, kino, kawiarnie, parki i inne udogodnienia, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Nie ma też co tutaj liczyć na ładną architekturę i design, międzynarodową kuchnię na poziomie czy działający szybko ecommerce. Znajomi ekspaci już się z tym pogodzili sugerując nam, żebyśmy o tym miejscu myśleli jak o cieplejszej Polsce 15 lat temu.

Dracena Draco, 1000 letnie drzewo

Mi to jednak nie przeszkadza. Codzienne słońce oraz wspaniałe okoliczności przyrody pozwoliły mi odżyć. Wyjazd tutaj to była najlepsza decyzja w tym roku, mimo tego, że bardzo się jej bałem. Wracamy na koniec stycznia, ale już teraz myślę co zrobić, aby takie zimowanie powtórzyć.

Zobaczymy, pożyjemy

Spisuję w swoim notatniku najlepsze powiedzonka moich dzieci odkąd potrafią mówić. Podczas naszej podróży, gdy zastanawialiśmy się nad trasą, nasza młodsza córka Hania powiedziała „No cóż – zobaczymy, pożyjemy”. I faktycznie coś w tym jest.

Mój utwór roku

Ten rok przypomniał mi jak ważne jest zmienianie środowiska, wychodzenia z kieratu powtarzalnych czynności i nieodróżnialnych dni. Mój mózg potrafi się w nich dobrze umościć i znaleźć argumenty, aby nic nie zmieniać – szczególnie, że dwa ostatnie lata nie obfitowały w bezpieczną przewidywalność. Pisząc jednak te słowa 4000 kilometrów od domu zdaje sobie sprawę jak dużo moich strachów jest wyolbrzymiona, nawet jeśli się wydarzy. I wiem, że to wyolbrzymienie to kolejna próba zabetonowania się i zatrzymania w miejscu, gdzie wszystko jest pod kontrolą. Bardzo bym chciał, żeby to było możliwe, ale wiem, że nie ma na to szans. Czas wszystko weryfikuje. To co młode stanie się stare, to co piękne – zwiędnie. Więc może lepiej odpuścić walkę z entropią?

Metryki lagujące i leadujące

Jeden z najwiekszych problemów jakie frustrują produktowców jest deklarowanie się na cele i metryki, co do których (słusznie) nie mają pewności.

Bo my wiemy jak dużo czynników na te cele wpływa: sezon, akcje marketingowe, choroby wirusowe, wojny za granicą, korki na mieście czy nawet to, co leci w telewizji. Nie da się tego przewidzieć z dokładnością co do przecinka tak jak wymaga się wyliczania konwersji produktu na koniec kwartału.

Stojąc przed takim problemem PM ma zazwyczaj dwie możliwości:

  1. Zgodzić się i przyjąć wyzwanie. Na oko zdyskontować czynniki sprzyjające i hamujące i tak budować w sobie produktową intuicję. Gdy przyjdzie czas weryfikacji trzeba tylko mieć listę czynników zewnętrznych (czyli wymówek) dlaczego się nie udało. A jeśli się uda, to siedzieć cicho, chełpić się chwałą i karmić swój syndrom oszusta,
  2. Zbuntować się i odrzucić sztywne ramy raportowania. W związku z tym przerzucić odpowiedzialność na swojego przełożonego, który sam musi coś wpisać do tabelki z projekcjami ROI. Ten PM nie ma jednak nic konkretnego do zaoferowania w zamian, a jego szef będzie od teraz ma go na oku.

Jest natomiast trzecia droga: skalibrowanie metryk w sposób, który zminimalizuje ryzyko czynników zewnętrznych na pozytywny wpływ zespołu na produkt. Jak to zrobić?

Największy problem z metrykami jest taki, że czas między wdrożeniem funkcji, a jej zauważalnym wpływem (czyli tak zwana „obserwowalność”) potrafi być bardzo długi, liczona w tygodniach, miesiącach, a nawet kwartałach.

Natomiast każdy kolejny dzień wprowadza zwiększone ryzyko wystąpienia nieoczekiwanych wydarzeń, które zaszumiają obraz sytuacji, a więc zmniejszają szansę na weryfikację czy nowy ficzer wniósł pozytywną zmianę. Im dalej w przyszłość tym mocniej daje o sobie znać tzw. stożek możliwych przyszłości:

Prawdopodobieństwo, że trafisz ze swoim planem dokładnie w środek możliwych przyszłości jest znikomy… i coraz mniejszy im dłuższy horyzont czasowy.

Wspomniana wyżej kalibracja polega na zindentyfikowaniu metryk lagujących i leadujących. Lagujące to zazwyczaj te najistotniejsze, których królowa to EBITDA, poniżej niej zazwyczaj konwersja na pierwszy zakup, konwersja na kolejny zakup (czyli powracalność) i średni koszyk (AOV) oraz ich wariacje, jak wartość klienta w całym jego życiu (LTV) czy churn. Wpłynięcie na którąkolwiek z nich gwarantuje oczywisty wpływ na przychody firmy.

Ale! Aby móc to zrobić potrzeba ogromnego wysiłku, a przede wszystkim czasu. A czas to jest luksus, którego żaden startup nie może oczekiwać.

Trochę o A/B testach
Wielkim krokiem w stronę poprawy tej sytuacji było upowszechnienie się A/B testów, a następnie testów multiwariacyjnych. Natomiast one też mają swoje problemy, szczególnie wśród startupów o małej skali: korpus danych potrzebnych do osiągnięcia istotności statycznej A/B testów jest tak duży, że czasami trzeba czekać miesiącami, aby zweryfikować który wariant przycisku lepiej konwertuje. Finalnie zazwyczaj różnica między wariant A i B jest tak mały, że nie opłaca się tracić czas na takie testy budżetu, a w szybko poruszających się organizacjach po prostu nie ma na to czasu.

Dlatego mamy też metryki leadujące, nie tak bezpośrednie jak lagujące, ale z zasadniczą przewagą: nie trzeba na nie czekać, bo ich reakcję na działania widać (niemal) natychmiastowo. Jeśli uda się połączyć korelacją metrykę lagującą z metryką leadująca to mamy klucz do rozwiązania naszego pierwotnego dylematu, a więc dobrą kalibrację metryk.

Jeśli metryka leadująca jest mocno skorelowana z lagującą to oznacza, że efektywnie potrafimy czytać przyszłość – ograniczamy bowiem liczbę możliwych wariantów do tylko tych, które wskazywane są przez efekty leadujących metryk.

Przykład:

Załóżmy, że porządana częstotliwość korzystania z Twojego produktu to raz na miesiąc. To prawdopodobnie oznacza, że użytkownik churnujący to taki, który nie skorzystał z Twojego produktu przez minimum 3 miesiące od ostatniego razu.

Czekanie 3 miesiące po wdrożeniu funkcji, aby zobaczyć, czy przynosi efekty jest stratą czasu. Możemy więc w takim razie zadziałać inaczej: z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że użytkownik, który wykonał dużo akcji po pierwszej konwersji (jak wchodzenie na konto, sprawdzanie historii, przeglądanie oferty itp) ma mniejszą szansę na churn, ponieważ generuje dużo interakcji i buduje się behawioralne przywiązanie. A to są rzeczy, na które zespół produktowy ma bezpośredni wpływ. Dobrym pomysłem więc byłoby szukanie metryki leadującej w postaci zwiększania zaangażowania po pierwszej konwersji. To już da się raportować w czasie rzeczywistym zamiast churnu na który trzeba czekać 3 miesiące.

Zresztą, inne działy w Waszej firmie już dawno to odkryły. Dobre działy sprzedaży zamiast patrzeć na to jak dużą wartość deali kumulatywnie przyniosą na koniec kwartału (metryka lagująca) patrzą na to, jak dużo spotkań sprzedażowych udało się odbyć w danym dniu (metryka leadująca). Im więcej spotkań tym większa szansa na sprzedaż. Prosta korelacja.