Camino Run

Wstęp

29 maja 2026 rozpocząłem mój najbardziej szalony do tej pory projekt biegowy. Polegał na przebiegnięciu w ciągu tygodnia z Porto w Portugalii do Santiago de Compostella w Hiszpanii na trasie Camino da Costa.

To dystans 284 km, w formule self-supported. To oznaczało średnio maraton dziennie z 8 kilowym plecakiem, bez ekipy, która by mnie po drodze wspierała. A oto jak do tego doszło.

Jak to się wszystko zaczęło

Ten pomysł siedział mi w głowie już od kilku lat. Do tej pory już 3 razy przeszedłem Camino (pierwszy raz 14 lat temu, opisałem to tutaj) i gdy ktoś przez ostatnie lata przypominał mi o tym i pytał czy chcę znów to zrobić, to mówiłem, że już nie, chyba że biegiem.

Uznawałem to za ironiczne zamknięcie tematu… aż do jesieni 2024, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać: Czy to faktycznie dałoby się zrobić? To brzmiało strasznie i ekscytująco jednocześnie.

Ile codziennie musiałbym biec, aby to miało sens? Schroniska dla pielgrzymów są średnio rozstawione co 15-20 kilometry, więc ja musiałbym robić 2-3 takie etapy dziennie… ale gdybym się sprężył to mógłbym zrobić całą trasę Camino w tydzień(!) zamiast prawie dwóch i pół tygodnia jak ostatnim razem. A to oznaczało… maraton dziennie przez tydzień!

Czy to w ogóle możliwe? Miałem już na koncie mocne starty jak przebiegnięcie Backyard Ultra 20h i 135km, wcześniej Rzeźnika 84km w Bieszczadach, ale to zawsze zamykało się w jednym dniu lub dobie. Ale tydzień wysiłku? Czy tak się da?

Tak sobie fantazjowałem o tym przez cały 2025 rok, gdy podczas jednego wybiegania w ponury sobotni poranek z ciekawości sprawdziłem, po ile są bilety tanich linii do Porto…

Dzień -200

Okazało się, że za stówkę mogę sobie tam polecieć tuż przed długim weekendem czerwcowym… wiec kupiłem bilet w jedną stronę myśląc, że to już jakiś krok- najwyżej jak się plany zmienią to stracę stówkę. To nic wielkiego.

Ale z drugiej strony poczułem, że to się faktycznie dzieje. Teraz tylko muszę się przygotować, mam na to 200 dni czyli ponad pół roku. Powiedziałem o tym projekcie mojemu trenerowi Łukaszowi, który odpowiedział tylko „ja j%^#!”… i zaczęliśmy rozpisywać mój plan. Podjarałem się tym Wielkim Strasznym Biegiem.

Największy problem to była objętość treningowa: z każdym tygodniem muszę robić coraz więcej kilometrów, aby przygotować organizm do tego wysiłku. Jak to wcisnąć między życie rodzinne i zawodowe?

Na początku po prostu starałem się biegać dłużej, częściej i wolniej, wykorzystując święta i wolne dni rano jak wszyscy spali lub wieczorami, gdy już spali. Ale to było ciągle za mało i za lekko, bo nie miałem pomysłu jak ja się spakuję i co będę miał na tej wyprawie na plecach.

Dzień -86

Przy okazji porządkowania szafy sprawdziłem jakie w ogóle mam plecaki… i znalazłem mój z poprzedniego Camino! Cały był zakurzony, nie miał tych wszystkich usprawnień jak współczesne plecaki biegowe, ale sprawdził się kilkanaście lat temu i dało się w nim biegać.

Pierwszy raz na trasie do pracy z plecakiem biegowym

Problem małych objętości rozwiązałem bieganiem na odcinku dom-praca z tym plecakiem. Do środka wpakowałem laptopa i ubranie pracowe. Finalnie lepiej sprawdziło mi się bieganie z pracy – dystans z biura do przedszkola córki to równo 10km. Co pozwalało mi (w zależności od okoliczności) robić z plecakiem 30-50km tygodniowo. W pewnym momencie tak się do tego przyzwyczaiłem, że zacząłem z trasy robić confcalle i dzwonić do znajomych, aby zabić czas podczas monotonnej już trasy – po kilkunastu razach znałem już każdy kamień i krawężnik.

W święta i długie weekendy robiłem coraz dłuższe back-to-back czyli serie dni biegowych, aby przyzwyczaić organizm do braku pełnej regeneracji. W pewnym momencie zobaczyłem, że z mocno przytroczonym plecakiem zaczynam biegać całkiem szybko robiąc 10km z 8km obciążeniem w średnio 5:10min/km.

Finalny test to 7 dni back-to-back (5 razy po pracy + sobota i niedziela) półtora tygodnia przed startem. Nic mi nie trzasnęło w nogach, zero kontuzji i większych obtarć z objętością 72km- czułem, że jestem gotowy. Teraz zostaje mi tylko skompletować sprzęt do plecaka.

Dzień 0

Rano odwiozłem dzieci do instytucji edukacyjnych wspólnie z Pauliną. Po drodze skoczyłem po kawę do ulubionej kawiarni i wróciłem do domu sprawdzić jeszcze raz czy wszystko mam.

Następnie taksówka na lotnisko i kilka godzin później jestem w Porto. Odnalazłem mój pierwszy Albergue, wykupiłem paszport pielgrzyma i muszlę św. Jakuba (symbol ludzi na trasie) i znalazłem swoje łóżko w budynku pielgrzymów.

Wolontariusz, który pracował na recepcji schroniska odpowiedział na kilka moich pytań o trasę, ale jak usłyszał, że planuję całość przebiec, złapał się za głowę, mówił że takich świrów rzadko tutaj spotyka.

Wieczorem, w ramach przygotowań pochodziłem odrobinę po mieście i wpadłem na polecaną przez lokalsów Francesinhę (nie może być wyjazdu do Porto bez tego!). Porozmawiałem z najbliższymi, pozwiedzałem okolicę. Zasnąłem z poczuciem, że dużo poświęciłem, aby tu się znaleźć, ale jest we mnie spokój połączony z gotowością.

Dzień 1: Porto – Agucadora (48km)

Zamiast od razu wejść na trasę postanowiłem pojechać pod Katedrę Se i mój ulubiony most między dwoma wzgórzami nad rzeką Duoro. To właśnie tam zakochałem się w tym mieście. Przytroczyłem do plecaka muszlę św. Jakuba, odpaliłem zegarek i zacząłem przygodę.

Po pierwszych kilku kilometrach biegu wzdłóż rzeki zrobiłem przystanek na zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i zjadłem śniadanie. Biegłem powoli popularną trasą miejskiego maratonu, więc wielu lokalnych biegaczy mnie wyprzedzało. Często się odwracali zaciekawieni, pozdrawiali i krzyczeli „bom camino!”.

Godzinę później dobiegłem do oceanu i poczułem wiatr znad wody, który będzie mi towarzyszył przez kolejne kilka dni. Trasę miałem prostą: wiedziałem, że biegnę w dobrym kierunku jeśli miałem Atlantyk po lewej stronie.

Początek był przyjemny, biegłem swobodnie na pełnej baterii z ogromną przyjemnością. Czułem, że moja głowa powoli osiada w nowej rzeczywistości

Gdy dobiegłem do schroniska po prawie 50 km okazało się, że nie ma już wolnych miejsc. Trochę mnie to zaskoczyło, bo wszyscy zapewniali, że to jeszcze nie jest pełny sezon. Niemniej ja biegnąc pokonywałem średnio dwa razy dłuższy dystans niż inni pielgrzymi, to przybywałem na miejsce na tyle późno, że miejsca w schroniskach publicznych już się kończyly.

Na szczęście okazało się, że tuż obok starsza pani udostępniła swój dom dla pielgrzymów i na rozkładanym szczękowym łóżku mogłem się rozłożyć na noc. Tam też spotkałem piątkę emerytów ze Górnego Śląska. Jak usłyszeli, że biegnę to podzieliły się ze mną swoim chlebem i owocami. Mówili, że jestem dla nich jak ich własny syn. Tak, to jest to Camino, które pamiętam sprzed lat, pełne bezinteresownej dobroci.

Dzień 2: Agucadora – Viana do Castello (38km)

O ile pierwszy dzień to przedmieścia i nadwodne bulwary, tak teraz zaczynało się robić dziko. Dużo kładek, piasek i nieutwardzone powierzchnie. Rano mgła i chłód, po 12:00 piekące słońce z ciągłym wiatrem od lewej strony.

Ten pierwszy dzień pobiegłem jednak szybciej niż powinienem, więc dzisiaj spowalniam, aby nie spalić się za szybko. Wraz z tym spowolnieniem i jednostajnością trasy rozpoczął się klasyczny caminowy schemat – myśli pojawiają się z nikąd, mózg musi się czymś zająć. Ale teraz, czternaście lat po moim pierwszym Camino, wiem więcej o tym, jak działam i potrafię się tym myślom przyglądać z innej perspektywy.

Zresztą bieganie bardzo utrudnia myślenie. Mózg jest zajęty koordynacją całego ciała więc nie ma czasu rozkminiać przeszłość i planować przyszłość. Liczył się kontakt z podłożem i koordynacja w przestrzeni.

Noc spędzam w klasztorze Karmelitow, zapisałem sobie w notatniku: „dziś jeszcze bez rewolucyjnych myśli”

Dzień 3: Viana do Castello -> Caminha (29km)

Trzeci dzień, ostatni na terenie Portugalii. Dzień powinien był kryzysowy – teren zróżnicowany, dużo kładek, piaskowych ścieżek i wydm kończący się małym, zatokowym miasteczkiem granicznym.

Tutaj wreszcie trafiłem do miejskiego schroniska, choć złapałem jedno z ostatnich łóżek. To był dzień dziecka i na miejskim placu był zorganizowany festyn, brakowało mi moich dzieci. Zupełnie inaczej mi się myślało o naszej relacji, gdy jestem tak daleko.

Najdłuższa ławka jaką widziałem!

Ciężko mi się spało, zaczynam czuć brak porządnej regeneracji, a do tego musiałem bardzo wcześnie pójść spać, aby załapać się z samego rana na przeprawę łódką na stronę hiszpańską.

Dzień 4: Caminha – Baiona (35km)

Po szybkiej przeprawie łódką byłem już w Hiszpanii. Mimo, że granice państw są umowne to od razu czułem, że trafiłem do innego miejsca – to była prawdziwa Galicja, pochmurna i górzysta.

Wcześniej biegłem półdzikimi ścieżkami, ale tutaj trafiłem na bardzo stary, jeszcze rzymski trakt pielgrzymi wśród gęstej zieleni, czasami przecinany kilkusetletnimi śladami cywilizacji.

Po przedarciu się przez pierwsze pasmo gór wróciłem do trasy nadmorskiej. Po prawie czterech dniach płaskiego biegania wreszcie zaczęły się przewyższenia, które już zostaną ze mną do końca podróży. Nawet się ucieszyłem, bo lubię takie urozmaicenia, ale wiedziałem też, że za to trzeba będzie wreszcie zapłacić.

Aby zabić monotonię ścigam się z pielgrzymami na rowerach elektrycznych- na płaskim są oczywiście szybsi, ale wyprzedzam ich pod górkę i z górki. To zawsze jakaś rozrywka dla wszystkich stron :)

Na koniec trasy, w prywatnym Albergue w Baionie spotkałem dwójkę Polaków – dziadka z wnukiem, którzy w ramach wspólnej wyprawy szli do Santiago. Niestety po drodze zgubili portfel z dokumentami i większością pieniędzy i nic a nic nie mówili po angielsku. Więc miałem możliwość odwdzięczenia się za pomoc od emerytów z pierwszego dnia.

Już po samym biegu, gdy założyłem klapki i pochodziłem wieczorem po płaskim asfalcie poczułem nieprzyjemne kłucie w lewej stopie. Byłem na to przygotowany, wyciągnąłem tejpy i zakleiłem ją odpowiednio aby dać lepsze „rusztowanie” mięśniom na pozostałe 3 dni. Muszą jeszcze trochę wytrzymać.

Zjadłem kolację patrząc na wielką nadmorską twierdzę chroniącą miasto przed średniowiecznymi piratami i poszedłem się wreszcie wyspać.

Dzień 5: Baiona – Vigo- Redondela (43km)

Powrót do biegania przez nadmorskie miejscowości, ale także przez Vigo z wielkim portem i kompleksem przemysłowym. To był mój pierwszy dzień kryzysowy.

Problemy zaczęły się w części portowej Vigo. Kilka kilometrów płaskiego asfaltu spowodowały odezwanie się wczorajszego bólu w lewej stopie. Musiałem więc w połowie drogi zrobić sobie przerwę na lunch z Lidla, aby mi nogi odpoczęły.

Natomiast wiedziałem już co będzie dalej: ból w lewej stopie spowoduje nieproporcjonalne przeniesie ciężaru na prawą więc za kilkadziesiąt kilometrów odezwie się prawa stopa lub kręgosłup nieprzyzwyczajony do nowego rozłożenia ciężaru. Miałem tylko nadzieję, że moje wcześniejsze treningi z plecakiem wzmocniły mi garnitur mięśniowy, aby jak najdłużej to przetrzymać.

Początek wspinu. Zostało 100km do Santiago

Po tym sygnale musiałem robić kilkuminutowe przerwy co pięć kilometrów, aby dać odpocząć nogom. To nie było zbyt łatwe, bo druga połowa biegu to był ciągły wspin z Vigo i mocny zbieg do Redondeli.

Dzisiaj faktycznie było już ciężko, mental mi siadał. Czułem dekoncentracje, ciężko mi się nawigowało w przestrzeni, czułem że moje ciało słabo się koordynuje i mam opóźnione reakcje.

Po krótkim ale bardzo intensywnym wspinie do równie ostrym zejściu dotarłem do Redondeli – miejscowości docelowej, znanej z wielkiego wiaduktu kolejowego nad miastem.

To ja w 2012 i 2016 roku. W tym samym miejscu, ale czy to ten sam człowiek?

To miejsce, w którym trasa oceaniczna łączy się z centralną, a więc mam krótki odcinek gdzie idę po swoich śladach sprzed kilkunastu lat. Z ciekawości zajrzałem do moich historycznych zdjęć i faktycznie znalazłem tam młodego siebie. Kim był ten człowiek, co on wtedy chciał od życia?

Po powrocie zajrzałem do moich notatek sprzed lat i w sumie to, co się nie zmieniło to podstawowe pytanie, które zadaje sobie od lat: Czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Miałem chwilę na odpoczynek, zjedzenie czegoś dużego i wróciłem do schroniska aby się wyspać. Patrząc na mój plan to kolejny dzień będzie najdłuższym i najbardziej wyczerpującym w całym projekcie.

Dzień 6 Redondela – Pontevedra – Barrantes (48km)

Projektując sobie trasę miałem do wyboru wariant standardowy Camino da Costa, albo utrudniony prowadzący przez góry, tzw. Variante Espirit. Różni się tym, że ten drugi wymaga przeprawy przez wysoki szczyt, nadkłada do tego kilka kilometrów i wymaga kolejnej przeprawy łódką jeszcze następnego, finałowego dnia.

Oczywiście wybrałem trudniejszą trasę, czego efektem jest konieczność pokonania jednego dnia 48km i niecałe 2000 metrów pod górkę. Czyli tak mniej więcej połowę zeszłorocznego Rzeźnika, ale po 5 dniach ciągłego wysiłku z bolącą lewą stopą i zbliżającymi się kolejnymi kontuzjami. Tego etapu od początku bałem się najbardziej.

W połowie wspinu 6 dnia. Niesamowite, że przebiegłem tutaj zza tego horyzontu DZISIAJ.

Kilka kilometrów za Redondelą, w odróżnieniu od wszystkich pielgrzymów idących wprost do Santiago, ja odbiłem w lewo i rozpoczął się trwający kilkanaście kilometrów wspin do Barrantes. Teraz już od samego rana robię sobie przerwy co 5 kilometrów.

Aby nie było zbyt łatwo to większość podbiegu była w pełnym południowym słońcu bez cienia i najgorętszy dzień mojej wyprawy. Moje zapasy wody, izotonika i żeli kurczyły się bardzo szybko, na szczycie zostały mi ostatnie krople i modliłem się, żeby po drodze w dół był jakiś sklep lub chociaż strumyk (skończyło się na wioskowym źródełku).

Dotarcie na szczyt było bardzo męczące, ale na szczęście kuśtykanie pod górę było do opanowania. Znacznie bardziej bałem się zbiegu w dół, gdy stopy oberwą mocniej.

Piękna trasa krajoznawcza w dolinie wyrzeźbionej przez górki strymuk

I faktycznie lewa i prawa stopa odezwały się na ostatnich 10 kilometrach, gdy zbiegałem w żłobie rzeki Rego Da Armenteira, wśród ruin średniowiecznych młynów i innych śladów cywilizacji.

Musiałem przyśpieszyć, aby zdążyć przed końcem przyjmowania pielgrzymów o 19:00 – choć płuca mi odpoczywały to nogi i biodra dostawały w dupę niemiłosiernie. Finalnie dotarłem do schroniska o 18:48, po 10 godzinach w ruchu.

Byłem wyczerpany, bolał mnie cały człowiek, chciałem położyć się i zasnąć. Ale nie mogłem – musiałem oszacować uszkodzenia nóg, zmienić opatrunki i uzupełnić kalorie w jakimś lokalnym przybytku. Bez tego zabraknie mi paliwa i warunków do ostatniego etapu, o którym wieczorem nie chciałem myśleć – za dużo się dzisiaj działo. Wiedziałem tylko, że musze wstać bardzo wcześnie, aby ostatni etap się udał.

Jak na złość dostałem łóżko na górnym piętrze, z oknem wychodzącym na plac, na którym trwał festyn z okazji Bożego Ciała do 2 w nocy.

Dzień 7: Barrantes – Villanova -> Padron – Santiago (44km)

Budzik na zegarku zaczął mi wibrować o 5:45, w pół śnie zacząłem pakować moje rzeczy. Zjadłem małe śniadanie i po kawie spojrzałem na mój plan. Brzmiał całkiem sensownie: z mojej miejscowości muszę dotrzeć do Villanova gdzie o 10:00 mam przeprawę łódką do Padron i stamtąd prosto do Santiago. Ostatni push, już tak blisko.

Faza 1 do łódki to 17km. Jeśli ruszę sobie to spokojnie zdążę – nawet z przerwami dwie godziny z hakiem mi wystarczą, aby ty łyknąć… tak myślałem przez pierwsze kilka kilometrów, aż zobaczyłem przed sobą spory masyw z drogą prowadzącą pod górę. Wtedy dopiero sprawdziłem profil trasy.

FUCK. Mam prawie 400m różnicy poziomów w górę i tyle samo w dół do pokonania. Szybka matematyka w głowie w trakcie biegu: odcinek w górę muszę zrobić nie schodząc poniżej 8min/km, ale na zbiegu muszę wykorzystać grawitację i zejść poniżej 6min/km, aby się wyrobić. Musi się udać!

Zdążyłem! Adrenalina tak mi wjechała, że przycisnąłem mocniej niż się spodziewałem i zostało mi kilkanaście minut do transportu. Płynąc nią prawie godzinę odpoczywałem i stygłem po moim szaleńczym sprincie.

Faza 2 rozpoczęła się po lunchu w Padron. A w sumie to dwóch. Miałem tak duży deficyt kaloryczny przy jednocześnie ściśniętym żołądku, że spotkało mnie dziwne uczucie głodu i niemożność wciśnięcia nic w siebie w tym samym momencie. Przebiegłem więc przez miasteczko i pod supermarketem zrobiłem sobie drugi lunch, trochę na siłę. Teraz już tylko 28km do końca.

Droga wiła się przez małe i stare miasteczka prowadzące do Santiago przeplatane zakładami przemysłowymi i hotelami. Od samego startu w Padron czułem efekty porannego sprintu. Nagromadzony w mięśniach kwas mlekowy powodował, że ciężko mi się ruszało im bliżej byłem mety. Gdy zostało już tylko 10km wykorzystałem ostatni tabs z izotonikiem. Miałem w plecaku jeszcze kilka żelków, pomarańczę, 0.5l wody w soft flasku i ostatni, specjalnie oszczędzany na tę okazję żel z kofeiną.

Pamiętam, że wtedy zadzwoniłem do Pauliny i siedząc pod drzewem na trasie powiedziałem, że jest już bardzo ciężko. Cierpiałem na całym ciele. Czułem, że wszystkie kontrolki w moim kokpicie palą się na czerwono: do znajomych stóp dołączyły kolana, biodra i kręgosłup. Czułem zakwasy w szyi i nawet mrowienie nadgarstkach jak na końcówce Rzeźnika.

Trasa do Plaza de Obraidoro (na którym można podziwiać Katedrę w Santiago czyli finał trasy) jest tak zbudowana, żeby niewiele było widać do ostatniego momentu. Oznacza to jednak około 3 kilometrów prostego odcinka pod delikatną górkę przez miasto. Na początku tego ostatniego odcinka wyprzedziła mnie grupa rowerzystów, którzy widząc mój stan, mocno mnie dopingowała.

Chwilę później do nich dołączyłem i wspólnie czekaliśmy na zielone światło na krzyżowaniu. Pomyślałem, że mogę po raz ostatni pobawić się w wyścigi z rowerami. Oni na to przystali i rozpoczęliśmy prawie 3 kilometrowy sprint przez miasto manewrując między przechodniami i samochodami.

Po chwili zobaczyłem znajome punkty: po lewej Parque da Alameda, stare miasto, Taberna Gato Negro… przeciskałem się między turystami utrzymując wysokie tempo, wbiegłem na plac i ostatnie kilkadziesiąt metrów do muszli pokonałem ze łzami w oczach. Dotknąłem muszli odwróciłem się w stronę Katedry.

Jest!

Położyłem się na posadzce w stronę frontu Katedry i przypomniałem sobie mój start tydzień wcześniej spod Katedry w Porto. Przez kilka minut tak leżałem napawając się tym cudownym widokiem i rozmyślając nad wszystkimi czterema momentami, kiedy to przeżyłem zakończenie Camino.

Po jakimś czasie przyjęchali rowerzyści z którymi się ścigałem. I dopiero wtedy sobie przypomniałem, że 30 minut temu wszystko mnie bolało i ledwo ruszałem nogami. No ale jak się z nimi ścigałem to jakoś magicznie wszystko było dobrze. Scumbag brain!

Wygrałem!!!

Po obowiązkowych zdjęciach, odpoczynku i odmeldowania się rodzinie poszedłem do biura pielgrzyma, aby otrzymać certyfikat zakończenia Camino. Po odczekaniu swojego w kolejce daje paszport pielgrzyma, miła pani go przyjmuje i przegląda etapy mojej trasy i pieczątki, które zebrałem w schroniskach. Patrzy jakoś dziwnie i mówi, że jest jakiś problem i musi porozmawiać ze swoją szefową. Nie rozumiem co się dzieje, bo wydawało mi się zawsze, że ten certyfikat to formalność.

Widzę, że obydwie za szklaną ścianą wyciągają mapę i wodzą palcem patrząc to na nią, to na mój paszport. Później miła pani wróciła, na pytanie o co chodziło powiedziała, że nie mogły uwierzyć, że tak skakałem między punktami. Dopiero jak powiedziałem, że w sumie codziennie biegłem to złapała się za głowę i powiedziała „krejzi”.

Dzień 8-12: Santiago

Kolejne cztery dni dałem sobie na regeneracje, zwiedzanie i medytację.

A miałem o czym medytować. Ta trasa, wspomnienie poprzednich wędrówek, na które nałożyło się moje nowe rozumienie siebie i mój współczesny kontekst życiowy spowodowało, że czegoś się o sobie dowiedziałem. To rosło we mnie przez cały tydzień biegania, ale brakowało mi słów, w których mogę to wyrazić.

I dopiero trzeciego dnia odpoczynku, patrząc na Katedrę z Parku Alameda, do mnie dotarło. Wraz z zakończeniem mojego biegu symbolicznie też zakończył się też mój pierwszy, czterdziestoletni etap życia.

To był niezły rollercoster, którego instrukcję obsługi jako tako zrozumiałem właśnie pod koniec, właśnie gdy się z niego przesiadam. O czym jest ten drugi etap? Pewnie dopiero zrozumiem gdy będzie czas na kolejną przesiadkę.

Po czterech dniach złapałem mój samolot do Warszawy i wróciłem do drugiej połowy mojej historii.

Tutaj WSZYSTKO zrozumiałem

2025

2025 się kończy. To 40 rok mojego życia i właśnie zdałem sobie sprawę, że 12 z nich już tutaj podsumowałem (2024, 20232022202120202019201820172016201520142013). To pewnie jedna z moich najdłuższej utrzymywanych tradycji.

Bieganie

Co za sezon biegowy! 2024 był mocny, ale w tym roku, w prezencie dla siebie samego, postawiłem poprzeczkę jeszcze wyżej. Cały mój sportowy rok był podporządkowany dwóm celom: przebiegnięciu w limicie Biegu Rzeźnika oraz zrobienia 20 pętli na Backyardzie. Reszta startów były po to, aby przygotować organizm do tego wysiłku.

Choć biegałem także w pierwszym kwartale (trzy Runmageddony w jeden zimowy weekend!) to mój sezon zaczął się w kwietniu startem w Ultra Szelest Kampinos 50k. Udało mi się przebiec 50 km poniżej 6 godzin, co, choć na płaskim terenie, było dobrym prognostykiem na Rzeźnika miesiąc później.

O samym Rzeźniku pisałem już wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Natomiast to co zadziało się później mocno nadszarpnęło moimi ambicjami. Po tygodniowej regeneracji wróciłem do biegania i po kilku razach coś mi się zepsuło w lewej nodze – nadwyrężony mięsień strzałkowy. Przestraszyłem się tego równie mocno co bolących kolan w 2024 roku. Tym bardziej, że 2 tygodnie później miałem Backyard w Jabłonnie, z którym wiązałem ogromne nadzieje.

…Ale wszystko mi tam nie pasowało. Było poważnie i regulaminowo (to pierwszy i oryginalny polski Backyard Ultra), trasa męcząca, z wieloma zwężeniami. Było gorąco i duszno. Po 3 godzinach odezwał się mi się znów mięsień strzałkowy. Udało mi się z tym bólem przebiec jeszcze 60km, ale Paulina widząc mój stan kazała mi zejść z trasy po 12 pętlach czyli 80km. Byłem wyczerpany i rozżalony. Bałem się, że moje ukochane bieganie zostanie mi odebrane. Bałem się, że nie uda mi się już robić długich dystansów…

Po 7 godzinach wyglądałem już tak. Po 12 godzinach moja żona zdjęła mnie z trasy

Aby odczarować sobie ten dołek, trochę na rympał ale po dłuuugiej regeneracji, wystartowałem w Nocnym Półmaratonie Praskim we wrześniu. To zupełnie nie mój typ biegu – na szybkość, w piątej strefie, ciągle po asfalcie… ale z drugiej strony miałem poczucie, że mogę pobić mój ostatni wynik z 2024 roku (1:59:59) i jednocześnie zweryfikować kondycje i stan mięśni przed głównym startem tydzień później. I udało się! Po raz pierwszy miałem negative splity (czyli każdy odcinek biegłem szybciej niż poprzedni), idealnie rozłożyłem siły i tempo i skończyłem w równo 1:45:00, a co ważniejsze – bez kontuzji. Odżyłem!

12 września, z czystą głową i dużą nadzieją podszedłem do drugiego w tym roku Backyarda. Tym razem w Rospudzie, w której jeszcze nie startowałem. Tutaj z kolei wszystko układało się idealnie. Pogoda był sprzyjająca, wilgotność znośna, temperatura doskonała do biegania, nawet po zmroku. Miałem długą listę nauczek i wprowadzonych poprawek po ostatnim starcie, każda z nich dawała mi jakiś mały dodatkowy kawałek pewności, że tym razem się uda.

Bieg zaczął się o 10:00, wspólnie z moim bratem Mateuszem zrobiliśmy kilka wspólnych pętli, później założyłem słuchawki, uruchomiłem wcześniej przygotowaną playlistę i wpadłem w trans, przerywany jedynie wyliczeniem, że właśnie przebiłem Sowi Backyard (10 pętli, 67km), Jabłonną (12 pętli, 80km) i Radomsko (15 pętli, 100km). Finalnie, o wschodzie słońca, po 20 pętli (135km) powiedziałem stop. Choć organizator namawiał mnie na więcej, to wiedziałem, że to koniec – przyjechałem po 20 pętli i wychodzę z 20 pętlami. Zgodnie z planem, z osiągniętym celem. Tak, jak jak lubię.

Ja i mój nieoceniony support. Dzięki Paulina i Mati!

W październiku z ciekawości wystartowałem w imprezie biegowej, która była moją pierwszą w historii – Biegnij Warszawo. Pamiętam, że na studiach, 15 lat temu, bez przygotowania kręciłem się w okolicach 55-60 minut na 10k. Teraz sobie założyłem zejście choć odrobinę poniżej 50 minut. Tymczasem udało się 47min 37sek! Coś „szybkościowego” się we mnie odblokowało, bo tydzień później zaliczyłem po raz pierwszy przebiegnięcie kilometra poniżej 4minut.

W tym roku zrozumiałem wreszcie co to jest „zmeczenie przeciążeniowe”. W 2024 potrafiłem lecieć na Runmageddon tydzień po maratonie, ale teraz, gdy biegam szybciej i potrafię wycisnąć z organizmu więcej to i regeneracja musi być dłuższa. Jakiś mój sufit biologiczny wreszcie osiągnąłem, ale jego świadomość pozwala lepiej planować to, co będzie dalej. A plany na 2026 pod względem biegania mam takie, że sam się ich boję.

W tym roku ludzie się mnie pytali, po co ja to robie, że to poje$%#; albo czy wiem, że „nie muszę”. Mam też świadomość, że dla wielu jest to takie głupie sado-maso podniecanie się własnym bólem i zmęczeniem. Mój cel tutaj jest inny, ciężko mi jednak było do tej pory ubrać to zgrabnie w słowa.

Ale chyba znalazłem odpowiedź: bieganie jest dla mnie prawdziwe. Ten wysiłek jest szczery w tym, że nie jest nikomu potrzebny, robię to, bo rozpala moją iskrę, porusza duszę i powoduje, że serce mi szybciej bije. Jest też prawdziwy w tym sensie, że obdziera z pretensji, oczekiwań i strachów. W pewnym momencie jest w tym coś więcej niż tylko endorfiny i adrenalina, pojawia się transcendencja czasu i miejsca oraz rozdzielenie myśli od „ja”. A to fantastyczne uczucie, do którego chce się wracać.

Rok kończę z prawie 2000 kilometrami treningu z czego trochę ponad 1500 było biegowe (to o 250k więcej niż w ostatnim roku!). Ale inna statystyka mnie bardziej zachwyca: 100 tygodni treningu bez przerwy mam za pasem!

Nasze nowe miejsce

Salon z dużym drewnianym rozkładanym stołem i naszą (jeszcze niepełną) biblioteką

Po wielu przebojach i stresach udało nam się znaleźć dla siebie nowe miejsce. Przeprowadzka była super trudna, bo wymyśliłem sobie, że skoro mam pakowny samochód to wszystko sami weźmiemy, zrobie kilka kursów i będzie po sprawie. Oh, jak się myliłem.

Z naszej listy must-have to mieszkanie spełniało mniej niż połowę, ale to co miało to przede wszystkim większą powierzchnię i bardzo dobrą cenę jak na Warszawę. Było też (względnie) blisko ważnych dla nas ludzi i miejsc oraz rezerwat przyrody doskonale nadający do biegania. Zyskaliśmy też coś, czego żadna kwota pieniędzy nie daje: wspólnotę fajnych ludzi dookoła.

Zamiast zrobić duży remont zdecydowaliśmy się tylko odmalować ściany i zmodyfikować układ jednego pokoju. No i chyba po raz pierwszy w historii ludzkości remont zakończył się szybciej niż plan zakładał. Choć to dopiero pierwszy etap remontu – kolejny może nam się uda zrobić w 2026 (trzymajcie kciuki!).

Podróże małe i duże

Rok zaczęliśmy od tradycyjnego wypadu na narty z rodziną. Nasze dzieciaki już zasuwają jak szalone, ciągle jednak nie mogę zrozumieć czy to dzięki ich plastyczności czy braku wyobraźni.

Dzięki znajomym (dzięki Gosia i Tomek!) mieliśmy okazję spędzić kilka dni bez dzieci w północno- zachodnich Włoszech. Dla mnie to było dodatkowo istotne bo pozwoliło potrenować do zbliżającego się biegu Rzeźnika. Ciekawie to wyszło: aby przygotować się do Bieszczad trenowałem w Alpach :)

Na początku sierpnia spakowaliśmy naszego campervana i ruszyliśmy w podróż z dzieciakami na południe Europy: zaczęliśmy od Cieszyna śladem Kociej Szajki, następnie Czechy, Austria i przystanek w Słowenii, gdzie spotkaliśmy się ze naszymi przyjaciółmi na campingu. Po kilku dniach zwiedzania ruszyliśmy do Triestu (co za zmiksowane miasto!), następnie cudowny węgierski Balaton, Budapeszt (poprzedzony najgorszym atakiem komarów w moim życiu), a później Bańska Bystrzyca na Słowacji, gdzie byłem na wymianie studenckiej lata temu. A stąd przedarcie się przez Tatry i powrót do Polski.

Nad Balatonem

W tym roku mieliśmy mniej wspólnych wypadów niż zazwyczaj – kilka powodów się na to złożyło, głównie moje imprezy biegowe (które wysyciły dni urlopowe) oraz przeprowadzka i urządzanie się w nowym mieszkaniu.

Pieniądze

W tym roku duża część naszych oszczędności poszło na zakup i urządzanie mieszkania (przy ogromny wsparciu bliższej i dalszej rodziny). Mało więc inwestowałem – zamiast tego maksowałem wkład własny i ograniczałem inne koszty tak, aby zachować bezpieczną psychologicznie płynność.

Kiedy jednak poczułem jakąś choć delikatną odwilż to przede wszystkim nadpłacałem kredyt a dopiero później wkładałem na IKE. Coś jednak nam giełdę skapnęło i korzystając z tych dodatkowych środków po raz pierwszy od lat postanowiłem otworzyć się na nowy papier i do mojego ETFSP500 dołączył fundusz największych azjatyckich spółek aby zrównoważyć ekspozycję na Stany. Ale to taki eksperyment.

Tymczasem przykładając moja standardową miarkę (ile bym miał z 10 tys dolarów które zainwestowałem X czasu temu) odpowiedź brzmi 22,671 dolarów – po 7.5 roku. To w sumie niewielki wzrost (raptem 5.6%) względem fenomenalnego 2024 gdzie miałem 36%. W jednym i w drugim przypadku praktycznie nic aktywnie nie robiłem więc i z jednego i drugie jestem równie zadowolony ¯\_(ツ)_/¯

Tymczasem giełdą bujało jak podczas sztormu. Ogromne wzrosty z drugiej połowy 2024 praktycznie wyparowały w maju 2025. Ja na szczęście w ogóle tego nie zauważyłem, chyba byłem zbyt pochłonięty Rzeźnikiem :) W czerwcu natomiast rozpoczęło się odrabianie strat trwające nieprzerwanie do teraz. Co w sumie też mnie zaskoczyło, bo sprawdzam teraz giełdę jakoś raz na 6-8 tygodni. Widzę, że takie podejście mi służy, zamierza je kontynuować :)

Aktywności intelektualne

W tym roku, po raz pierwszy po Covidzie, wróciłem do publicznego udzielania się – przede wszystkim jako prelegent na konferencjach (jak Product Pro Summit czy Waysconf), ale także w nowych testowych formach jak autorskie szkolenia online Product Clarity czy mój własny Substack.

To były fajne eksperymenty, ale najwięcej satysfakcji dała mi stara dobra dekompozycja – po raz pierwszy napisana o firmach, w których nie pracowałem pt. Allegro vs. InPost: analiza współpracy i rywalizacji. Ten artykuł okazał się hitem. W zaledwie pół miesiąca ten tekst stał się najpopularniejszym w historii mojego bloga, a sam wpis na Linkedin anansujący jego publikacje zebrał prawie 450 lajeczków (czy jak to się tam nazywa) i 90 tys. zasięgu.

WaysConf 2025, ostatnia z dużych konferencji produktowych odhaczona

Jednocześnie straciłem motywację do pisania książki. „Produkt Nieskończony” dalej jest na mojej liście rzeczy do zrobienia, ale za każdym razem jak się za nią biorę to widzę problem, jakąś lukę i brak idei spajającej poszczególne wątki. Postanowiłem więc zrobić krok do tyłu, zebrać nowe doświadczenia, zregenerować się jak po długim biegu i wrócić do niej bez zmuszania się. W ten sposób powstają moje najlepsze teksty – gdy motywacja pojawia się ze środka a nie z zewnętrznej potrzeby. Niech ta książka sama zdecyduje kiedy chce się pojawić na świecie.

Książki

To druga rzecz (obok mniejszej liczby podróży), której żałuję – znów mam mniej przeczytanych książek niż rok wcześniej. I, znów, jest to wina głównie biegania, które pochłania znaczną cześć mojego wolnego czasu. W tym roku jednak zauważyłem też coś innego: przestałem kończyć książki a zamiast tego biorę fragmenty, które są dla mnie ważne. Straciłem potrzebę „domykania” tych doświadczeń wraz z ostatnią stroną

Czasami wracam do książek już przeczytanych tak jak to było w tym roku z Gogginsem (po raz drugi przesłuchałem „Can’t Hurt Me” i „Never Finished”) czy moją ulubioną SF „Childhood’s End” Arthura C. Clarke’a. Czasami czytam książkę fragmentami, aby jej treść się we mnie zamarynowała, jak to było z „Wystarczająco dobrym życiem” Ryszarda Kulika czy „A Life of Meaning” i „Under Saturn’s Shadow” Jamesa Hollisa.

Szczególnie książki Hollisa do mnie przemówiły w tym roku. I naczelna zasada autora w jego praktyce terapeutycznej: praca nad zrozumieniem siebie nie jest egoizmem – wręcz przeciwnie. Dopiero gdy się rozumie własne motywy i potrzeby, przestanie się je tłumić to można żyć w zgodzie ze sobą i w efekcie nie przerzucać swoich frustracji na ludzi dookoła siebie.

Dużo w tym roku było książek samoeksploracyjnych, zadających pytania i dających wskazówki na to, gdzie szukać odpowiedzi. A te pytania i odpowiedzi są bezpośrednio związane z moim wiekiem.

40 latek

W tym roku skończyłem 40 lat i to dla mnie duże zaskoczenie. Pamiętam jak mój tata miał tyle lat i miałem bardzo wyraźne przykonanie, że to niemożliwe, abym tylu dożył – po prostu nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. I jakoś ciągle nie mogę. Mam poczucie, że moja zewnętrzna powłoka faktycznie ma tyle lat, ale ja w środku ciągle nie wiem jak działa świat i zaskakuje mnie to jak nastolatka. Ale mówię sobie że to dobrze, bo jakaś moja cząstka jest ciągle młoda, ciekawa i zadziwiona.

Jak czytam moje podsumowania kilku ostatnich lat to widzę jak to się układa w proces zmiany, jakiegoś dojrzewania do nowego etapu życiowego. Widzę to po sobie w tym, że coś mi w głowie „odpuściło”, jakieś napięcie się zmniejsza dając przestrzeń na nowe.

Czuję, że mniej już muszę musieć, a to daje wolność do robienia tego, co chcę chcieć.

Dotarło do mnie też, że po części to co nowe to jest to, co we mnie jest od zawsze, tylko że głęboko to zakopałem bo uznałem, że są ważniejsze, poważniejsze, bardziej dorosłe sprawy. Tematy, które trzeba poświęcić, aby stawać się tym, co otoczenie ode mnie chce, abym się stał. To mi kliknęło w głowie dopiero w tym roku roku, gdy Paulina pokazała mi ten plakat Edyty Draus.

Kiedyś byliśmy kimś. Teraz będziemy sobą. Edyta Draus

To jest jednak połączone z poczuciem zmiany i odchodzenia tego, do czego się przyzwyczaiłem. No cóż – wszystko się zmienia, ale jakoś teraz łatwiej mi to zaakceptować.

Co dalej?

Miałem w tym roku dużo dołków i dużo górek, strachów, smuteczków, radostek i satysfacyjek. Te górki nie byłyby takie przyjemne, gdyby te dołki nie były głębokie i vice versa. Jedno bez drugiego nie jest możliwe. Tak jak kijek, które zawsze ma dwa końce, i choćby nie wiem jak się go łamało, to zawsze dwa końce zostają. Tak działa życie.

No i po raz pierwszy w tej mojej podróży na zewnątrz i do środka dotarło do mnie, że uciekanie przed dołkami jest bez sensu. Myślenie i przygotowywanie się na złe scenariusze – to co zawsze było moją mocną stroną – ma swoje drugie oblicze: zabierało mi przyjemność z życia. Bo robiłem tylko rzeczy na zapas, z buforem, dla bezpieczeństwa, utylitarnie.

Pamiętam, że podczas noworocznego spaceru na początku tego roku dotarło do mnie czego mi brakuje i gdzie mam swoją niezaleczoną ranę – a ten rok miał być rokiem poświęconym powolnemu leczeniu. Czuję, że to się zaczęło, ale nie mam pojęcia kiedy się skończy (czy kiedykolwiek?).

Jednym z tego objawów jest moje zmieniające się myślenie, powracająca nadzieja, że będzie dobrze. A dzięki temu wolność do wybierania ciekawszej ścieżki zamiast tej bezpiecznej. Podczas trailowego biegania to mi zawsze służy, więc dlaczego w życiu miałoby nie?

Allegro vs. InPost: analiza współpracy i rywalizacji

Każda firma ma taki sam strategiczny cel: zdobyć i utrzymać klientów. To, co je różni to jednak odpowiedź na pytanie, jak ten cel osiągnąć. Czasami zdarza się, że firmy z różnych branż mają ze sobą tak zbieżne cele, że wchodzą w niemal symbiotyczne relacje. W odróżnieniu jednak od świata biologicznego, w biznesie może dojść do sytuacji, gdy relacja się wyczerpuje i wcześniejsi kooperacji stają się konkurentami. 

Mam takie hobby, że lubię badać i dekomponować ciekawe przypadki strategii biznesowej i mam poczucie, że właśnie przed naszymi oczami rozgrywa się jedna z najbardziej fascynujących historii tego typu na polskim rynku technologicznym.

Po jednej stronie mamy Allegro, absolutnego monopolistę ecommerce w Polsce, który od ponad 25 lat rozwija i definiuje e-handel w kraju. Dość powiedzieć, że w 2023 roku Allegro odpowiadało za 1% polskiego PKB, a do tego 73% ankietowanych instynktownie identyfikuje Allegro jako ich główne źródło zakupów online. Dodatkowo, z analizy Euromonitor wynika, że w 2023 roku Allegro posiadało około 39% udziałów w rynku e-commerce w Polsce. (źródło: Raport Wpływu Allegro).

Po drugiej stronie mamy InPost – firmę założoną przez Rafała Brzoskę (na bazie wcześniejszego Integera) w 2006 roku. Początkowo InPost działał na rynku pocztowym, stając się alternatywą dla Poczty Polskiej w dostarczaniu przesyłek i szybko się rozwijał dzięki nieustającym strajkom listonoszy i niskiej jakości obsługi monopolisty. W 2009 roku InPost instaluje pierwszy paczkomat w Krakowie i już 3 lata później InPost ma 13% rynku przesyłek w kraju.

W 2015 roku wchodzi na GPW, ale w 2017 roku jest z niego zdjęty ze względu na problemy finansowe (wywołane między innymi przez stratę kontraktu na obsługę przesyłek sądowych). Firma zmienia kierunek: rezygnuje z obsługi listów i skupia na rynku e-commerce i Paczkomatach. InPost na początku 2021 roku po raz drugi debiutuje na giełdzie, ale tym razem Euronext w Amsterdamie i obecnie InPost absolutnie dominuje w Polsce posiadając 72% rynku przesyłek (źródło: Raport “Przesyłki w Polsce 2024”). To jeden z najjaskrawszych przykładów turn-aroundu w historii polskiego biznesu.

Opracowanie własne na bazie wyników InPost

Współpraca

Symbioza Allegro i InPostu rozpoczęła się w listopadzie 2014 roku, gdy obydwie firmy zawarły strategiczną współpracę. Cytując Rafała Brzoskę (źródło):

“Nadchodzący sezon świątecznych zakupów to zawsze duże wyzwanie dla e-sprzedawców w zakresie organizacji dostaw produktów. (…) Ze strony InPost gwarantujemy pełne bezpieczeństwo przesyłek, możliwość śledzenia ich drogi i szybką dostawę. Aż 98 proc. przesyłek do Paczkomatów InPost trafia następnego dnia po nadaniu, zaś ponad 92 proc. listów poleconych dostarczamy w terminie D+3. To wskaźniki znacznie wyższe niż u operatora wyznaczonego” 

Ta współpraca to klasyczny win-win. Allegro otrzymuje stabilnego, przewidywalnego jakościowo partnera logistycznego, co było szczególnie ważne w zbliżającym się sezonie świątecznym. Z drugiej strony InPost miał wtedy około 4000 paczkomatów i plan na kolejne 6000 w następnym roku, więc współpraca brzmi idealnie pod szybkie skalowanie sieci. 

Kooperacja idzie na tyle dobrze, że 6 lat później, we wrześniu 2020 roku podpisują kolejną umowę – tym razem na 7 lat:
 

“Nasi klienci i sprzedawcy bardzo chętnie korzystają z Paczkomatów InPostu. Jesteśmy bardzo zadowoleni z dotychczasowej współpracy, dlatego zdecydowaliśmy się ją przedłużyć na kolejne 7 lat. Współpraca z InPost to szybkość dostawy, największa w kraju i stale powiększana sieć odbioru oraz darmowe dostawy z Allegro Smart! To wszystko elementy, które pozytywnie wpływają na komfort kupujących podczas korzystania z naszej platformy.” powiedział ówczesny prezes Allegro Francois Nuyts (źródło)

Tym razem Allegro ma dodatkowy argument do współpracy: Allegro Smart! uruchomione w 2018 roku.

To subskrypcyjna usługa, która umożliwia kupującym nielimitowaną liczbę darmowych dostaw zakupionych towarów do Paczkomatów InPost oraz innych punktów odbioru za stałą miesięczną bądź roczną opłatę. Obejmuje także darmowe zwroty produktów oraz dostęp do specjalnych promocji i priorytetowa obsługa w programie ochrony kupujących.

Allegro Smart! jest zaprojektowane tak, aby zwiększając lojalność i aktywność klientów. Subskrybenci tej usługi robią średnio 4 razy więcej zakupów (źródło), co podnosi zarówno obroty, jak i przewidywalność przychodów Allegro. 

Konkurencja

W 2021 roku Allegro postawiło swoje pierwsze odpowiedniki paczkomatów w Poznaniu i Warszawie nazywając je Allegro One Box. Na koniec 2022 One Boxów było już 2 tysiące, w 2023 – 3 tysiące a 2024 4.5 tysiąca, a 2025 ma zamiar zamknąć ponad 6 tysiącami sztuk.

W pierwszej połowie 2025 Allegro zaczęło subtelnie modyfikować proces zakupowy korzystając z tzw. “power of defaults” – klienci Allegro orientowali się po opłaceniu zamówienia, że ich standardowa forma wysyłki (czyli najczęściej najbliższy domu Paczkomat) została zamieniona na odpowiednik od Allegro (przykład 1) lub też Paczkomatu w ogóle nie ma w opcjach wyboru (przykład 2) i zamiast tego jest wariant od Allegro. 

Stan na 23.09.2025

W czerwcu 2025 na profilu X InPostu pojawił się taki wpis

A w lipcu 2025 Rafał Brzoska potwierdził problem na Kanale Zero:

1 września 2025 InPost skierował do sądu arbitrażowego sprawę domagając się około 98,7 miliona złotych kary umownej. InPost twierdzi, że Allegro manipulowało preferencjami klientów, faworyzując własne usługi logistyczne kosztem oferty InPostu, co według InPostu naruszało zasady umowy i uderzało w wygodę kupujących. Ponieważ Allegro odmówiło zapłaty naliczonej kary, sprawa trafiła do sądu arbitrażowego, który ma rozstrzygnąć spór do końca 2026 roku.  Allegro uznaje te roszczenia za bezzasadne i ustami swojego rzecznika, Marcina Gruszki (źródło):

“Klienci zawsze mają i będą mieli pełną kontrolę nad tym, gdzie i jak odbiorą swoje zamówienie. Ostateczna decyzja należy wyłącznie do nich (…) Coraz częściej zdarza się, że nowe lokalizacje pojawiają się bliżej miejsca zamieszkania klienta niż znane mu wcześniej punkty. Nasz algorytm – w trosce o wygodę i szybkość odbioru – może sugerować alternatywne punkty dostawy, jednak zawsze są to jedynie podpowiedzi. Klient może z nich skorzystać, ale nie musi.”

Co się dzieje teraz

To fascynująca sytuacja z perspektywy strategicznej. Dwa podmioty, które wzajemnie się wzmacniają i grają w tandemie przez tyle lat zaczynają zauważać, że ich współpraca może mieć też negatywne skutki w postaci otwarcia ryzyka nacisku przez partnera. 

Pierwszą salwę wystrzeliło Allegro budując własną sieć automatów paczkowych. Następnie poszło za ciosem zwiększając ekspozycję swoich rozwiązań na ekranie wyboru dostawy kosztem innych rozwiązań (czyli głównie Paczkomatów).

Dlaczego Allegro to robi? Kilka powodów, ale każdy to naturalna konsekwencja rozwoju biznesowego. 

Po pierwsze: InPost mógłby na przykład chcieć renegocjować warunki korzystając ze swojej coraz silniejszej pozycji, podnosić ceny i zwiększać swoją marżę kosztem uzależnionego partnera. Allegro samo wskazuje wzrost cen InPostu jako jeden z głównych powodów swoich kosztów dostaw – wprawdzie zgodnie z umową z 2020 roku, ale zwiastująca niepokojący trend.

(źródło)

Allegro tworząc alternatywę dla Paczkomatów trzyma te ambicje InPostu w ryzach i ma swoje zapasowe rozwiązanie.

Po drugie: Bez dostawy nie można dostarczyć zamówionego produktu. Logistyka przesyłek jest kluczowym elementem Customer Journey kupującego i może diametralnie zmienić postrzeganie marki sklepu, z którego się zamawiało (nawet jeśli ten nie ma nic wspólnego z samym dostawcą). Zresztą sprawa dostępności kurierów i paczkomatów przed Świętami jest już tematem narodowych stresów (źródło), a prezes InPostu wydaje oświadczenia gwarancji dostaw do ostatniego momentu (źródło).

W tej sytuacji brak kontroli nad tak kluczowym elementem ścieżki użytkownika brzmi jak zagrożenie strategiczne. Istnieje bowiem ryzyko, że przy braku reakcji InPost będzie kontrolował kluczowy element układanki, a więc w pewnym sensie też kontrolował Allegro.

Trzecim uderzeniem po własnej marce automatów paczkowych i zmianą UXu na stronie dostaw jest zagregowanie alternatywnych do Paczkomatów rozwiązań. I wreszcie, 16 września 2025 im się to udało osiągając 33 tysiące sztuk konsolidując w jednym rozwiązaniu DPD i DHL – największych konkurentów na rynku kurierskim.

Wpis na LinkedIn COO Allegro

W efekcie 34% dostaw realizowanych na Allegro to już Allegro Delivery, kosztem oczywiście InPostu (źródło)

Z drugiej strony najwięksi polscy konkurenci InPostu znajdują się w trudnej sytuacji finansowej – choć ich przychody rosną to jednak koszty operacyjne (głównie pracownicze) rosną szybciej. Zarówno DPD jak i DHL budują własne sieci automatów paczkowych, aby zwiększyć swoją konkurencję względem InPostu. Do tego zestawu dochodzi też Orlen Paczka jako niezależny konkurent (ale oparty o sieć dystrybucji GLS). 

Możliwe przyszłości: Allegro

Sądzę, że najważniejsze pytanie jakie trzeba sobie tutaj zadać to: “kto zagreguje kogo”:

  • Allegro chce mieć platformę do obsługi przesyłek – w pełni kontrolowaną przez siebie, a więc bez jednoznacznego faworyta, który mógłby dyktować nowe warunki
  • InPost chce agregować sklepy internetowe licząc, że w przyszłości marka sklepu online nie bedzię miała znaczenia (więcej o tym za chwilę)

W tej sytuacji zaczyna mieć się sens, aby Allegro robiło dalej swoje One Boxy, które w dużym stopniu konkurują ze swoimi logistycznymi partnerami. Widzę dwa argumenty za:

  1. Jeśli Allegro wierzy, że potrafi to robić lepiej od swoich nowych koalicjantów (np. oferując lepszą integrację, lepsze doświadczenie) to naturalnie jest to przestrzeń do ustawiania rynkowego standardu (w ten sam sposób jak np. Google tworzy swoje własne telefony z Androidem)
  2. Własne automaty paczkowe jeszcze mocniej generują presję na DHL i DPD, przez co ich pozycja względem agregatora jakim jest Allegro słabnie. 

Finałem tej historii może być sytuacja, w którym Allegro odkupuje któryś podmiot ze swojej sieci logistycznej, ale nie jest dla mnie jeszcze jasne, czy taki ruch w ogóle będzie miał sens, bo możliwe, że lepszą pozycją jest trwała wasalizacja.

Natomiast ewidentne jest, że Allegro jest na ścieżce uniezależnienia się od InPostu, możliwe też, że ma znacznie większe ambicje – stworzyć prawdziwą konkurencję dla Paczkomatów i w ten sposób całkowicie zintegrować się pionowo i tam szukać metod na zwiększenie marży.

Tym bardziej że ekspansja zagraniczna, choć dynamiczna, to ciągle jedynie 7% całego biznesu (Q2: Polska 2.77 mld zł vs Zagranica 0.216 mld zł źródło

Możliwe przyszłości: InPost

A co z oryginalnymi Paczkomatami? Choć relacje między partnerami się ochłodziły to jednak obydwie strony są sobie obecnie potrzebne – nie spodziewam się zerwania umowy przed 2027 rokiem, nawet gdyby Allegro będzie musiało zapłacić kary umowne. Te kilkanaście miesięcy to jednocześnie dużo i niedużo, ale uważam, że obydwa podmioty myślą, że czas gra na ich korzyść.

Udział Allegro w przychodach InPostu spadł z 18% do 15.3% w ciągu kwartału, co związane jest ze zmianami UXowymi w Allegro i można się spodziewać, że InPost będzie teraz balansował swoją strategię między kooperacją z tym marketplacem, zdobyciem zadośćuczynienia, a inwestowaniem w dywersyfikację dzięki rynkom zagranicznym.

„Dzisiejszy świat e-commerce zmienia się bardzo dynamicznie. Za chwilę marketplace’y, które znamy, będą albo pod olbrzymią presją, albo przestaną istnieć. Nadchodzi rewolucja AI, w której brand marketplace’owy i klasyczny website najzwyczajniej w świecie przestaną istnieć. Każdy, kto tego nie widzi, jest ignorantem. Przypomnę, że my mamy dzisiaj 52 proc. przychodów z zagranicy, nasi partnerzy z Allegro mają chyba 99 proc. w Polsce. Nasza ekspansja zagraniczna idzie na turbo doładowaniu, ekspansja naszego partnera idzie raczej w drugą stronę. Robimy swoje i jesteśmy nieustająco otwarci na rozmowy partnerskie z każdym kto jest rozsądny, widzi i honoruje partnerskie podejście do współpracy” – powiedział Rafał Brzoska.  (źródło)

Co konkretnie ma na myśli CEO InPostu? Według mnie to coś więcej niż tylko zachwyt nad zwiększeniem efektywności pracowników dzięki AI. Brzoska mówi wprost o zmianie paradygmatu biznesowego handelu w Internecie i wytyka Allegro słabość trzymania wszystkich jajek w jednym (polskim) koszyku – choć myli się w obliczeniach procentowych udziału rynku zagranicznego.

Według mnie szefostwo InPostu zauważyło zwiększające się znaczenie LLMów na kształtowanie zachowań konsumentów i uważa, że skorzysta na tej fali.

Po pierwsze: już teraz LLMy (głównie ChatGPT, Google Gemini i Anthropic Claude) zaczynają generować coraz większy “kaloryczny” (konwertujący na zakup) ruch na stronach e-commerce. Jest to już na tyle zauważalne, że wytworzyła się nowa dziedzina pozycjonowania nazywana GEO (Generative Engine Optimisation) lub AEO (Answer Engine Optimisation). Siłą tego mechanizmu jest dokładniejsza wiedza o preferencjach użytkownika dzięki temu, że LLMy uzyskały pamięć długookresową (dla ChatGPT nastąpiło to w kwietniu 2025 roku – źródło)

Po drugie: już teraz LLMy mają znaczny wpływ na kształtowanie opinii i preferencji będąc doradcami zakupowymi. Według Adyen 34% polskich kupujących online konsultuje swoje wybory z LLMami (źródło). Te pozwalają sortować, porównywać i wybierać najlepsze oferty wśród wszystkich dostępnych – takie funkcje ChatGPT wprowadził w kwietniu 2025 roku (źródło).

Po trzecie: uważam, że InPost szykuje się na przyszłość, w której szersza publika korzystająca z LLMów zacznie używać Agentów nie tylko do porównywania produktów, ale do przechodzenia przez cały proces zakupowy wewnątrz LLMa (nie wychodząc z domeny ,w której odbywa się konwersacja). W ograniczonym stopniu jest to już możliwe już teraz np. korzystając z Agentic Mode w ChatGPT (źródło)

Jeśli ten element Customer Journey zostanie “domknięty” po stronie producentów LLMów i upowszechni się wśród użytkowników to czeka nas duża zmiana dynamiki w relacjach handlowych w Internecie. LLM staną się agregatorowami sklepów internetowych wyłuskując najlepszy produkt w najlepszej cenie niezależnie od tego, w którym sklepie się ten produkt znajduje. Marka sklepu przestanie mieć znaczenie – ważne, żeby towar był sprawny, dostępny i szybko pojawił się u klienta. Słowem wróci Ceneo, ale na AIowych sterydach. 

To świetna wiadomość dla InPostu, bo nawet jeśli marka sklepu nie ma znaczenia, to i tak towar musi się fizycznie pojawić u klienta. A to właśnie InPost dysponuje najlepszą siecią dystrybucji i będzie miał jeszcze szerszą i lepszą, gdyż prawdopodobnie zbliżamy się do momentu, w którym rynek logistyczny zamieni się w sytuację “winner takes all” i to właśnie InPost będzie beneficjentem tej sytuacji.

Uważam, że prezes Brzoska widzi przyszłość, w której Allegro zostanie zagregowane przez ChatGPT, a także pośrednio przez InPost. Manipulując swoją ofertą np. ograniczając możliwość same-day delivery dla preferowanych partnerów, może wpływać na rekomendacje LLMów co do dostępności. Ten mechanizm, ale odwrócony (gwarantujący dostawę na Wigilię dla wybranej grupy sklepów spartnerowanych z InPostem) już był z sukcesem wielokrotnie wdrożony (źródło).

W ten sposób InPost chce wygrać rynek E-commerce w Europie, nie musząc zakładać własnego sklepu. Jestem niezwykle ciekaw, czy ta prognoza się zrealizuje.

Post scriptum: to moja pierwsza dekompozycja tego typu, a więc produktu i biznesu w którym bezpośrednio nie pracowałem. Jeśli więc widzisz w tym wpisie błędy logiczne lub faktograficzne daj proszę znać. Tak samo, jeśli masz wiedzę, która może lepiej wytłumaczyć całą sytuację – zapraszam do kontaktu (także anonimowo)