Wstęp
29 maja 2026 rozpocząłem mój najbardziej szalony do tej pory projekt biegowy. Polegał na przebiegnięciu w ciągu tygodnia z Porto w Portugalii do Santiago de Compostella w Hiszpanii na trasie Camino da Costa.
To dystans 284 km, w formule self-supported. To oznaczało średnio maraton dziennie z 8 kilowym plecakiem, bez ekipy, która by mnie po drodze wspierała. A oto jak do tego doszło.

Jak to się wszystko zaczęło
Ten pomysł siedział mi w głowie już od kilku lat. Do tej pory już 3 razy przeszedłem Camino (pierwszy raz 14 lat temu, opisałem to tutaj) i gdy ktoś przez ostatnie lata przypominał mi o tym i pytał czy chcę znów to zrobić, to mówiłem, że już nie, chyba że biegiem.
Uznawałem to za ironiczne zamknięcie tematu… aż do jesieni 2024, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać: Czy to faktycznie dałoby się zrobić? To brzmiało strasznie i ekscytująco jednocześnie.
Ile codziennie musiałbym biec, aby to miało sens? Schroniska dla pielgrzymów są średnio rozstawione co 15-20 kilometry, więc ja musiałbym robić 2-3 takie etapy dziennie… ale gdybym się sprężył to mógłbym zrobić całą trasę Camino w tydzień(!) zamiast prawie dwóch i pół tygodnia jak ostatnim razem. A to oznaczało… maraton dziennie przez tydzień!
Czy to w ogóle możliwe? Miałem już na koncie mocne starty jak przebiegnięcie Backyard Ultra 20h i 135km, wcześniej Rzeźnika 84km w Bieszczadach, ale to zawsze zamykało się w jednym dniu lub dobie. Ale tydzień wysiłku? Czy tak się da?
Tak sobie fantazjowałem o tym przez cały 2025 rok, gdy podczas jednego wybiegania w ponury sobotni poranek z ciekawości sprawdziłem, po ile są bilety tanich linii do Porto…
Dzień -200
Okazało się, że za stówkę mogę sobie tam polecieć tuż przed długim weekendem czerwcowym… wiec kupiłem bilet w jedną stronę myśląc, że to już jakiś krok- najwyżej jak się plany zmienią to stracę stówkę. To nic wielkiego.
Ale z drugiej strony poczułem, że to się faktycznie dzieje. Teraz tylko muszę się przygotować, mam na to 200 dni czyli ponad pół roku. Powiedziałem o tym projekcie mojemu trenerowi Łukaszowi, który odpowiedział tylko „ja j%^#!”… i zaczęliśmy rozpisywać mój plan. Podjarałem się tym Wielkim Strasznym Biegiem.
Największy problem to była objętość treningowa: z każdym tygodniem muszę robić coraz więcej kilometrów, aby przygotować organizm do tego wysiłku. Jak to wcisnąć między życie rodzinne i zawodowe?
Na początku po prostu starałem się biegać dłużej, częściej i wolniej, wykorzystując święta i wolne dni rano jak wszyscy spali lub wieczorami, gdy już spali. Ale to było ciągle za mało i za lekko, bo nie miałem pomysłu jak ja się spakuję i co będę miał na tej wyprawie na plecach.
Dzień -86
Przy okazji porządkowania szafy sprawdziłem jakie w ogóle mam plecaki… i znalazłem mój z poprzedniego Camino! Cały był zakurzony, nie miał tych wszystkich usprawnień jak współczesne plecaki biegowe, ale sprawdził się kilkanaście lat temu i dało się w nim biegać.

Problem małych objętości rozwiązałem bieganiem na odcinku dom-praca z tym plecakiem. Do środka wpakowałem laptopa i ubranie pracowe. Finalnie lepiej sprawdziło mi się bieganie z pracy – dystans z biura do przedszkola córki to równo 10km. Co pozwalało mi (w zależności od okoliczności) robić z plecakiem 30-50km tygodniowo. W pewnym momencie tak się do tego przyzwyczaiłem, że zacząłem z trasy robić confcalle i dzwonić do znajomych, aby zabić czas podczas monotonnej już trasy – po kilkunastu razach znałem już każdy kamień i krawężnik.
W święta i długie weekendy robiłem coraz dłuższe back-to-back czyli serie dni biegowych, aby przyzwyczaić organizm do braku pełnej regeneracji. W pewnym momencie zobaczyłem, że z mocno przytroczonym plecakiem zaczynam biegać całkiem szybko robiąc 10km z 8km obciążeniem w średnio 5:10min/km.
Finalny test to 7 dni back-to-back (5 razy po pracy + sobota i niedziela) półtora tygodnia przed startem. Nic mi nie trzasnęło w nogach, zero kontuzji i większych obtarć z objętością 72km- czułem, że jestem gotowy. Teraz zostaje mi tylko skompletować sprzęt do plecaka.
Dzień 0
Rano odwiozłem dzieci do instytucji edukacyjnych wspólnie z Pauliną. Po drodze skoczyłem po kawę do ulubionej kawiarni i wróciłem do domu sprawdzić jeszcze raz czy wszystko mam.

Następnie taksówka na lotnisko i kilka godzin później jestem w Porto. Odnalazłem mój pierwszy Albergue, wykupiłem paszport pielgrzyma i muszlę św. Jakuba (symbol ludzi na trasie) i znalazłem swoje łóżko w budynku pielgrzymów.
Wolontariusz, który pracował na recepcji schroniska odpowiedział na kilka moich pytań o trasę, ale jak usłyszał, że planuję całość przebiec, złapał się za głowę, mówił że takich świrów rzadko tutaj spotyka.
Wieczorem, w ramach przygotowań pochodziłem odrobinę po mieście i wpadłem na polecaną przez lokalsów Francesinhę (nie może być wyjazdu do Porto bez tego!). Porozmawiałem z najbliższymi, pozwiedzałem okolicę. Zasnąłem z poczuciem, że dużo poświęciłem, aby tu się znaleźć, ale jest we mnie spokój połączony z gotowością.
Dzień 1: Porto – Agucadora (48km)
Zamiast od razu wejść na trasę postanowiłem pojechać pod Katedrę Se i mój ulubiony most między dwoma wzgórzami nad rzeką Duoro. To właśnie tam zakochałem się w tym mieście. Przytroczyłem do plecaka muszlę św. Jakuba, odpaliłem zegarek i zacząłem przygodę.

Po pierwszych kilku kilometrach biegu wzdłóż rzeki zrobiłem przystanek na zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i zjadłem śniadanie. Biegłem powoli popularną trasą miejskiego maratonu, więc wielu lokalnych biegaczy mnie wyprzedzało. Często się odwracali zaciekawieni, pozdrawiali i krzyczeli „bom camino!”.
Godzinę później dobiegłem do oceanu i poczułem wiatr znad wody, który będzie mi towarzyszył przez kolejne kilka dni. Trasę miałem prostą: wiedziałem, że biegnę w dobrym kierunku jeśli miałem Atlantyk po lewej stronie.
Początek był przyjemny, biegłem swobodnie na pełnej baterii z ogromną przyjemnością. Czułem, że moja głowa powoli osiada w nowej rzeczywistości
Gdy dobiegłem do schroniska po prawie 50 km okazało się, że nie ma już wolnych miejsc. Trochę mnie to zaskoczyło, bo wszyscy zapewniali, że to jeszcze nie jest pełny sezon. Niemniej ja biegnąc pokonywałem średnio dwa razy dłuższy dystans niż inni pielgrzymi, to przybywałem na miejsce na tyle późno, że miejsca w schroniskach publicznych już się kończyly.
Na szczęście okazało się, że tuż obok starsza pani udostępniła swój dom dla pielgrzymów i na rozkładanym szczękowym łóżku mogłem się rozłożyć na noc. Tam też spotkałem piątkę emerytów ze Górnego Śląska. Jak usłyszeli, że biegnę to podzieliły się ze mną swoim chlebem i owocami. Mówili, że jestem dla nich jak ich własny syn. Tak, to jest to Camino, które pamiętam sprzed lat, pełne bezinteresownej dobroci.
Dzień 2: Agucadora – Viana do Castello (38km)
O ile pierwszy dzień to przedmieścia i nadwodne bulwary, tak teraz zaczynało się robić dziko. Dużo kładek, piasek i nieutwardzone powierzchnie. Rano mgła i chłód, po 12:00 piekące słońce z ciągłym wiatrem od lewej strony.

Ten pierwszy dzień pobiegłem jednak szybciej niż powinienem, więc dzisiaj spowalniam, aby nie spalić się za szybko. Wraz z tym spowolnieniem i jednostajnością trasy rozpoczął się klasyczny caminowy schemat – myśli pojawiają się z nikąd, mózg musi się czymś zająć. Ale teraz, czternaście lat po moim pierwszym Camino, wiem więcej o tym, jak działam i potrafię się tym myślom przyglądać z innej perspektywy.
Zresztą bieganie bardzo utrudnia myślenie. Mózg jest zajęty koordynacją całego ciała więc nie ma czasu rozkminiać przeszłość i planować przyszłość. Liczył się kontakt z podłożem i koordynacja w przestrzeni.
Noc spędzam w klasztorze Karmelitow, zapisałem sobie w notatniku: „dziś jeszcze bez rewolucyjnych myśli”
Dzień 3: Viana do Castello -> Caminha (29km)
Trzeci dzień, ostatni na terenie Portugalii. Dzień powinien był kryzysowy – teren zróżnicowany, dużo kładek, piaskowych ścieżek i wydm kończący się małym, zatokowym miasteczkiem granicznym.

Tutaj wreszcie trafiłem do miejskiego schroniska, choć złapałem jedno z ostatnich łóżek. To był dzień dziecka i na miejskim placu był zorganizowany festyn, brakowało mi moich dzieci. Zupełnie inaczej mi się myślało o naszej relacji, gdy jestem tak daleko.

Ciężko mi się spało, zaczynam czuć brak porządnej regeneracji, a do tego musiałem bardzo wcześnie pójść spać, aby załapać się z samego rana na przeprawę łódką na stronę hiszpańską.
Dzień 4: Caminha – Baiona (35km)
Po szybkiej przeprawie łódką byłem już w Hiszpanii. Mimo, że granice państw są umowne to od razu czułem, że trafiłem do innego miejsca – to była prawdziwa Galicja, pochmurna i górzysta.
Wcześniej biegłem półdzikimi ścieżkami, ale tutaj trafiłem na bardzo stary, jeszcze rzymski trakt pielgrzymi wśród gęstej zieleni, czasami przecinany kilkusetletnimi śladami cywilizacji.

Po przedarciu się przez pierwsze pasmo gór wróciłem do trasy nadmorskiej. Po prawie czterech dniach płaskiego biegania wreszcie zaczęły się przewyższenia, które już zostaną ze mną do końca podróży. Nawet się ucieszyłem, bo lubię takie urozmaicenia, ale wiedziałem też, że za to trzeba będzie wreszcie zapłacić.
Aby zabić monotonię ścigam się z pielgrzymami na rowerach elektrycznych- na płaskim są oczywiście szybsi, ale wyprzedzam ich pod górkę i z górki. To zawsze jakaś rozrywka dla wszystkich stron :)

Na koniec trasy, w prywatnym Albergue w Baionie spotkałem dwójkę Polaków – dziadka z wnukiem, którzy w ramach wspólnej wyprawy szli do Santiago. Niestety po drodze zgubili portfel z dokumentami i większością pieniędzy i nic a nic nie mówili po angielsku. Więc miałem możliwość odwdzięczenia się za pomoc od emerytów z pierwszego dnia.
Już po samym biegu, gdy założyłem klapki i pochodziłem wieczorem po płaskim asfalcie poczułem nieprzyjemne kłucie w lewej stopie. Byłem na to przygotowany, wyciągnąłem tejpy i zakleiłem ją odpowiednio aby dać lepsze „rusztowanie” mięśniom na pozostałe 3 dni. Muszą jeszcze trochę wytrzymać.
Zjadłem kolację patrząc na wielką nadmorską twierdzę chroniącą miasto przed średniowiecznymi piratami i poszedłem się wreszcie wyspać.
Dzień 5: Baiona – Vigo- Redondela (43km)
Powrót do biegania przez nadmorskie miejscowości, ale także przez Vigo z wielkim portem i kompleksem przemysłowym. To był mój pierwszy dzień kryzysowy.
Problemy zaczęły się w części portowej Vigo. Kilka kilometrów płaskiego asfaltu spowodowały odezwanie się wczorajszego bólu w lewej stopie. Musiałem więc w połowie drogi zrobić sobie przerwę na lunch z Lidla, aby mi nogi odpoczęły.
Natomiast wiedziałem już co będzie dalej: ból w lewej stopie spowoduje nieproporcjonalne przeniesie ciężaru na prawą więc za kilkadziesiąt kilometrów odezwie się prawa stopa lub kręgosłup nieprzyzwyczajony do nowego rozłożenia ciężaru. Miałem tylko nadzieję, że moje wcześniejsze treningi z plecakiem wzmocniły mi garnitur mięśniowy, aby jak najdłużej to przetrzymać.

Po tym sygnale musiałem robić kilkuminutowe przerwy co pięć kilometrów, aby dać odpocząć nogom. To nie było zbyt łatwe, bo druga połowa biegu to był ciągły wspin z Vigo i mocny zbieg do Redondeli.
Dzisiaj faktycznie było już ciężko, mental mi siadał. Czułem dekoncentracje, ciężko mi się nawigowało w przestrzeni, czułem że moje ciało słabo się koordynuje i mam opóźnione reakcje.
Po krótkim ale bardzo intensywnym wspinie do równie ostrym zejściu dotarłem do Redondeli – miejscowości docelowej, znanej z wielkiego wiaduktu kolejowego nad miastem.

To miejsce, w którym trasa oceaniczna łączy się z centralną, a więc mam krótki odcinek gdzie idę po swoich śladach sprzed kilkunastu lat. Z ciekawości zajrzałem do moich historycznych zdjęć i faktycznie znalazłem tam młodego siebie. Kim był ten człowiek, co on wtedy chciał od życia?
Po powrocie zajrzałem do moich notatek sprzed lat i w sumie to, co się nie zmieniło to podstawowe pytanie, które zadaje sobie od lat: Czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze?
Miałem chwilę na odpoczynek, zjedzenie czegoś dużego i wróciłem do schroniska aby się wyspać. Patrząc na mój plan to kolejny dzień będzie najdłuższym i najbardziej wyczerpującym w całym projekcie.
Dzień 6 Redondela – Pontevedra – Barrantes (48km)
Projektując sobie trasę miałem do wyboru wariant standardowy Camino da Costa, albo utrudniony prowadzący przez góry, tzw. Variante Espirit. Różni się tym, że ten drugi wymaga przeprawy przez wysoki szczyt, nadkłada do tego kilka kilometrów i wymaga kolejnej przeprawy łódką jeszcze następnego, finałowego dnia.
Oczywiście wybrałem trudniejszą trasę, czego efektem jest konieczność pokonania jednego dnia 48km i niecałe 2000 metrów pod górkę. Czyli tak mniej więcej połowę zeszłorocznego Rzeźnika, ale po 5 dniach ciągłego wysiłku z bolącą lewą stopą i zbliżającymi się kolejnymi kontuzjami. Tego etapu od początku bałem się najbardziej.

Kilka kilometrów za Redondelą, w odróżnieniu od wszystkich pielgrzymów idących wprost do Santiago, ja odbiłem w lewo i rozpoczął się trwający kilkanaście kilometrów wspin do Barrantes. Teraz już od samego rana robię sobie przerwy co 5 kilometrów.
Aby nie było zbyt łatwo to większość podbiegu była w pełnym południowym słońcu bez cienia i najgorętszy dzień mojej wyprawy. Moje zapasy wody, izotonika i żeli kurczyły się bardzo szybko, na szczycie zostały mi ostatnie krople i modliłem się, żeby po drodze w dół był jakiś sklep lub chociaż strumyk (skończyło się na wioskowym źródełku).
Dotarcie na szczyt było bardzo męczące, ale na szczęście kuśtykanie pod górę było do opanowania. Znacznie bardziej bałem się zbiegu w dół, gdy stopy oberwą mocniej.

I faktycznie lewa i prawa stopa odezwały się na ostatnich 10 kilometrach, gdy zbiegałem w żłobie rzeki Rego Da Armenteira, wśród ruin średniowiecznych młynów i innych śladów cywilizacji.
Musiałem przyśpieszyć, aby zdążyć przed końcem przyjmowania pielgrzymów o 19:00 – choć płuca mi odpoczywały to nogi i biodra dostawały w dupę niemiłosiernie. Finalnie dotarłem do schroniska o 18:48, po 10 godzinach w ruchu.
Byłem wyczerpany, bolał mnie cały człowiek, chciałem położyć się i zasnąć. Ale nie mogłem – musiałem oszacować uszkodzenia nóg, zmienić opatrunki i uzupełnić kalorie w jakimś lokalnym przybytku. Bez tego zabraknie mi paliwa i warunków do ostatniego etapu, o którym wieczorem nie chciałem myśleć – za dużo się dzisiaj działo. Wiedziałem tylko, że musze wstać bardzo wcześnie, aby ostatni etap się udał.
Jak na złość dostałem łóżko na górnym piętrze, z oknem wychodzącym na plac, na którym trwał festyn z okazji Bożego Ciała do 2 w nocy.
Dzień 7: Barrantes – Villanova -> Padron – Santiago (44km)
Budzik na zegarku zaczął mi wibrować o 5:45, w pół śnie zacząłem pakować moje rzeczy. Zjadłem małe śniadanie i po kawie spojrzałem na mój plan. Brzmiał całkiem sensownie: z mojej miejscowości muszę dotrzeć do Villanova gdzie o 10:00 mam przeprawę łódką do Padron i stamtąd prosto do Santiago. Ostatni push, już tak blisko.
Faza 1 do łódki to 17km. Jeśli ruszę sobie to spokojnie zdążę – nawet z przerwami dwie godziny z hakiem mi wystarczą, aby ty łyknąć… tak myślałem przez pierwsze kilka kilometrów, aż zobaczyłem przed sobą spory masyw z drogą prowadzącą pod górę. Wtedy dopiero sprawdziłem profil trasy.

FUCK. Mam prawie 400m różnicy poziomów w górę i tyle samo w dół do pokonania. Szybka matematyka w głowie w trakcie biegu: odcinek w górę muszę zrobić nie schodząc poniżej 8min/km, ale na zbiegu muszę wykorzystać grawitację i zejść poniżej 6min/km, aby się wyrobić. Musi się udać!

Zdążyłem! Adrenalina tak mi wjechała, że przycisnąłem mocniej niż się spodziewałem i zostało mi kilkanaście minut do transportu. Płynąc nią prawie godzinę odpoczywałem i stygłem po moim szaleńczym sprincie.
Faza 2 rozpoczęła się po lunchu w Padron. A w sumie to dwóch. Miałem tak duży deficyt kaloryczny przy jednocześnie ściśniętym żołądku, że spotkało mnie dziwne uczucie głodu i niemożność wciśnięcia nic w siebie w tym samym momencie. Przebiegłem więc przez miasteczko i pod supermarketem zrobiłem sobie drugi lunch, trochę na siłę. Teraz już tylko 28km do końca.
Droga wiła się przez małe i stare miasteczka prowadzące do Santiago przeplatane zakładami przemysłowymi i hotelami. Od samego startu w Padron czułem efekty porannego sprintu. Nagromadzony w mięśniach kwas mlekowy powodował, że ciężko mi się ruszało im bliżej byłem mety. Gdy zostało już tylko 10km wykorzystałem ostatni tabs z izotonikiem. Miałem w plecaku jeszcze kilka żelków, pomarańczę, 0.5l wody w soft flasku i ostatni, specjalnie oszczędzany na tę okazję żel z kofeiną.
Pamiętam, że wtedy zadzwoniłem do Pauliny i siedząc pod drzewem na trasie powiedziałem, że jest już bardzo ciężko. Cierpiałem na całym ciele. Czułem, że wszystkie kontrolki w moim kokpicie palą się na czerwono: do znajomych stóp dołączyły kolana, biodra i kręgosłup. Czułem zakwasy w szyi i nawet mrowienie nadgarstkach jak na końcówce Rzeźnika.

Trasa do Plaza de Obraidoro (na którym można podziwiać Katedrę w Santiago czyli finał trasy) jest tak zbudowana, żeby niewiele było widać do ostatniego momentu. Oznacza to jednak około 3 kilometrów prostego odcinka pod delikatną górkę przez miasto. Na początku tego ostatniego odcinka wyprzedziła mnie grupa rowerzystów, którzy widząc mój stan, mocno mnie dopingowała.
Chwilę później do nich dołączyłem i wspólnie czekaliśmy na zielone światło na krzyżowaniu. Pomyślałem, że mogę po raz ostatni pobawić się w wyścigi z rowerami. Oni na to przystali i rozpoczęliśmy prawie 3 kilometrowy sprint przez miasto manewrując między przechodniami i samochodami.
Po chwili zobaczyłem znajome punkty: po lewej Parque da Alameda, stare miasto, Taberna Gato Negro… przeciskałem się między turystami utrzymując wysokie tempo, wbiegłem na plac i ostatnie kilkadziesiąt metrów do muszli pokonałem ze łzami w oczach. Dotknąłem muszli odwróciłem się w stronę Katedry.

Położyłem się na posadzce w stronę frontu Katedry i przypomniałem sobie mój start tydzień wcześniej spod Katedry w Porto. Przez kilka minut tak leżałem napawając się tym cudownym widokiem i rozmyślając nad wszystkimi czterema momentami, kiedy to przeżyłem zakończenie Camino.
Po jakimś czasie przyjęchali rowerzyści z którymi się ścigałem. I dopiero wtedy sobie przypomniałem, że 30 minut temu wszystko mnie bolało i ledwo ruszałem nogami. No ale jak się z nimi ścigałem to jakoś magicznie wszystko było dobrze. Scumbag brain!

Po obowiązkowych zdjęciach, odpoczynku i odmeldowania się rodzinie poszedłem do biura pielgrzyma, aby otrzymać certyfikat zakończenia Camino. Po odczekaniu swojego w kolejce daje paszport pielgrzyma, miła pani go przyjmuje i przegląda etapy mojej trasy i pieczątki, które zebrałem w schroniskach. Patrzy jakoś dziwnie i mówi, że jest jakiś problem i musi porozmawiać ze swoją szefową. Nie rozumiem co się dzieje, bo wydawało mi się zawsze, że ten certyfikat to formalność.
Widzę, że obydwie za szklaną ścianą wyciągają mapę i wodzą palcem patrząc to na nią, to na mój paszport. Później miła pani wróciła, na pytanie o co chodziło powiedziała, że nie mogły uwierzyć, że tak skakałem między punktami. Dopiero jak powiedziałem, że w sumie codziennie biegłem to złapała się za głowę i powiedziała „krejzi”.
Dzień 8-12: Santiago
Kolejne cztery dni dałem sobie na regeneracje, zwiedzanie i medytację.
A miałem o czym medytować. Ta trasa, wspomnienie poprzednich wędrówek, na które nałożyło się moje nowe rozumienie siebie i mój współczesny kontekst życiowy spowodowało, że czegoś się o sobie dowiedziałem. To rosło we mnie przez cały tydzień biegania, ale brakowało mi słów, w których mogę to wyrazić.
I dopiero trzeciego dnia odpoczynku, patrząc na Katedrę z Parku Alameda, do mnie dotarło. Wraz z zakończeniem mojego biegu symbolicznie też zakończył się też mój pierwszy, czterdziestoletni etap życia.
To był niezły rollercoster, którego instrukcję obsługi jako tako zrozumiałem właśnie pod koniec, właśnie gdy się z niego przesiadam. O czym jest ten drugi etap? Pewnie dopiero zrozumiem gdy będzie czas na kolejną przesiadkę.
Po czterech dniach złapałem mój samolot do Warszawy i wróciłem do drugiej połowy mojej historii.


















