Camino Run

Wstęp

29 maja 2026 rozpocząłem mój najbardziej szalony do tej pory projekt biegowy. Polegał na przebiegnięciu w ciągu tygodnia z Porto w Portugalii do Santiago de Compostella w Hiszpanii na trasie Camino da Costa.

To dystans 284 km, w formule self-supported. To oznaczało średnio maraton dziennie z 8 kilowym plecakiem, bez ekipy, która by mnie po drodze wspierała. A oto jak do tego doszło.

Jak to się wszystko zaczęło

Ten pomysł siedział mi w głowie już od kilku lat. Do tej pory już 3 razy przeszedłem Camino (pierwszy raz 14 lat temu, opisałem to tutaj) i gdy ktoś przez ostatnie lata przypominał mi o tym i pytał czy chcę znów to zrobić, to mówiłem, że już nie, chyba że biegiem.

Uznawałem to za ironiczne zamknięcie tematu… aż do jesieni 2024, gdy zacząłem się nad tym zastanawiać: Czy to faktycznie dałoby się zrobić? To brzmiało strasznie i ekscytująco jednocześnie.

Ile codziennie musiałbym biec, aby to miało sens? Schroniska dla pielgrzymów są średnio rozstawione co 15-20 kilometry, więc ja musiałbym robić 2-3 takie etapy dziennie… ale gdybym się sprężył to mógłbym zrobić całą trasę Camino w tydzień(!) zamiast prawie dwóch i pół tygodnia jak ostatnim razem. A to oznaczało… maraton dziennie przez tydzień!

Czy to w ogóle możliwe? Miałem już na koncie mocne starty jak przebiegnięcie Backyard Ultra 20h i 135km, wcześniej Rzeźnika 84km w Bieszczadach, ale to zawsze zamykało się w jednym dniu lub dobie. Ale tydzień wysiłku? Czy tak się da?

Tak sobie fantazjowałem o tym przez cały 2025 rok, gdy podczas jednego wybiegania w ponury sobotni poranek z ciekawości sprawdziłem, po ile są bilety tanich linii do Porto…

Dzień -200

Okazało się, że za stówkę mogę sobie tam polecieć tuż przed długim weekendem czerwcowym… wiec kupiłem bilet w jedną stronę myśląc, że to już jakiś krok- najwyżej jak się plany zmienią to stracę stówkę. To nic wielkiego.

Ale z drugiej strony poczułem, że to się faktycznie dzieje. Teraz tylko muszę się przygotować, mam na to 200 dni czyli ponad pół roku. Powiedziałem o tym projekcie mojemu trenerowi Łukaszowi, który odpowiedział tylko „ja j%^#!”… i zaczęliśmy rozpisywać mój plan. Podjarałem się tym Wielkim Strasznym Biegiem.

Największy problem to była objętość treningowa: z każdym tygodniem muszę robić coraz więcej kilometrów, aby przygotować organizm do tego wysiłku. Jak to wcisnąć między życie rodzinne i zawodowe?

Na początku po prostu starałem się biegać dłużej, częściej i wolniej, wykorzystując święta i wolne dni rano jak wszyscy spali lub wieczorami, gdy już spali. Ale to było ciągle za mało i za lekko, bo nie miałem pomysłu jak ja się spakuję i co będę miał na tej wyprawie na plecach.

Dzień -86

Przy okazji porządkowania szafy sprawdziłem jakie w ogóle mam plecaki… i znalazłem mój z poprzedniego Camino! Cały był zakurzony, nie miał tych wszystkich usprawnień jak współczesne plecaki biegowe, ale sprawdził się kilkanaście lat temu i dało się w nim biegać.

Pierwszy raz na trasie do pracy z plecakiem biegowym

Problem małych objętości rozwiązałem bieganiem na odcinku dom-praca z tym plecakiem. Do środka wpakowałem laptopa i ubranie pracowe. Finalnie lepiej sprawdziło mi się bieganie z pracy – dystans z biura do przedszkola córki to równo 10km. Co pozwalało mi (w zależności od okoliczności) robić z plecakiem 30-50km tygodniowo. W pewnym momencie tak się do tego przyzwyczaiłem, że zacząłem z trasy robić confcalle i dzwonić do znajomych, aby zabić czas podczas monotonnej już trasy – po kilkunastu razach znałem już każdy kamień i krawężnik.

W święta i długie weekendy robiłem coraz dłuższe back-to-back czyli serie dni biegowych, aby przyzwyczaić organizm do braku pełnej regeneracji. W pewnym momencie zobaczyłem, że z mocno przytroczonym plecakiem zaczynam biegać całkiem szybko robiąc 10km z 8km obciążeniem w średnio 5:10min/km.

Finalny test to 7 dni back-to-back (5 razy po pracy + sobota i niedziela) półtora tygodnia przed startem. Nic mi nie trzasnęło w nogach, zero kontuzji i większych obtarć z objętością 72km- czułem, że jestem gotowy. Teraz zostaje mi tylko skompletować sprzęt do plecaka.

Dzień 0

Rano odwiozłem dzieci do instytucji edukacyjnych wspólnie z Pauliną. Po drodze skoczyłem po kawę do ulubionej kawiarni i wróciłem do domu sprawdzić jeszcze raz czy wszystko mam.

Następnie taksówka na lotnisko i kilka godzin później jestem w Porto. Odnalazłem mój pierwszy Albergue, wykupiłem paszport pielgrzyma i muszlę św. Jakuba (symbol ludzi na trasie) i znalazłem swoje łóżko w budynku pielgrzymów.

Wolontariusz, który pracował na recepcji schroniska odpowiedział na kilka moich pytań o trasę, ale jak usłyszał, że planuję całość przebiec, złapał się za głowę, mówił że takich świrów rzadko tutaj spotyka.

Wieczorem, w ramach przygotowań pochodziłem odrobinę po mieście i wpadłem na polecaną przez lokalsów Francesinhę (nie może być wyjazdu do Porto bez tego!). Porozmawiałem z najbliższymi, pozwiedzałem okolicę. Zasnąłem z poczuciem, że dużo poświęciłem, aby tu się znaleźć, ale jest we mnie spokój połączony z gotowością.

Dzień 1: Porto – Agucadora (48km)

Zamiast od razu wejść na trasę postanowiłem pojechać pod Katedrę Se i mój ulubiony most między dwoma wzgórzami nad rzeką Duoro. To właśnie tam zakochałem się w tym mieście. Przytroczyłem do plecaka muszlę św. Jakuba, odpaliłem zegarek i zacząłem przygodę.

Po pierwszych kilku kilometrach biegu wzdłóż rzeki zrobiłem przystanek na zakupy w pobliskim sklepie spożywczym i zjadłem śniadanie. Biegłem powoli popularną trasą miejskiego maratonu, więc wielu lokalnych biegaczy mnie wyprzedzało. Często się odwracali zaciekawieni, pozdrawiali i krzyczeli „bom camino!”.

Godzinę później dobiegłem do oceanu i poczułem wiatr znad wody, który będzie mi towarzyszył przez kolejne kilka dni. Trasę miałem prostą: wiedziałem, że biegnę w dobrym kierunku jeśli miałem Atlantyk po lewej stronie.

Początek był przyjemny, biegłem swobodnie na pełnej baterii z ogromną przyjemnością. Czułem, że moja głowa powoli osiada w nowej rzeczywistości

Gdy dobiegłem do schroniska po prawie 50 km okazało się, że nie ma już wolnych miejsc. Trochę mnie to zaskoczyło, bo wszyscy zapewniali, że to jeszcze nie jest pełny sezon. Niemniej ja biegnąc pokonywałem średnio dwa razy dłuższy dystans niż inni pielgrzymi, to przybywałem na miejsce na tyle późno, że miejsca w schroniskach publicznych już się kończyly.

Na szczęście okazało się, że tuż obok starsza pani udostępniła swój dom dla pielgrzymów i na rozkładanym szczękowym łóżku mogłem się rozłożyć na noc. Tam też spotkałem piątkę emerytów ze Górnego Śląska. Jak usłyszeli, że biegnę to podzieliły się ze mną swoim chlebem i owocami. Mówili, że jestem dla nich jak ich własny syn. Tak, to jest to Camino, które pamiętam sprzed lat, pełne bezinteresownej dobroci.

Dzień 2: Agucadora – Viana do Castello (38km)

O ile pierwszy dzień to przedmieścia i nadwodne bulwary, tak teraz zaczynało się robić dziko. Dużo kładek, piasek i nieutwardzone powierzchnie. Rano mgła i chłód, po 12:00 piekące słońce z ciągłym wiatrem od lewej strony.

Ten pierwszy dzień pobiegłem jednak szybciej niż powinienem, więc dzisiaj spowalniam, aby nie spalić się za szybko. Wraz z tym spowolnieniem i jednostajnością trasy rozpoczął się klasyczny caminowy schemat – myśli pojawiają się z nikąd, mózg musi się czymś zająć. Ale teraz, czternaście lat po moim pierwszym Camino, wiem więcej o tym, jak działam i potrafię się tym myślom przyglądać z innej perspektywy.

Zresztą bieganie bardzo utrudnia myślenie. Mózg jest zajęty koordynacją całego ciała więc nie ma czasu rozkminiać przeszłość i planować przyszłość. Liczył się kontakt z podłożem i koordynacja w przestrzeni.

Noc spędzam w klasztorze Karmelitow, zapisałem sobie w notatniku: „dziś jeszcze bez rewolucyjnych myśli”

Dzień 3: Viana do Castello -> Caminha (29km)

Trzeci dzień, ostatni na terenie Portugalii. Dzień powinien był kryzysowy – teren zróżnicowany, dużo kładek, piaskowych ścieżek i wydm kończący się małym, zatokowym miasteczkiem granicznym.

Tutaj wreszcie trafiłem do miejskiego schroniska, choć złapałem jedno z ostatnich łóżek. To był dzień dziecka i na miejskim placu był zorganizowany festyn, brakowało mi moich dzieci. Zupełnie inaczej mi się myślało o naszej relacji, gdy jestem tak daleko.

Najdłuższa ławka jaką widziałem!

Ciężko mi się spało, zaczynam czuć brak porządnej regeneracji, a do tego musiałem bardzo wcześnie pójść spać, aby załapać się z samego rana na przeprawę łódką na stronę hiszpańską.

Dzień 4: Caminha – Baiona (35km)

Po szybkiej przeprawie łódką byłem już w Hiszpanii. Mimo, że granice państw są umowne to od razu czułem, że trafiłem do innego miejsca – to była prawdziwa Galicja, pochmurna i górzysta.

Wcześniej biegłem półdzikimi ścieżkami, ale tutaj trafiłem na bardzo stary, jeszcze rzymski trakt pielgrzymi wśród gęstej zieleni, czasami przecinany kilkusetletnimi śladami cywilizacji.

Po przedarciu się przez pierwsze pasmo gór wróciłem do trasy nadmorskiej. Po prawie czterech dniach płaskiego biegania wreszcie zaczęły się przewyższenia, które już zostaną ze mną do końca podróży. Nawet się ucieszyłem, bo lubię takie urozmaicenia, ale wiedziałem też, że za to trzeba będzie wreszcie zapłacić.

Aby zabić monotonię ścigam się z pielgrzymami na rowerach elektrycznych- na płaskim są oczywiście szybsi, ale wyprzedzam ich pod górkę i z górki. To zawsze jakaś rozrywka dla wszystkich stron :)

Na koniec trasy, w prywatnym Albergue w Baionie spotkałem dwójkę Polaków – dziadka z wnukiem, którzy w ramach wspólnej wyprawy szli do Santiago. Niestety po drodze zgubili portfel z dokumentami i większością pieniędzy i nic a nic nie mówili po angielsku. Więc miałem możliwość odwdzięczenia się za pomoc od emerytów z pierwszego dnia.

Już po samym biegu, gdy założyłem klapki i pochodziłem wieczorem po płaskim asfalcie poczułem nieprzyjemne kłucie w lewej stopie. Byłem na to przygotowany, wyciągnąłem tejpy i zakleiłem ją odpowiednio aby dać lepsze „rusztowanie” mięśniom na pozostałe 3 dni. Muszą jeszcze trochę wytrzymać.

Zjadłem kolację patrząc na wielką nadmorską twierdzę chroniącą miasto przed średniowiecznymi piratami i poszedłem się wreszcie wyspać.

Dzień 5: Baiona – Vigo- Redondela (43km)

Powrót do biegania przez nadmorskie miejscowości, ale także przez Vigo z wielkim portem i kompleksem przemysłowym. To był mój pierwszy dzień kryzysowy.

Problemy zaczęły się w części portowej Vigo. Kilka kilometrów płaskiego asfaltu spowodowały odezwanie się wczorajszego bólu w lewej stopie. Musiałem więc w połowie drogi zrobić sobie przerwę na lunch z Lidla, aby mi nogi odpoczęły.

Natomiast wiedziałem już co będzie dalej: ból w lewej stopie spowoduje nieproporcjonalne przeniesie ciężaru na prawą więc za kilkadziesiąt kilometrów odezwie się prawa stopa lub kręgosłup nieprzyzwyczajony do nowego rozłożenia ciężaru. Miałem tylko nadzieję, że moje wcześniejsze treningi z plecakiem wzmocniły mi garnitur mięśniowy, aby jak najdłużej to przetrzymać.

Początek wspinu. Zostało 100km do Santiago

Po tym sygnale musiałem robić kilkuminutowe przerwy co pięć kilometrów, aby dać odpocząć nogom. To nie było zbyt łatwe, bo druga połowa biegu to był ciągły wspin z Vigo i mocny zbieg do Redondeli.

Dzisiaj faktycznie było już ciężko, mental mi siadał. Czułem dekoncentracje, ciężko mi się nawigowało w przestrzeni, czułem że moje ciało słabo się koordynuje i mam opóźnione reakcje.

Po krótkim ale bardzo intensywnym wspinie do równie ostrym zejściu dotarłem do Redondeli – miejscowości docelowej, znanej z wielkiego wiaduktu kolejowego nad miastem.

To ja w 2012 i 2016 roku. W tym samym miejscu, ale czy to ten sam człowiek?

To miejsce, w którym trasa oceaniczna łączy się z centralną, a więc mam krótki odcinek gdzie idę po swoich śladach sprzed kilkunastu lat. Z ciekawości zajrzałem do moich historycznych zdjęć i faktycznie znalazłem tam młodego siebie. Kim był ten człowiek, co on wtedy chciał od życia?

Po powrocie zajrzałem do moich notatek sprzed lat i w sumie to, co się nie zmieniło to podstawowe pytanie, które zadaje sobie od lat: Czemu jest tak źle, skoro jest tak dobrze?

Miałem chwilę na odpoczynek, zjedzenie czegoś dużego i wróciłem do schroniska aby się wyspać. Patrząc na mój plan to kolejny dzień będzie najdłuższym i najbardziej wyczerpującym w całym projekcie.

Dzień 6 Redondela – Pontevedra – Barrantes (48km)

Projektując sobie trasę miałem do wyboru wariant standardowy Camino da Costa, albo utrudniony prowadzący przez góry, tzw. Variante Espirit. Różni się tym, że ten drugi wymaga przeprawy przez wysoki szczyt, nadkłada do tego kilka kilometrów i wymaga kolejnej przeprawy łódką jeszcze następnego, finałowego dnia.

Oczywiście wybrałem trudniejszą trasę, czego efektem jest konieczność pokonania jednego dnia 48km i niecałe 2000 metrów pod górkę. Czyli tak mniej więcej połowę zeszłorocznego Rzeźnika, ale po 5 dniach ciągłego wysiłku z bolącą lewą stopą i zbliżającymi się kolejnymi kontuzjami. Tego etapu od początku bałem się najbardziej.

W połowie wspinu 6 dnia. Niesamowite, że przebiegłem tutaj zza tego horyzontu DZISIAJ.

Kilka kilometrów za Redondelą, w odróżnieniu od wszystkich pielgrzymów idących wprost do Santiago, ja odbiłem w lewo i rozpoczął się trwający kilkanaście kilometrów wspin do Barrantes. Teraz już od samego rana robię sobie przerwy co 5 kilometrów.

Aby nie było zbyt łatwo to większość podbiegu była w pełnym południowym słońcu bez cienia i najgorętszy dzień mojej wyprawy. Moje zapasy wody, izotonika i żeli kurczyły się bardzo szybko, na szczycie zostały mi ostatnie krople i modliłem się, żeby po drodze w dół był jakiś sklep lub chociaż strumyk (skończyło się na wioskowym źródełku).

Dotarcie na szczyt było bardzo męczące, ale na szczęście kuśtykanie pod górę było do opanowania. Znacznie bardziej bałem się zbiegu w dół, gdy stopy oberwą mocniej.

Piękna trasa krajoznawcza w dolinie wyrzeźbionej przez górki strymuk

I faktycznie lewa i prawa stopa odezwały się na ostatnich 10 kilometrach, gdy zbiegałem w żłobie rzeki Rego Da Armenteira, wśród ruin średniowiecznych młynów i innych śladów cywilizacji.

Musiałem przyśpieszyć, aby zdążyć przed końcem przyjmowania pielgrzymów o 19:00 – choć płuca mi odpoczywały to nogi i biodra dostawały w dupę niemiłosiernie. Finalnie dotarłem do schroniska o 18:48, po 10 godzinach w ruchu.

Byłem wyczerpany, bolał mnie cały człowiek, chciałem położyć się i zasnąć. Ale nie mogłem – musiałem oszacować uszkodzenia nóg, zmienić opatrunki i uzupełnić kalorie w jakimś lokalnym przybytku. Bez tego zabraknie mi paliwa i warunków do ostatniego etapu, o którym wieczorem nie chciałem myśleć – za dużo się dzisiaj działo. Wiedziałem tylko, że musze wstać bardzo wcześnie, aby ostatni etap się udał.

Jak na złość dostałem łóżko na górnym piętrze, z oknem wychodzącym na plac, na którym trwał festyn z okazji Bożego Ciała do 2 w nocy.

Dzień 7: Barrantes – Villanova -> Padron – Santiago (44km)

Budzik na zegarku zaczął mi wibrować o 5:45, w pół śnie zacząłem pakować moje rzeczy. Zjadłem małe śniadanie i po kawie spojrzałem na mój plan. Brzmiał całkiem sensownie: z mojej miejscowości muszę dotrzeć do Villanova gdzie o 10:00 mam przeprawę łódką do Padron i stamtąd prosto do Santiago. Ostatni push, już tak blisko.

Faza 1 do łódki to 17km. Jeśli ruszę sobie to spokojnie zdążę – nawet z przerwami dwie godziny z hakiem mi wystarczą, aby ty łyknąć… tak myślałem przez pierwsze kilka kilometrów, aż zobaczyłem przed sobą spory masyw z drogą prowadzącą pod górę. Wtedy dopiero sprawdziłem profil trasy.

FUCK. Mam prawie 400m różnicy poziomów w górę i tyle samo w dół do pokonania. Szybka matematyka w głowie w trakcie biegu: odcinek w górę muszę zrobić nie schodząc poniżej 8min/km, ale na zbiegu muszę wykorzystać grawitację i zejść poniżej 6min/km, aby się wyrobić. Musi się udać!

Zdążyłem! Adrenalina tak mi wjechała, że przycisnąłem mocniej niż się spodziewałem i zostało mi kilkanaście minut do transportu. Płynąc nią prawie godzinę odpoczywałem i stygłem po moim szaleńczym sprincie.

Faza 2 rozpoczęła się po lunchu w Padron. A w sumie to dwóch. Miałem tak duży deficyt kaloryczny przy jednocześnie ściśniętym żołądku, że spotkało mnie dziwne uczucie głodu i niemożność wciśnięcia nic w siebie w tym samym momencie. Przebiegłem więc przez miasteczko i pod supermarketem zrobiłem sobie drugi lunch, trochę na siłę. Teraz już tylko 28km do końca.

Droga wiła się przez małe i stare miasteczka prowadzące do Santiago przeplatane zakładami przemysłowymi i hotelami. Od samego startu w Padron czułem efekty porannego sprintu. Nagromadzony w mięśniach kwas mlekowy powodował, że ciężko mi się ruszało im bliżej byłem mety. Gdy zostało już tylko 10km wykorzystałem ostatni tabs z izotonikiem. Miałem w plecaku jeszcze kilka żelków, pomarańczę, 0.5l wody w soft flasku i ostatni, specjalnie oszczędzany na tę okazję żel z kofeiną.

Pamiętam, że wtedy zadzwoniłem do Pauliny i siedząc pod drzewem na trasie powiedziałem, że jest już bardzo ciężko. Cierpiałem na całym ciele. Czułem, że wszystkie kontrolki w moim kokpicie palą się na czerwono: do znajomych stóp dołączyły kolana, biodra i kręgosłup. Czułem zakwasy w szyi i nawet mrowienie nadgarstkach jak na końcówce Rzeźnika.

Trasa do Plaza de Obraidoro (na którym można podziwiać Katedrę w Santiago czyli finał trasy) jest tak zbudowana, żeby niewiele było widać do ostatniego momentu. Oznacza to jednak około 3 kilometrów prostego odcinka pod delikatną górkę przez miasto. Na początku tego ostatniego odcinka wyprzedziła mnie grupa rowerzystów, którzy widząc mój stan, mocno mnie dopingowała.

Chwilę później do nich dołączyłem i wspólnie czekaliśmy na zielone światło na krzyżowaniu. Pomyślałem, że mogę po raz ostatni pobawić się w wyścigi z rowerami. Oni na to przystali i rozpoczęliśmy prawie 3 kilometrowy sprint przez miasto manewrując między przechodniami i samochodami.

Po chwili zobaczyłem znajome punkty: po lewej Parque da Alameda, stare miasto, Taberna Gato Negro… przeciskałem się między turystami utrzymując wysokie tempo, wbiegłem na plac i ostatnie kilkadziesiąt metrów do muszli pokonałem ze łzami w oczach. Dotknąłem muszli odwróciłem się w stronę Katedry.

Jest!

Położyłem się na posadzce w stronę frontu Katedry i przypomniałem sobie mój start tydzień wcześniej spod Katedry w Porto. Przez kilka minut tak leżałem napawając się tym cudownym widokiem i rozmyślając nad wszystkimi czterema momentami, kiedy to przeżyłem zakończenie Camino.

Po jakimś czasie przyjęchali rowerzyści z którymi się ścigałem. I dopiero wtedy sobie przypomniałem, że 30 minut temu wszystko mnie bolało i ledwo ruszałem nogami. No ale jak się z nimi ścigałem to jakoś magicznie wszystko było dobrze. Scumbag brain!

Wygrałem!!!

Po obowiązkowych zdjęciach, odpoczynku i odmeldowania się rodzinie poszedłem do biura pielgrzyma, aby otrzymać certyfikat zakończenia Camino. Po odczekaniu swojego w kolejce daje paszport pielgrzyma, miła pani go przyjmuje i przegląda etapy mojej trasy i pieczątki, które zebrałem w schroniskach. Patrzy jakoś dziwnie i mówi, że jest jakiś problem i musi porozmawiać ze swoją szefową. Nie rozumiem co się dzieje, bo wydawało mi się zawsze, że ten certyfikat to formalność.

Widzę, że obydwie za szklaną ścianą wyciągają mapę i wodzą palcem patrząc to na nią, to na mój paszport. Później miła pani wróciła, na pytanie o co chodziło powiedziała, że nie mogły uwierzyć, że tak skakałem między punktami. Dopiero jak powiedziałem, że w sumie codziennie biegłem to złapała się za głowę i powiedziała „krejzi”.

Dzień 8-12: Santiago

Kolejne cztery dni dałem sobie na regeneracje, zwiedzanie i medytację.

A miałem o czym medytować. Ta trasa, wspomnienie poprzednich wędrówek, na które nałożyło się moje nowe rozumienie siebie i mój współczesny kontekst życiowy spowodowało, że czegoś się o sobie dowiedziałem. To rosło we mnie przez cały tydzień biegania, ale brakowało mi słów, w których mogę to wyrazić.

I dopiero trzeciego dnia odpoczynku, patrząc na Katedrę z Parku Alameda, do mnie dotarło. Wraz z zakończeniem mojego biegu symbolicznie też zakończył się też mój pierwszy, czterdziestoletni etap życia.

To był niezły rollercoster, którego instrukcję obsługi jako tako zrozumiałem właśnie pod koniec, właśnie gdy się z niego przesiadam. O czym jest ten drugi etap? Pewnie dopiero zrozumiem gdy będzie czas na kolejną przesiadkę.

Po czterech dniach złapałem mój samolot do Warszawy i wróciłem do drugiej połowy mojej historii.

Tutaj WSZYSTKO zrozumiałem

Bieg Rzeźnika 2025

Zrobiłem już w życiu kilka mocnych wydarzeń sportowych (jak Triathlon w Serocku, Runmagedon Hardkor w Myślenicach, Maraton Warszawski, czy 100km w Backyard Ultra w Radomsku), ale nic do tej pory mnie tak nie przetyrało jak start w Biegu Rzeźnika. To był największy wysiłek fizyczny w moim dotychczasowym życiu i całkowita dezintegracja ciała i głowy.

Wszystko zaczęło się w maju 2024, gdy wśród uczestników Backyarda w Bielawie zobaczyłem ludzi z przypinkami i koszulkami z charakterystycznymi dzikami i napisem „Bieg Rzeźnika”. Już gdzieś kiedyś słyszałem tę nazwę, ale nie do końca kojarzyłem o co chodzi. Niemniej wiedziałem, że jeśli ktoś zrobił Rzeźnika to należy mu się jakaś forma respektu na dzielni. Więc ja też chciałem mieć taką koszulkę.

Zacząłem czytać z czym to się je i oczy mi się rozszerzały z każdą nową informacją. Bieg ma 84km i ponad 4400m różnicy poziomów w górę (ciężko mi było to sobie wyobrazić). Zaczął się od zakładu dwóch kumpli ze znajomymi, że uda im się ten dystans pokonać w 12 godzin, co wydawało się niedorzeczne. Ale 6 z 10 zawodników sie to udało! I tak, od 21 lat (!!!) co rok odbywa się nowa edycja. No i zgodnie jest nazywany jednym z najtrudniejszych ultramaratonów w Polsce. Na tyle trudny, że trzeba go pokonywać parami.

Byłem wtedy świeżo po przebiegnięciu swojego pierwszego Backyarda i czułem potrzebę poszukania czegoś większego. Więc na początku sierpnia 2024 przekonałem mojego brata Mateusza i zapisaliśmy się edycję 2025. Choć racjonalnie wiedziałem co ten bieg oznacza, obejrzałem filmiki i poczytałem wspomnienia byłych uczestników, to jednak to, co przeżyłem przekroczyło moje oczekiwania.

Pod koniec 2024 roku udało mi się z bratem znaleźć poleconego trenera (piątka Łukasz Baranow!), który zaczął nam układać plan ataku na Rzeźnika. Niestety mój brat ze względów osobistych musiał odpuścić bieg, ale ja trenowałem twardo na tyle na ile dało mi na to szanse płaskie Mazowsze. Tuż przed biegiem też dołączył do mojej pary Romek Grygierek (o którym będzie więcej poniżej).

Start: Komańcza -> Żebrak (17km)

Budzik nastawiony na 0:45 na sprawdzenie sprzętu i prowiantu, obsmarowanie całego ciała sudocremem, kremem na opalanie, sprejem na kleszcze i ostatnia toaleta. O 1:45 wsiadamy do autobusów i odjeżdżamy z Cisnej do Komańczy, skąd zaczyna się bieg.

Ja i mój rzeźniczy partner – Romek

Początek jest prosty: szeroka asfaltowo-szutrowa droga, która dopiero po kilku kilometrach zamienia się w wąską ścieżkę między drzewami. Jest ciemno, ale biegniemy zwartą grupą, wiec czołówki oświetlają dobrze trasę odsłaniając kamyki, błoto i korzenie.

Mijamy Jeziora Duszatyńskie i zaczynają się pierwsze mocniejsze (15% +) podbiegi, na których po raz pierwszy mogłem wypróbować kijki biegowe. Jestem w pełni energii i atakuje górki z dużym entuzjazmem plotkując sobie z Romkiem o życiu i branży technologicznej z czasów pierwszych sieci reklam online (tacy starzy jesteśmy!). Powoli wstaje słońce, ludzie wyłączają czołówki i zdejmują kurtki. Pogoda zapowiada się piękna.

Trzymam się planu żywieniowego: co 40 minut żel i tabs z solą i systematyczne nawadnianie z dwóch półlitrowych flasków. Z żywieniem i nawodnieniem jest tak, że człowiek orientuje się, że siadła mu bateria gdy jest już za późno – trafia na ściane i nie może z siebie wydobyć nic więcej i żałuje, że półgodziny wcześniej nie zjadł zgodnie z planem. Mój plan natomiast zakładał, że za około 10 kilometrów, na przełęczy Żebrak, uzupełnie wodę więc nie muszę się nią martwić teraz.

Po 17 kilometrach i pierwszych 500 metrach różnicy poziomów wbiegamy na przełęcz Żebrak i szukam stacji regeneracyjnej. Jedyne co widze to mała budka z czyjąć butelką Coli w środku. Żadnej wody, jedzenia, ani nic takiego. To mi mocno wjechało na psychikę, bo potrzebowałem chociaż symbolicznej przerwy.

Dopiero po biegu dowiedziałem się, że nie można było tam dojechać ze względu na zerwany most po drodze a i tak miała to być jedynie stacja pomiaru czasu, bez innego supportu. Nauczka na przyszłość.

Intro do mordęgi: Żebrak -> Cisna (32km)

Sprawdziłem zapasy: z żelami jest dobrze, ale zostało mi jakieś 200ml wody na kolejne 16 kilometrów – bardzo mało biorąc pod uwagę, że słońce coraz wyżej i zaczyna się ciepło. Ale ja dygoce w środku. Biegnę jeszcze w rękawiczkach i zapiętej kurtce. Mokra od potu koszulka nie ma jak wyschnąć więc mi zimno, ale ja nie otwieram kurtki bo mi zimno. Zaklęte koło.

Dobiliśmy się na Wołosań, ale niewiele z tego pamiętam – jedynie ciągłe zbiegi i podbiegi w lesie, które na mapce wyglądają jak malutkie piksele. Jestem już po kilku żelach i czuje, że żołądek mi się buntuje. Przestraszyłem się, bo jeśli to się utrzyma i zacznę wymiotować, to nie ma szans na skończenie biegu. Na szczęście sytuacja była chwilowa.

Na koniec odcinka był baaardzo długi zbieg, wypadający z lasu wprost na asfaltową drogę prowadzącą do centralneogo punktu Rzeźnika na Orliku w Cisnej. To tutaj będzie za kilkanaście godzin meta, ale teraz wiemy, że udało nam się zakończyć pierwszy etap pomiarowy.

Wpadamy na Expo zgodnie z planowanym czasem, ale sztuką będzie się go trzymać przez pozostałe 50 kilometrów biegu.

Przepak

Pierwsza dzida: Cisna -> Smerek (48km)

Po szybkim uzupełnieniu wody (wreszcie!) zgarniam kilka suszonych owoców i zaczynamy przepak. Romek odebrał nasz wspólny worek, zmieniam koszulkę, czapkę, buffki i spodenki na świeże i suche i wreszcie przestaję dygotać z zimna. Kurtka trafia do plecaka, pakuję na wszelki wypadek także zapasowe skarpetki i dodatkowy flask, aby mieć w sumie 1.5l hydracji ze sobą.

Chwila na słońcu i ruszamy na nasz pierwszy prawdziwy wspin: Rożki. Dosłownie kilka minut po rozpoczęciu okazuje się, że zmyliły nas strzałki kierujące na inny bieg i wchodzimy złym podejściem. Musieliśmy cofnąć się około kilometra tracąc przez to kilkanaście minut. Na szczęście chwilę później byliśmy już na odpowiedniej trasie i rozpoczęło się żmudne, 3 kilometrowe podejście na szczyt.

Tak (i gorzej) było przez 3 kilometry

Zrozumiałem w praktyce dlaczego kijki są takie przydatne – nie tylko zwiększają liczbę punktów podparcia rozkładając ciężar ciała, ale także pozwalaja nie spaść z tak pochylonego terenu. Moje łydki zaczęły rozpalać się ogniem, a kręgosłup prosił o przerwę. Miałem krótki oddech mimo tego, że zegarek nie wskazywał na wysokie tętno.

Wtedy dotarło do mnie na co ja w ogóle się porwałem. Tak, rozumiałem teoretycznie, że to bieg górski, że ma mnóstwo przewyższeń i z konkretnego powodu nazywa się Rzeźnik, ale… po co mi to było?! A to dopiero pierwszy z kilku takich podejść.

No, ale tam gdzie jest podejście musi być też zbieg. Minęliśmy Okrąglik a później Fereczatą i ruszyliśmy w dół do Smerka, gdzie, jak wszyscy mówią, jest najlepszy punkt regenaracyjny jaki widzieli.

Absurd: Smerek -> Roztoki (70km)

I faktycznie – czego tu nie było! Trzy rodzaje zup, chleb ze smalcem, ciasta, żelki, nawet nalewki! Większość z tych rzeczy była dla mnie za ciężka, ale pokusiłem się o zupę pomidorową z dokładką, pomarańcze, kawałek ciasta i trochę coca-coli.

Od około dwudziestu kilometrów uciskały mnie skarpetki i choć odsuwałem to od siebie, to musiałem wreszcie coś z tym zrobić. Usiadłem na leżaku, zdjąłem buty i powoli usuwałem skarpetki. Oszczędzę Wam zdjęć, ale wyglądało to tak, jakby obydwu moim stopom wyrosły szóste palce. Nauczony doświadczeniem nie przebijałem pęcherzy (wtedy wyeksponowana skóra boli najbardziej) tylko ostrożnie nasmarowałem stopy grubą warstwą sudocremu i założyłem nowe skarpetki.

Dopiero co minęliśmy połowę dystansu, zrobienie pozostałych 40km z takim stopami to nawet jak na mnie będzie surowy wymiar kary – a to będzie najdłuższy, bo aż 22 kilometrowy etap biegu. Ale zacisnąłem zęby i ruszyliśmy z Romkiem na kolejny odcinek.

Po wybiegnięciu z punktu trafiliśmy na tzw. „drogę na Wietnam”. W sumie to nikt nie wie czemu się tak nazywa, ale patrząc jakie leje są na nawierzchi to odpowiedź nasuwa się sama. Po chwili truchtania poczułem, że jednak przesadziłem z żarciem. Trawienie tego wszystkiego zaczęło spowalniać moje ruchy i usypiać. Za to Romek był w cudownym nastroju (co za kocur!), możliwe jednak, że z powodu tych nalewek.

Po drodze dołączył do nas samotny 20 letni student z Poznania, który chciał Rzeźnika zrobić ze swoim tatą, ale niestety ten dopiero co miał kontuzję, więc syn idzie sam. Zresztą sytuacja się odwróciła, bo rok wcześniej to właśnie młody miał kontuzję w podobnym miejscu, a tata dokończył samotnie.

Romek, widząc, że ciężko mi biec, wymyślił, że będziemy biegli 50 kroków, a później 20 maszerowali i tak po kilku seriach doszliśmy do ścieżki w lesie prowadzącej prosto w górę. Romek się uśmiechnął i powiedział, że dobra wiadomość jest taka, że na tym podejściu już nie musimy biec i więc odpocząć idąc. A ja patrząc przed siebie i w górę myślałem, że zwariował.

Widziałem ścieżkę, która wyglądała jakby szła nieskończenie długo w górę – to podejście na Paprotną. To były 4 kilometry jednostajnego wspinu o nachyleniu 20-35% stopni, podczas którego nie dało się robić nic innego poza gapieniem się w ziemię, liczenia kroków i bolących części ciała. Całe te podejście zlało mi się w jeden obraz wyrytej w ziemi ścieżki pełnej zdradliwych korzeni i ruchomych kamieni. I jedna myśl kołatała mi się w głowie: na ch%$@ mi to?!

To było absurdalne doświadczenie. Później, rozmawiając na campingu z finiszerami ze wcześniejszych lat i mówili to samo: wejście na Paprotną pamięta się do końca życia, a niektórym jeszcze się śni po nocach.

Zaczęły mi się mylić momenty brania żeli i tabletek (czy to było 30 czy 10 minut temu?). Jeśli wezmę za szybko to spalę mój zapas i nie zostanie mi nic na końcówkę, ale jeśli wezmę za późno to mnie odetnie energetycznie. Do tego skończył mi się pierwszy flask wody, a przed nami jeszcze minimum 12 kilometrów.

Przystanąłem na chwilę, aby zobaczyć, ile już za mną, ale zegarek był nieubłagany – nie byłem nawet w połowie drogi na szczyt. Zagryzłem zęby i ślamazarnie krok za krokiem szedłem w górę. Na tym jednym podejściu miałem ze 3 kryzysy egzystencjalne – ból poszczególnych części ciała zniknął, ale pojawiło się coś innego, takie ogólne zmęczenie i spadek energii. Wtedy odpaliłem kolejny trik: spuściłem na moje stopy i wybijałem nimi rytm do przodu. Kroczek po kroczku. Nie ważne ile jest do przejścia, ważne że idę.

Widoki z Paprotnej

Gdy wreszcie weszliśmy na sam szczyt Romek miał dla mnie dobrą i złą wiadomość: dobra jest taka, że to już najwyższy szczyt biegu, zła, że jeszcze DWA równe trudne podejścia przed nami. Ale żebym się tym za bardzo nie przejmował to powiedział, że jeśli chcemy się zmieścić w limicie, to nie ma teraz czasu na te rozkminy i trzeba przyśpieszyć.

PO CO JA SOBIE TO ROBIĘ? NA CH*&^ MI TO BYŁO?!

Po wejściu na Paprotną zobaczyłem trochę horyzontu i nastrój mi się poprawił: wreszcie zobaczyłem jak dużo już dzisiaj za nami. „Teraz już tylko z górki” – tak się oszukiwałem. Przed nami kilka kilometrów biegania szczytami patrząc na Bieszczady po sam horyzont. To był mój ulubiony kawałek, tak lubię biegać i nawet zmęczenie mi tutaj nie przeszkadzało.

Po prawej Słowacja

Zmieniłem tarcze zegarka tak, aby mi pokazywała ile do końca Rzeźnika: jeszcze niecałe 30 kilometrów i 4 godziny do limitu czasu. Byłem względnie spokojny, że zdążymy, ale widziałem, że Romek nerwowo liczy. On coś wiedział, ale bałem się pytać co.

Po 50 kilometrach biegania mój mózg przyzwyczaił się do zmęczonego człowieka, ale pojawiło się coś nowego: przetarcia skóry. Choć biegałem w wielokrotnie przetestowanych ubraniach to jednak po takim dystansie byle szew czy nitka potafi podrażnić skórę jeśli ociera się o ciało kilka tysięcy razy.

Raz po raz wbiegaliśmy w las a później na otwarte zbocza. Wszystkie one wydawały mi się takie same i zaczynałem mieć poczucie, że wariuję. Pytałem nawet Romka czy my nie biegamy w kółko?

Po drodzę minęliśmy skulonego w krzakach zawodnika, któremu organizm nie wytrzymał. Jego partner przykrył go folią NRC, na wszelki wypadek wziął też drugą od nas. Na szczęście GOPR już wiedział i wysłali pomoc. Liczyliśmy tylko na to, że to nie był ten studenciak z Poznania, szkoda by było. Po biegu podliczyłem, że 36 par na 253 startujących zostało wyeliminowanych przez kontuzje lub zejście z trasy (ponad 14%).

Po kilku mniejszych górkach i dołkach docieramy znów do Okrąglika. Zamknęliśmy wielką pętlę, co oznacza, że przed nami zbieg do Roztoki i punkt regeneracyjny (wreszcie!).

Wyliczanki: Roztoki -> Liszna (79km)

Punkt w Roztokach był malutki, ale mieli wszystko czego potrzebowałem. Uzupełniłem flaski, zgarnąłem kilka kwaśnych żelków i bananów. Chciałem się napić wody na zapas, ale miałem tak wysuszone gardło, że nie prawie nic przełknąć.

Romek mnie mocno pośpieszał mówiąc, że teraz to już absolutnie nie ma siadania, bo nie będę miał siły wstać. W tym momencie to już nie miałem nawet ochoty dyskutować i robiłem co mi mówił.

Ruszyliśmy chodem, który zamienił się w powolny bieg. Warun był sprzyjający – asfalcik, delikatnie pochylony teren, spokojny wiaterek. Przebiegamy kawałek przez malutką miejscowość oraz strumyk i przed nami pojawiła się kolejna dzida: podbieg pod Rosochą – prawie 400 metrów różny poziomów na dystansie 2km. Aby odwrócić uwagę zaczęliśmy wyliczać sobie po kolei jaki górki mamy już za sobą. Po niespełna 14 godzinach ciągłego wysiłku, a wcześniej 2 godzinach spania autentycznie zapominałem co działo się minuty wcześniej.

Dawałem sobie przyzwolenie na stawanie tylko po to, aby wrzucić kolejny żel i sól. Czując coraz większe zmęczenie postaniłem zwiększyć dwukrotnie dawkę tabsów z solą, bo najgorsze co mogłoby mi się teraz przytrafić to skurcz na końcówce biegu.

Rosocha weszła sprawnie, chwilę później także padła pod naszymi stopami Hyrlata. A to oznacza, że teraz przedostatni hardkorowy zbieg do Lisznej, a potem ostatnie nemesis.

No stromo: Liszna -> Cisna (87km)

Wpadliśmy do punktu w Lisznej mając godzinę i 45 minut zapasu do limitu czasowego. Uważałem, że to porządny czas biorąc pod uwagę, że do końca całego dystansu mamy raptem 5 kilometrów, czyli tyle co nic. Oh, jak bardzo się myliłem.

Uzupełniłem jednego flaska i złapałem w rękę kilka kawałków arbuza. Większość mi jednak wypadła, bo od jakiegoś czasu traciłem czucie w palcach u rąk .

Przekroczyliśmy w biegu strumyk i ruszyliśmy na ostatnią dzidę czyli ponowne forsowanie Rożków, ale inną trasą. Szło nam sprawnie, ale w pewnym momencie zobaczyliśmy wracających z góry biegaczy. Czy to możliwe, że znowu się pomyliliśmy?! Słyszałem dziewczyny z pary obok, które zaklinały rzeczywistość mówiąc, że Rożki to zawsze była k%#@ je@#% i ona tak z nami pogrywa.

Ale niestety, okazało się, że wchodzimy na inną górę niż powinniśmy. Straciliśmy kilkanaście minut, ale spojrzałem na zegarek – była 19:00, więc mieliśmy jeszcze równo godzinę, aby wrócić na trasę, wejść na Rożki i z nich zbiec z metę. Była jeszcze szansa!

Pierwsze poranne wejście na Rożki to było pierwsza weryfikacja mojej kondycji. Ta góra mnie wyjaśniła i pokazała miejsce w szeregu. Teraz muszę na nią wejść jeszcze raz, na wyczerpanych bateriach, ale za to z konkretną determinacją. Zostało nam tylko 4 kilometry do końca! Z tego 1 kilometr w góre, a później 3 kilometry zbiegu. To się ciągle może udać!

Minąłem po drodze kilkanaście osób dzielących się na dwie grupy: jedni mówili, że to niemożliwe, aby się jeszcze wyrobić; drudzy, że się zastanowią jak już będą na szczycie Rożków. Ja nie miałem już miejsca w głowie na te rozkminy, cel był jeden.

Weszliśmy na szczyt mając na zegarkach 35 minut do limitu. Romek rzucił się do biegu w dół krzycząc że teraz ciśniemy na maksa! Nie dałem sobie nawet chwili na złapanie oddechu i poleciałem za nim wymijając kolejne zrezygnowane pary biegaczy. TO SIĘ K%$%^ MUSI UDAĆ!

Ten zbieg to jedna z najbardziej epickich rzeczy jakie zrobiłem w życiu. 3 kilometry przy 370m różnicy poziomów pokonane w 20 minut oznaczało, że praktycznie spadałem z tego stoku zamiast zbiegać. Tętno skoczyło mi do 196. Puściły mi tutaj wszystkie hamulce i dałem grawitacji pracować na moją korzyść, jedynie pomagałem sobie kijkami, licząc na to, że będą mnie przyhamowywać przy bardziej stromych odcinkach.

Wybiegliśmy z lasu na asflatową drogę, w tle było już słychać wiwatującą publikę. Mijamy kolejne pary, które sobie spokojnie idą do mety. Ale ja już nie chce zwalniać – teraz jestem rozpędzony i z buzującą adrenaliną chce to dokończyć w stylu.

Wpadamy na ostatni leśny odcinek, w którym ścieżka wygląda jak koryto strumyka. Z niego wypadamy na pole namiotowe, gdzie wszyscy stoją wdłóż trasy, klaszczą i gratulują. Mamy jeszcze 500 metrów. Przebiegamy przez mały most, zawijamy ostatni zakręt i wbiegamy na linię mety na pełnym speedzie.

Na finiszu

Odbieram medal, robie niedźwiedzia z Romkiem i mówię, że ja się chyba muszę położyć. Robię kilka kroków i padam na trawę. Leżę tak kilka minut i oczy mi napływają łzami. TO PO TO BYŁO TO WSZYSTKO.

16 godzin 50 minut i 19 sekund – to oficjalny czas. Dziesięć minut przed limitem!

Kilka chwil później próbuję powoli wstać, ale łapią mnie skurcze w łydkach więc sobie jeszcze chwilę tak leżę, próbując ogarnąć, co się właśnie stało. 87.3km, 4543m pod górkę, 9018 kcal spalonych. Absurd.

Ps. Okazało się, że koszulkę Rzeźnika można sobie kupić w sklepiku – bez konieczności robienia biegu.

PPs. Wielkie dzięki Romku za to, że zechciałeś być moim supportem. Jesteś kocurem! Autentycznie nie udało by się to bez Ciebie. Trzymam kciuki za Chamonix!

Poradnik poczatkujacego backyardowca

Backyard Ultra to względnie mało znana, ale bardzo fajna formuła biegów „elastycznych” dystansowo. To miejsce, w którym mogą spotkać się amatorzy debiutanci, którym godzina lub dwie wystarczy, ale także absolutne przecinaki, biegnący bez końca. Ja sam na ideę trafiłem na początku 2024 roku, od razu zakochałem się w niej i zadebiutowałem kilka miesięcy później.

Po kolejnym starcie w BYU pomyślałem, że fajnie byłoby zebrać moje doświadczenia i porady od bardziej doświadczonych backyardowo koleżanek i kolegów w jedno miejsce, aby ułatwić wejście w te fantastyczne wydarzenia nowym osobom.

Czym jest BYU?

Backyard to przede wszystkim bieg w pętli. Każda pętla ma 6.7 km, a zawodnicy mają godzinę, żeby ją przebiec. Każda pełna godzina oznacza start kolejnej pętli. Wygrywa ten, kto wytrwa najdłużej i przebiegnie najwięcej pętli.

Backyardy zapoczątkował Lazarus Lake w USA, któremu zależało na przebiegnięniu 100 mil w 24 godziny i najłatwiej było mu to zrobić na własnym podwórku. Stąd właśnie (w dużym skrócie oczywiście) nazwa i dystans jednej pętli (6.7km*24h = 161km = 100 mil). Na oficjalnej stronie Backyard Ultra można o tym więcej poczytać.

Biegi potrafią trwać od doby do całego weekendu w zależności od zawziętości zawodników i warunków pogodowych. Ze względu na to, że start i meta są w tym samym miejscu i wszyscy widzą się co godzinę, to jest sporo czasu na poznanie innych ekip i zbudowanie fajnych relacji.

Logistyka Backyarda

Backyardy zazwyczaj zaczynają się w piątek (najczęściej w południe) tak, aby zawodnicy mogli się zjechać z całego kraju. Ja natomiast osobiście preferuje przyjazd wieczorem dzień wcześniej, aby się wyspać i zjeść na spokojnie śniadanie (tradycyjnie jajecznica:).

Organizatorzy kilka dni przed wydarzeniem publikują orientacyjny plan przestrzenny (najczęściej na Facebooku wydarzenia). Tutaj przykładowy plan z Sowi Backyard Ultra:

Mapka dla uczestników Sowi Backyard Ultra 2024

Każdy Backyard ma kilka charakterystycznych elementów. Przede wszystkim jest to Koral, czyli miejsce startu i finiszu pętli. To tutaj na gwizdek i dzwonek stawiają się startujący. Koral jest „święty” – nie można go zastawiać, tarasować ani ograniczać widoczności w żaden sposób. Na koralu zazwyczaj stoi namiot z sędziami spisującymi wyniki zawodników z dużego cyfrowego zegara takiego jak ten:

Mój rekord w sezonie 2024: 15 pętli więc 100.5km

Obok Korala jest strefa regeneracji, gdzie organizatorzy serwują owoce, przekąski a po paru pętlach także ciepłe posiłki. Często jest też ognisko, grill, lodówka, herbata i kawa. Oraz dodatkowe atrakcje jak prysznic, sauna czy ruska bania (ale to już dla supportu i tych, którzy skończyli bieganie).

Po drugiej stronie jest parking dla uczestników. Tutaj też jest ważna zasada, aby obserwować gdzie są ciągi komunikacyjne i nie zastawiać drogi innym. Zawodnicy najczęściej po skończonej pętli wracają do samochodów i namiotów, gdzie mają rozstawione swoje małe bazy. Po tych kilkunastu czy kilkudziesięciu pętlach każda oszczędność energii jest istotna. Dobrym zwyczajem jest też zostawianie miejsc najbliżej korala dla najbardziej doświadczonych zawodników, którzy mogą wykręcić najlepsze wyniki.

Zazwyczaj 30 minut przed startem biegu jest odprawa opisująca trasę, jej charakterystyczne elementy i oznaczenia, warunki pogodowe, zasady organizacji imprezy i inne przydatne dla biegaczy i supportu sprawy.

Jeśli skończysz swój bieg już po kilku pętlach to nie znaczy, że musisz uciekać z imprezy. Wręcz przeciwnie! Warto zostać dłużej, przenocować kolejny dzień, podopingować pozostałych i poznać społeczność w miasteczku namiotowym. To super ludzie!

Co zabrać ze sobą

To oczywiście zależy od pogody i przewidywanego dystanu, ale żelazne minimum na mojej liście:

  • dobre i sprawdzone ubranie biegowe na wszystkie możliwe warunki pogodowe (musicie pamiętać, że w ciągu dnia i nocy zmienia się pogoda, temperatura i wilgotność), zmiana ubrania na świeże potrafi też mocno podnieść motywację,
  • dużo sprawdzonych par skarpetek biegowych (rotacja skarpetek pięciopalczastych i standardowych to było moje największe odkrycie na drugim starcie w BYU),
  • Okulary, czapki, buffki – w rotacji w zależności od pogody,
  • przetestowane kremy i żele na otarcia. U mnie sprawdza się Sudokrem na sutki, pachy, pachwiny i Second Skin na stopy,
  • Jedzenie, które wiemy, że niepodrażnia żołądka – zarówno na czas przed startem jak i posilanie się na przerwach (więcej o tym za chwilę)
  • Leki i plastry. Różnie może być – lepiej mieć więcej i nie skorzystać niż pluć sobie później w brodę,
  • Elektrolity, żele energetyczne i suplementy. Mi najlepiej przypasowało kombo Orsalit (ten, kto miał rotawirusa, to wie co to :), żele i tabletki z solą z Decathlonu (pierwsze dają energię, drugie zmniejszają szansę skurczy mięśni)
  • Nosidełka na bieg. Widziałem różne warianty – bez niczego, z butelką w ręku, z pasem biegowym, kamizelką i nawet plecakiem. Mi najbardziej przypasował pas z soft flaskiem i miejscem na dwa żele,
  • Oczywiście buty. Ja mam zawsze dwie pary, ale w praktyce jeszcze nie czułem nigdy potrzeby ich zmiany. Ale przezorny ubezpieczony.
  • Coś do masażu. Mi najlepiej sprawdza się pistolet, ale może być także piłka golfowa lub roller.
  • Czołówka, zapasowa czołówka i druga zapasowa czołówka. Oraz zapasowe baterie do wszystkich. Mój Sowi Backyard zakończył się dla mnie mentalnie gdy podczas biegu wyładowała się czołówka. W Radomsku biegałem z dwiema.
  • Fotele i maty – najważniejszy na przerwie jest odpoczynek mięśni nóg zawodnika. Dlatego warto mieć swój rozkładany fotel i/lub matę (taka do jogi jest ok),
  • Miejsce do spania – Backyard może trwać od jednej godziny do… nieskończoności (obecny rekord Polski do 103 pętle Bartka Fudaliego). A to oznacza, że potrzebne jest miejsce do spania. Są trzy warianty nocowania: samochód osobowy + namiot; campervan (nasz wybór) lub pełny camper na kilka osób. Więcej o tym temacie przy organizacji BYU.
Sprzęty zabrane na Backyard Ultra Radomsko

Jak zapewne widzicie często tutaj użyłem słów o sprawdzonych i przetestowanych rzeczach. To bardzo ważna zasada: na biegach startowych nie testujemy nowych technik i sprzętów. Szczególnie na długich dystansach byle szew w niesprawdzonej koszulce może zrujnować całe wydarzenie.

Pętla za pętlą

Godzina na pokonanie 6.7 km to bardzo dużo czasu, średnie tempo to niecałe 9min na kilometr, a więc praktycznie szybki spacer. Należy jednak pamiętać, że takie tempo oznaczałoby wejście na linię mety dokładnie w momencie kolejnego dzwonka, a wiec zero czasu na regenerację.

Dlatego większość startujących preferuje przybiegać tak, aby dać sobie trochę czasu na odpoczynek przed kolejną pętlą (tutaj przykładowe czasy pętli z BYU Radomsko). Aby przybiec z zapasem 20 minut trzeba mieć średnie tempo 5 min 58 sek /km, zapas 15 minut to tempo 6min 43 sek /km, a 10 minut to tempo 7min 28sek /km. Natomiast trzeba pamiętać, że wysiłek jaki będzie potrzebny, aby takie tempo utrzymać, zmienia się w zależności od liczby już przebiegniętych kilometrów, pogody i pory dnia.

Z moich rozmów i obserwacji wynika, że większość biegaczy przez pierwsze 2-3 pętle testuje trasę i sprawdza, gdzie są dobre odcinki do biegania, a gdzie lepiej zwolnić i przejść się kawałek. Zazwyczaj planują wtedy przez 1000m biec, a później 500 metrów szybko maszerować. Maszerowanie pojawia się najczęściej na trudniejszych odcinkach z piachem, korzeniami i podbiegami.

Startującym zależy przede wszystkim na kontrolowaniu wysiłku i jak najdłuższym trzymaniu serca w 1 i 2 strefie, aby zminimalizować zakwaszanie mięśni, które muszą się przydać na kolejne godziny, a czasem dni ciągłego biegania.

Pierwsze pętle służą też zaznajomieniu się z trasą i jej charakterystycznymi elementami. Trasa jest oczywiście oznaczona, ale najczęściej są to fragmenty zwisającej taśmy i nasprejowane na podłożu strzałki – te elementy całkiem łatwo przegapić w nocy i na dużym zmęczeniu. Dlatego wszyscy sobie mentalnie budują własną „mapę” trasy, którą po kilku pętlach jest mocno wryta w głowę i nogi. I ja na przykład po 7 pętli w Radomsku wiedziałem, że zakręt z kapliczką oznacza, że zostało mi 2.5km do bazy i że jeśli pętlę zaczął 32 minuty temu to znaczy, że będę miał około 10 minut przerwy do kolejnego dzwonka.

Zanim zabije kolejny dzwon

Po wbiegnięciu w koral (miejsce startu i finiszu każdej pętli) zaczyna się najbardziej krytyczny moment BYU, a więc regeneracja. To kilka(naście) minut, w których zawodnik musi wykonać dużo akcji i jednocześnie wypocząć na tyle, aby móc biec dalej. W tym miejscu nieoceniony staje się support, a więc jedna lub kilka osób, które trzymają blisko wszystko czego potrzebuje biegacz.

Z jednej strony support robi to czego chce zawodnik, ale z drugiej też proaktywnie rozwiązuje problemy, których on może nie zauważyć. Moja nieoceniona żona Paulina podczas BYU w Radomsku po zakończeniu 4 pętli zamiast na jedzenie zaprowadziła mnie pod prysznic, bo ja w sumie zapomniałem, że już cztery godziny biegnę w 32 stopniowym upale.

Niemniej podczas standardowej przerwy (która w moim przypadku trwała około 10 minut) działo się to:

  • Siadałem na rozkładanym fotelu,
  • Zjadałem dwie ćwiartki pomidora i dwie ćwiartki pomarańczy, czasami pół banana lub częśc arbuza,
  • Piłem kubek elektrolitów,
  • Połykałem dodatkowo tabletkę z solą,
  • Po jedzeniu i piciu kładłem się na macie, zdejmowałem buty i skarpetki
  • Jeśli był czas to pasowałem nogi pistoletem,
  • W tym czasie Paulina uzupełniała mi miękki bidon o wodę i pas o dwa żele energetyczne

Czasami przerwy się modyfikowały, bo prosiłem o inne rzeczy jak na przykład zmianę skarpetek, moczenie w zimnej wodzie czy żel na otarcia. Większość z tych rzeczy były już gotowe przed moim przybiegnięciem, co oszczędzało mnóstwo czasu.

Tutaj uwaga co do supportu. Wybierając osobę/osoby, które będą Was wspierać w tym wydarzeniu pamietajcie, że dla nich to też kawał ciężkiej pracy. Kiedy Ty biegniesz one szykują się na ten krótki moment przed kolejną pętlą. Te osoby muszą Was dobrze znać, wiedzieć czego potrzebujesz lepiej niż Ty (bo Ty będziesz w innym świecie). Do tego to nie mogą być osoby, które łatwo się urażają. Po kilku(nastu) godzinach biegania mózg potrafi płatać figle. Nasza komunikacja z moją supportującą żoną wyglądała tak, że mówiłem „daj mi wodę tu” bo zapomniałem jak wymawia się słowo bidon i nie mieliśmy czasu na partnerskie uprzejmości. Ale Paulina wiedziała, że tutaj chodzi o efektywność.

Trzy minuty przed startem kolejnej pętli wybrzmiewa trzykrotny gwizdek (wszyscy go przeklinają…), dwie minuty przed startem kolejne dwa gwizdki i na minutę przed startem pojedyńczy gwizd. Zawodnicy kończą regenerację i wracają do korala startowego. Bije dzwon i zaczyna się kolejna pętla.

Support nas ratuje w przerwie

Chcesz spróbować?

No to git! Zacznij od sprawdzenia, gdzie jest twój najbliższy Backyard na stronie Stowarzyszenia Polskie Ultra i ich fejsie oraz Backyard Ultra Polska. Warto też polubić strony dotychczasowych Backyardów, bo każda z tych imprez lubi informować także o nowych wydarzeniach u siebie i w reszcie Polski.

Ale pamiętajcie słowa Lazarusa: „it is easy… until it is not

Jeśli masz jakieś dokładniejsze pytania do zapraszam do komentarzy! Spróbuję pomóc lub przekierować do odpowiedniego miejsca:)