2025

2025 się kończy. To 40 rok mojego życia i właśnie zdałem sobie sprawę, że 12 z nich już tutaj podsumowałem (2024, 20232022202120202019201820172016201520142013). To pewnie jedna z moich najdłuższej utrzymywanych tradycji.

Bieganie

Co za sezon biegowy! 2024 był mocny, ale w tym roku, w prezencie dla siebie samego, postawiłem poprzeczkę jeszcze wyżej. Cały mój sportowy rok był podporządkowany dwóm celom: przebiegnięciu w limicie Biegu Rzeźnika oraz zrobienia 20 pętli na Backyardzie. Reszta startów były po to, aby przygotować organizm do tego wysiłku.

Choć biegałem także w pierwszym kwartale (trzy Runmageddony w jeden zimowy weekend!) to mój sezon zaczął się w kwietniu startem w Ultra Szelest Kampinos 50k. Udało mi się przebiec 50 km poniżej 6 godzin, co, choć na płaskim terenie, było dobrym prognostykiem na Rzeźnika miesiąc później.

O samym Rzeźniku pisałem już wcześniej, więc nie będę się powtarzał. Natomiast to co zadziało się później mocno nadszarpnęło moimi ambicjami. Po tygodniowej regeneracji wróciłem do biegania i po kilku razach coś mi się zepsuło w lewej nodze – nadwyrężony mięsień strzałkowy. Przestraszyłem się tego równie mocno co bolących kolan w 2024 roku. Tym bardziej, że 2 tygodnie później miałem Backyard w Jabłonnie, z którym wiązałem ogromne nadzieje.

…Ale wszystko mi tam nie pasowało. Było poważnie i regulaminowo (to pierwszy i oryginalny polski Backyard Ultra), trasa męcząca, z wieloma zwężeniami. Było gorąco i duszno. Po 3 godzinach odezwał się mi się znów mięsień strzałkowy. Udało mi się z tym bólem przebiec jeszcze 60km, ale Paulina widząc mój stan kazała mi zejść z trasy po 12 pętlach czyli 80km. Byłem wyczerpany i rozżalony. Bałem się, że moje ukochane bieganie zostanie mi odebrane. Bałem się, że nie uda mi się już robić długich dystansów…

Po 7 godzinach wyglądałem już tak. Po 12 godzinach moja żona zdjęła mnie z trasy

Aby odczarować sobie ten dołek, trochę na rympał ale po dłuuugiej regeneracji, wystartowałem w Nocnym Półmaratonie Praskim we wrześniu. To zupełnie nie mój typ biegu – na szybkość, w piątej strefie, ciągle po asfalcie… ale z drugiej strony miałem poczucie, że mogę pobić mój ostatni wynik z 2024 roku (1:59:59) i jednocześnie zweryfikować kondycje i stan mięśni przed głównym startem tydzień później. I udało się! Po raz pierwszy miałem negative splity (czyli każdy odcinek biegłem szybciej niż poprzedni), idealnie rozłożyłem siły i tempo i skończyłem w równo 1:45:00, a co ważniejsze – bez kontuzji. Odżyłem!

12 września, z czystą głową i dużą nadzieją podszedłem do drugiego w tym roku Backyarda. Tym razem w Rospudzie, w której jeszcze nie startowałem. Tutaj z kolei wszystko układało się idealnie. Pogoda był sprzyjająca, wilgotność znośna, temperatura doskonała do biegania, nawet po zmroku. Miałem długą listę nauczek i wprowadzonych poprawek po ostatnim starcie, każda z nich dawała mi jakiś mały dodatkowy kawałek pewności, że tym razem się uda.

Bieg zaczął się o 10:00, wspólnie z moim bratem Mateuszem zrobiliśmy kilka wspólnych pętli, później założyłem słuchawki, uruchomiłem wcześniej przygotowaną playlistę i wpadłem w trans, przerywany jedynie wyliczeniem, że właśnie przebiłem Sowi Backyard (10 pętli, 67km), Jabłonną (12 pętli, 80km) i Radomsko (15 pętli, 100km). Finalnie, o wschodzie słońca, po 20 pętli (135km) powiedziałem stop. Choć organizator namawiał mnie na więcej, to wiedziałem, że to koniec – przyjechałem po 20 pętli i wychodzę z 20 pętlami. Zgodnie z planem, z osiągniętym celem. Tak, jak jak lubię.

Ja i mój nieoceniony support. Dzięki Paulina i Mati!

W październiku z ciekawości wystartowałem w imprezie biegowej, która była moją pierwszą w historii – Biegnij Warszawo. Pamiętam, że na studiach, 15 lat temu, bez przygotowania kręciłem się w okolicach 55-60 minut na 10k. Teraz sobie założyłem zejście choć odrobinę poniżej 50 minut. Tymczasem udało się 47min 37sek! Coś „szybkościowego” się we mnie odblokowało, bo tydzień później zaliczyłem po raz pierwszy przebiegnięcie kilometra poniżej 4minut.

W tym roku zrozumiałem wreszcie co to jest „zmeczenie przeciążeniowe”. W 2024 potrafiłem lecieć na Runmageddon tydzień po maratonie, ale teraz, gdy biegam szybciej i potrafię wycisnąć z organizmu więcej to i regeneracja musi być dłuższa. Jakiś mój sufit biologiczny wreszcie osiągnąłem, ale jego świadomość pozwala lepiej planować to, co będzie dalej. A plany na 2026 pod względem biegania mam takie, że sam się ich boję.

W tym roku ludzie się mnie pytali, po co ja to robie, że to poje$%#; albo czy wiem, że „nie muszę”. Mam też świadomość, że dla wielu jest to takie głupie sado-maso podniecanie się własnym bólem i zmęczeniem. Mój cel tutaj jest inny, ciężko mi jednak było do tej pory ubrać to zgrabnie w słowa.

Ale chyba znalazłem odpowiedź: bieganie jest dla mnie prawdziwe. Ten wysiłek jest szczery w tym, że nie jest nikomu potrzebny, robię to, bo rozpala moją iskrę, porusza duszę i powoduje, że serce mi szybciej bije. Jest też prawdziwy w tym sensie, że obdziera z pretensji, oczekiwań i strachów. W pewnym momencie jest w tym coś więcej niż tylko endorfiny i adrenalina, pojawia się transcendencja czasu i miejsca oraz rozdzielenie myśli od „ja”. A to fantastyczne uczucie, do którego chce się wracać.

Rok kończę z prawie 2000 kilometrami treningu z czego trochę ponad 1500 było biegowe (to o 250k więcej niż w ostatnim roku!). Ale inna statystyka mnie bardziej zachwyca: 100 tygodni treningu bez przerwy mam za pasem!

Nasze nowe miejsce

Salon z dużym drewnianym rozkładanym stołem i naszą (jeszcze niepełną) biblioteką

Po wielu przebojach i stresach udało nam się znaleźć dla siebie nowe miejsce. Przeprowadzka była super trudna, bo wymyśliłem sobie, że skoro mam pakowny samochód to wszystko sami weźmiemy, zrobie kilka kursów i będzie po sprawie. Oh, jak się myliłem.

Z naszej listy must-have to mieszkanie spełniało mniej niż połowę, ale to co miało to przede wszystkim większą powierzchnię i bardzo dobrą cenę jak na Warszawę. Było też (względnie) blisko ważnych dla nas ludzi i miejsc oraz rezerwat przyrody doskonale nadający do biegania. Zyskaliśmy też coś, czego żadna kwota pieniędzy nie daje: wspólnotę fajnych ludzi dookoła.

Zamiast zrobić duży remont zdecydowaliśmy się tylko odmalować ściany i zmodyfikować układ jednego pokoju. No i chyba po raz pierwszy w historii ludzkości remont zakończył się szybciej niż plan zakładał. Choć to dopiero pierwszy etap remontu – kolejny może nam się uda zrobić w 2026 (trzymajcie kciuki!).

Podróże małe i duże

Rok zaczęliśmy od tradycyjnego wypadu na narty z rodziną. Nasze dzieciaki już zasuwają jak szalone, ciągle jednak nie mogę zrozumieć czy to dzięki ich plastyczności czy braku wyobraźni.

Dzięki znajomym (dzięki Gosia i Tomek!) mieliśmy okazję spędzić kilka dni bez dzieci w północno- zachodnich Włoszech. Dla mnie to było dodatkowo istotne bo pozwoliło potrenować do zbliżającego się biegu Rzeźnika. Ciekawie to wyszło: aby przygotować się do Bieszczad trenowałem w Alpach :)

Na początku sierpnia spakowaliśmy naszego campervana i ruszyliśmy w podróż z dzieciakami na południe Europy: zaczęliśmy od Cieszyna śladem Kociej Szajki, następnie Czechy, Austria i przystanek w Słowenii, gdzie spotkaliśmy się ze naszymi przyjaciółmi na campingu. Po kilku dniach zwiedzania ruszyliśmy do Triestu (co za zmiksowane miasto!), następnie cudowny węgierski Balaton, Budapeszt (poprzedzony najgorszym atakiem komarów w moim życiu), a później Bańska Bystrzyca na Słowacji, gdzie byłem na wymianie studenckiej lata temu. A stąd przedarcie się przez Tatry i powrót do Polski.

Nad Balatonem

W tym roku mieliśmy mniej wspólnych wypadów niż zazwyczaj – kilka powodów się na to złożyło, głównie moje imprezy biegowe (które wysyciły dni urlopowe) oraz przeprowadzka i urządzanie się w nowym mieszkaniu.

Pieniądze

W tym roku duża część naszych oszczędności poszło na zakup i urządzanie mieszkania (przy ogromny wsparciu bliższej i dalszej rodziny). Mało więc inwestowałem – zamiast tego maksowałem wkład własny i ograniczałem inne koszty tak, aby zachować bezpieczną psychologicznie płynność.

Kiedy jednak poczułem jakąś choć delikatną odwilż to przede wszystkim nadpłacałem kredyt a dopiero później wkładałem na IKE. Coś jednak nam giełdę skapnęło i korzystając z tych dodatkowych środków po raz pierwszy od lat postanowiłem otworzyć się na nowy papier i do mojego ETFSP500 dołączył fundusz największych azjatyckich spółek aby zrównoważyć ekspozycję na Stany. Ale to taki eksperyment.

Tymczasem przykładając moja standardową miarkę (ile bym miał z 10 tys dolarów które zainwestowałem X czasu temu) odpowiedź brzmi 22,671 dolarów – po 7.5 roku. To w sumie niewielki wzrost (raptem 5.6%) względem fenomenalnego 2024 gdzie miałem 36%. W jednym i w drugim przypadku praktycznie nic aktywnie nie robiłem więc i z jednego i drugie jestem równie zadowolony ¯\_(ツ)_/¯

Tymczasem giełdą bujało jak podczas sztormu. Ogromne wzrosty z drugiej połowy 2024 praktycznie wyparowały w maju 2025. Ja na szczęście w ogóle tego nie zauważyłem, chyba byłem zbyt pochłonięty Rzeźnikiem :) W czerwcu natomiast rozpoczęło się odrabianie strat trwające nieprzerwanie do teraz. Co w sumie też mnie zaskoczyło, bo sprawdzam teraz giełdę jakoś raz na 6-8 tygodni. Widzę, że takie podejście mi służy, zamierza je kontynuować :)

Aktywności intelektualne

W tym roku, po raz pierwszy po Covidzie, wróciłem do publicznego udzielania się – przede wszystkim jako prelegent na konferencjach (jak Product Pro Summit czy Waysconf), ale także w nowych testowych formach jak autorskie szkolenia online Product Clarity czy mój własny Substack.

To były fajne eksperymenty, ale najwięcej satysfakcji dała mi stara dobra dekompozycja – po raz pierwszy napisana o firmach, w których nie pracowałem pt. Allegro vs. InPost: analiza współpracy i rywalizacji. Ten artykuł okazał się hitem. W zaledwie pół miesiąca ten tekst stał się najpopularniejszym w historii mojego bloga, a sam wpis na Linkedin anansujący jego publikacje zebrał prawie 450 lajeczków (czy jak to się tam nazywa) i 90 tys. zasięgu.

WaysConf 2025, ostatnia z dużych konferencji produktowych odhaczona

Jednocześnie straciłem motywację do pisania książki. „Produkt Nieskończony” dalej jest na mojej liście rzeczy do zrobienia, ale za każdym razem jak się za nią biorę to widzę problem, jakąś lukę i brak idei spajającej poszczególne wątki. Postanowiłem więc zrobić krok do tyłu, zebrać nowe doświadczenia, zregenerować się jak po długim biegu i wrócić do niej bez zmuszania się. W ten sposób powstają moje najlepsze teksty – gdy motywacja pojawia się ze środka a nie z zewnętrznej potrzeby. Niech ta książka sama zdecyduje kiedy chce się pojawić na świecie.

Książki

To druga rzecz (obok mniejszej liczby podróży), której żałuję – znów mam mniej przeczytanych książek niż rok wcześniej. I, znów, jest to wina głównie biegania, które pochłania znaczną cześć mojego wolnego czasu. W tym roku jednak zauważyłem też coś innego: przestałem kończyć książki a zamiast tego biorę fragmenty, które są dla mnie ważne. Straciłem potrzebę „domykania” tych doświadczeń wraz z ostatnią stroną

Czasami wracam do książek już przeczytanych tak jak to było w tym roku z Gogginsem (po raz drugi przesłuchałem „Can’t Hurt Me” i „Never Finished”) czy moją ulubioną SF „Childhood’s End” Arthura C. Clarke’a. Czasami czytam książkę fragmentami, aby jej treść się we mnie zamarynowała, jak to było z „Wystarczająco dobrym życiem” Ryszarda Kulika czy „A Life of Meaning” i „Under Saturn’s Shadow” Jamesa Hollisa.

Szczególnie książki Hollisa do mnie przemówiły w tym roku. I naczelna zasada autora w jego praktyce terapeutycznej: praca nad zrozumieniem siebie nie jest egoizmem – wręcz przeciwnie. Dopiero gdy się rozumie własne motywy i potrzeby, przestanie się je tłumić to można żyć w zgodzie ze sobą i w efekcie nie przerzucać swoich frustracji na ludzi dookoła siebie.

Dużo w tym roku było książek samoeksploracyjnych, zadających pytania i dających wskazówki na to, gdzie szukać odpowiedzi. A te pytania i odpowiedzi są bezpośrednio związane z moim wiekiem.

40 latek

W tym roku skończyłem 40 lat i to dla mnie duże zaskoczenie. Pamiętam jak mój tata miał tyle lat i miałem bardzo wyraźne przykonanie, że to niemożliwe, abym tylu dożył – po prostu nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. I jakoś ciągle nie mogę. Mam poczucie, że moja zewnętrzna powłoka faktycznie ma tyle lat, ale ja w środku ciągle nie wiem jak działa świat i zaskakuje mnie to jak nastolatka. Ale mówię sobie że to dobrze, bo jakaś moja cząstka jest ciągle młoda, ciekawa i zadziwiona.

Jak czytam moje podsumowania kilku ostatnich lat to widzę jak to się układa w proces zmiany, jakiegoś dojrzewania do nowego etapu życiowego. Widzę to po sobie w tym, że coś mi w głowie „odpuściło”, jakieś napięcie się zmniejsza dając przestrzeń na nowe.

Czuję, że mniej już muszę musieć, a to daje wolność do robienia tego, co chcę chcieć.

Dotarło do mnie też, że po części to co nowe to jest to, co we mnie jest od zawsze, tylko że głęboko to zakopałem bo uznałem, że są ważniejsze, poważniejsze, bardziej dorosłe sprawy. Tematy, które trzeba poświęcić, aby stawać się tym, co otoczenie ode mnie chce, abym się stał. To mi kliknęło w głowie dopiero w tym roku roku, gdy Paulina pokazała mi ten plakat Edyty Draus.

Kiedyś byliśmy kimś. Teraz będziemy sobą. Edyta Draus

To jest jednak połączone z poczuciem zmiany i odchodzenia tego, do czego się przyzwyczaiłem. No cóż – wszystko się zmienia, ale jakoś teraz łatwiej mi to zaakceptować.

Co dalej?

Miałem w tym roku dużo dołków i dużo górek, strachów, smuteczków, radostek i satysfacyjek. Te górki nie byłyby takie przyjemne, gdyby te dołki nie były głębokie i vice versa. Jedno bez drugiego nie jest możliwe. Tak jak kijek, które zawsze ma dwa końce, i choćby nie wiem jak się go łamało, to zawsze dwa końce zostają. Tak działa życie.

No i po raz pierwszy w tej mojej podróży na zewnątrz i do środka dotarło do mnie, że uciekanie przed dołkami jest bez sensu. Myślenie i przygotowywanie się na złe scenariusze – to co zawsze było moją mocną stroną – ma swoje drugie oblicze: zabierało mi przyjemność z życia. Bo robiłem tylko rzeczy na zapas, z buforem, dla bezpieczeństwa, utylitarnie.

Pamiętam, że podczas noworocznego spaceru na początku tego roku dotarło do mnie czego mi brakuje i gdzie mam swoją niezaleczoną ranę – a ten rok miał być rokiem poświęconym powolnemu leczeniu. Czuję, że to się zaczęło, ale nie mam pojęcia kiedy się skończy (czy kiedykolwiek?).

Jednym z tego objawów jest moje zmieniające się myślenie, powracająca nadzieja, że będzie dobrze. A dzięki temu wolność do wybierania ciekawszej ścieżki zamiast tej bezpiecznej. Podczas trailowego biegania to mi zawsze służy, więc dlaczego w życiu miałoby nie?

Kapelusze

Wyobraź sobie, że otwierasz swój telefon i korzystasz z jednej z appek bądź stron, które w jakiś sposób są Ci przydatne. Kupowanie biletów miejskich, jedzenie online, zakupy spożywcze, ubranie, rezerwacja u fryzjera czy w restauracji, oglądanie filmów, słuchanie muzyki, przesyłania pieniędzy, inwestowania… you name it.

Założę się, że miałaś nie jeden raz sytuacje w której łapałaś się za głowę zastanawiając jak to jest k%&*# możliwe, że przepuścili takiego babola: interfejs jest mylący, ścieżka prowadzi Cię do ślepego zaułka, appka się zacina w kluczowym momencie. A może najważniejsza rzecz jest zasłonięta przez popup z reklamą lub proces wymaga mnóstwa kroków, które w sumie wyglądają na niepotrzebne. Gdybyś tylko mogła tam pracować to byś to inaczej ułożyła, co oni myśleli!? Przecież to oczywiste co należy zrobić, żeby było lepiej!

A teraz wyobraź sobie, że faktycznie dostajesz pracę w jednym z tych startupów. I teraz faktycznie masz moc i kredyt zaufania, żeby wszystko zmienić. Co teraz? Zrobisz to?

W momencie przekroczenia symbolicznych progów nowej firmy zmieniamy (także symboliczny) kapelusz: z użytkownika na produktowca. Ta zmiana udowadnia jak niezwykłą siłę ma nasz mózg do dostrajania się do nowych sytuacji i kontekstów.

Bo to nie jest jednorazowe zjawisko. Ta magia dzieje się codziennie: przez całą moją produktową karierę zawsze w pracy byłem pełen respektu dla wszystkich ograniczeń, które powodują, że coś nie działa tak, jak bym chciał. Ale tylko jak skończyło się ostatnie spotkanie w pracy, to frustrowałem się wieczorem dlaczego koszyk mi się kasuje jak chcę zmienić restaurację, nie mogę jednym przyciskiem zamówić taksówki czy zapłacić online za wymianę opon.

A później przychodził ranek, zmieniałem kapelusz i szybko sobie przypomniałem dlaczego „to nie takie proste” – bo legacy, bo zależności, bo konsekwencje biznesowe, których użytkownicy nie są świadomi… A później wieczorem znów zmiana kapelusza i inny zestaw myśli: jakie k%^& konsekwencje biznesowe? Jestem userem, ma być mi łatwo, to jest najważniejsze! Ale przecież (zmiana kapelusza)… i tak w kółko.

Uważam, że to jedna z głównych barier, która nie pozwalają nam rozumieć „drugiej strony”: nie potrafimy mieć jednocześnie dwóch kapeluszy na głowie, nie potrafimy utrzymać dwóch sprzecznych opinii w umyśle w tym samym momencie. 

Produktowcy są jednak w wyjątkowo uprzywilejowanej sytuacji, bo faktycznie mają te dwa kapelusze. Co więcej: mogą je zmieniać na zawołanie. Sam fakt uświadomienia sobie otwiera zupełnie nowe możliwości, ale przede wszystkim świadomość, że to nie jest problem do rozwiązania a paradoks do ciągłego zarządzania.

Łańcuchy zależności

Oto krótka historyjka, oparta po cześci na prawdziwych wydarzeniach, a po części na anegdotce opisanej w książce „Cel I” Eliyahu Goldratta.

Managerowie startupu postawili wspólnie wyjechać na integrację i  wspiąć się na Kasprowy Wierch. Cel mieli prosty: napić się razem herbaty z prądem na samym szczycie. Ścieżka na Kasprowy była wąska, więc musieli iść gęsiego, bez możliwości wyprzedzania. Ustalili, że trzymają się razem i maszerują w tempie 6 km/h, bo na tyle pozwalają górskie warunki.

W idealnym świecie godzinę później powinni mieć za sobą 6 kilometrów. Tak się jednak nie stało. Grupa sie mocno rozciągnęła – gdy pierwsza osoba z grupy dotarła już do schroniska to ostatnia była mocno w tyle. Dlaczego tak się stało mimo dobrych chęci i kondycji całej grupy?

To co stworzyli to łańcuch zależności. Ich zaplanowane tempo 6 km/h nie jest możliwe do osiągnięcia przez całą grupę, nawet gdyby się starali najmocniej jak mogli i zależały od tego ich kariery (wspinaczkowe).

W rzeczywistości ich uśrednione tempo dotarcia będzie bliższe 5 km/h. Ale nie to jest najgorsze. Cel był taki, aby wspólnie wypić herbatę z prądem w schronisku, więc wszyscy będą musieli poczekać, aż ten ostatni  dotrze na górę – efekt jest taki, jakby oni szli w tempie tego najwolniejszego, czyli 4 km/h! 

Tak właśnie działa łańcuch zależności. Każde ogniwo jest elementem większej całości, każde zależy od pozostałych, a charakterystyka całego łańcucha zależy od tego, jak zachowuje się najsłabsze ogniwo.

Brzmi jak oczywistość prawda? Każdy słyszał powiedzenie, o tym, że łańcuch jest tak mocny jak jego najsłabsze ogniwo. Ale czy faktycznie rozumiemy co to znaczy?

Wróćmy do pierwotnych założeń: każdy w grupie stara się iść 6 km/h. Pierwsza osoba tak faktycznie robi, czasami ma większy kamień do przeskoczenia, czasami się potknie, czasami będzie miał zadyszkę – nazwijmy to incydentami. Niemniej przewodnik nadgania, aby utrzymać ustaloną średnią. Druga osoba robi podobnie, ale jej czas jest gorszy od pierwszej. Dlaczego?

Bo ta druga osoba ma ograniczone możliwości – jest uzależniona od tej pierwszej. Nie może iść szybciej od przewodnika, bo górskie warunki nie pozwalają na wyprzedzanie. Jak więc przewodnik ma incydent, to ta druga osoba także się zatrzymuje. Dochodzi do kaskadowania konsekwencji

Niemniej ta druga osoba ma swoje własne incydenty – inne potknięcia, inne bolączki, wystające gałęzie. Mamy więc nową grupę incydentów, która dodaje się do już odziedziczonej po przewodniku.

Trzeci w kolejności dziedziczy incydenty przewodnika oraz incydenty drugiej osoby. Ale ma przecież swoje własne! Które naturalnie dokładają się do wcześniejszych. I tak dalej, aż do ostatniej osoby w grupie.

No dobrze, ale przecież przewodnik może trochę przyśpieszyć, aby odrobić swoje incydenty i wrócić do średniej 6 km/h – to może reszta też tak zrobi? Do pewnego stopnia kolejni też mogą ratować sytuację, ale tylko do obecnej szybkości człowieka przed nim (pamiętajcie, nie ma wyprzedzania!). A więc kaskadowanie nie działa w drugą stronę w tak prosty sposób. Jest naturalna bariera szybkości wcześniejszego ogniwa.

Finalnie dochodzimy do tego, wszyscy są ograniczeni tempem osoby (ogniwa) przed nim – to górna granica szybkości. Nie ma natomiast ograniczenia w drugą stronę: czyli liczbę spowolnień jaka nas czeka na drodze. Te incydenty się kumulują im później (niżej) w łańcuchu znajduje się ogniwo.

Jakie są z tego wnioski?

  • Jeśli jesteśmy grupą i łączy nas wspólny cel to uda nam się go osiągnąć tak szybko, jak szybko może to osiągnąć najwolniejsza jednostka,
  • Aby przyśpieszyć grupę, należy przyśpieszyć najwolniejsze ogniwo łańcucha ORAZ zmniejszyć różnice tempa między najwolniejszym i najszybszym ogniwem.
  • Nie ma sensu inwestować w przyśpieszanie innego ogniwa niż ostatnie. Każdy inny przypadek nic nie zmieni w szybkości całego systemu,
  • Pozostałe ogniwa nie muszą się tak śpieszyć: ich przyśpieszone tempo nic nie da, bo i tak zmarnują swoją energię i czas czekając na szczycie na ostatnią osobę, aż napiją się herbaty.
  • Nie ma sensu mieć super sprintera jeśli reszta łańcucha jest dużo wolniejsza – to strata zasobów.

I teraz pytanie oraz wniosek w jednym: która ekipa szybciej napije się wspólnie herbaty z prądem na szczycie Kasprowego?

Wiadomo, że B :)

Łańcuchy zależności są wszedzie: przy projektach w pracy, produkcji krzeseł, umowie kredytowej, w logistyce (co z tego, że masz szybki samochodów jeśli musisz stać w korku!) czy życiu prywatnym i wakacjach. Obserwowanie i analizowanie ich na żywo to niezła zabawa, jak już się wie, na co zwracać uwagę :)

Eliyahu Goldratt to dla mnie jedna z najważniejszych postaci świata biznesu i zarządzania. Z jakiegoś powodu jest mało znana w naszym kraju. Uważam, że powinniśmy to zmienić. Koniecznie przeczytajcie jego książki: Cel I lub Łańcuch Krytyczny. To unikatowe pozycje książek o zarządzaniu napisane jako emocjonujące powieści (!).