Jak odróżnić?

Wczoraj wieczorem zostało mi zadane pytanie (parafrazując):

 

Jak odróżniamy to, co wydaje nam się, że potrzebują użytkownicy od tego, czego naprawdę potrzebują?
Do pytania był jeszcze dodany cytat:

 

„Gdybym pytał klientów, czego chcą, powiedzieliby, że szybszego konia!” – Henry Ford
Wiedziałem, że nie dam rady zasnąć dopóki nie odpowiem, bo to pytanie z kategorii tych kluczowych – szczególnie jeśli tworzy się produkty technologiczne. A jednocześnie jeden z moich ulubionych tematów dyskusji. Poniżej moja odpowiedź – rozszerzona, poprawiona stylistycznie i z pewnymi zmianami natury biznesowej.

 


 

Ten temat można rozważać na na kilku płaszczyznach. To co my mówimy, że chcemy a to, co chcą użytkownicy to dwa różne worki. Ten pierwszy (my) zawsze powinien być wystarczająco większy niż ten drugi (użytkownicy), abyśmy mogli testować jak najwięcej rozwiązań. Dlatego zawsze opłaca się mieć jak najszybsze cykle wdrażania i testowania (temu sprzyjają  jednotygodniowe sprinty developerskie), aby sprawdzać czy to, co my chcemy jest także też tym, co chcą użytkownicy. Każdy taki pozytywny test to jeden krok bliżej optymalnego produktu. Ten proces jest jednak niebezpieczny, bo efektem finalnym może być właśnie „szybszy koń” o którym mówił Ford.

 

Dzieje się tak, bo każda iteracyjna poprawa oparta jest na myśleniu wstecznym – patrzymy o ile lepiej działa produkt teraz w stosunku do tego jak działał dzień, tydzień, miesiąc temu. Tak samo jak patrzymy na dane z systemów analitycznych, które zawsze opierają się z danych z przeszłości. Gdy zamiast tego powinniśmy próbować przewidywać przyszłość.

 

Dla mnie to droga iteracyjna – wyciskanie ile można z zastanej sytuacji. Tak jak podkręcanie procesora czy silnika – zawsze trafia się na sufit ograniczeń technicznych, fizycznych i logistycznych. Natomiast coś, co przychodzi z zupełnie innego rynku, jest budowane od zera, bez legacy code i istniejącej struktury jest szybsze i ma lepszą trakcję – i w ten sposób wkrótce będzie miało przewagę nie do pokonania przez starszych rynkowo konkurentów z bagażem.

 

The Innovator’s Dilemma” Claytona Christensena dokładnie opisuje zagrożenia iteracyjnego podejścia opartego na optymalizacji obecnych rozwiązań. Autor nazywa efekt takich działań sustaining innovation.

 

F1.large
Christensen mówi wręcz, że firmy za bardzo słuchają swoich klientów. Ci bowiem zawsze będą opisywać przyszłość słowami teraźniejszości: „To samo, ale szybsze”. To naturalna pułapka myślenia, bo przecież nie da się chcieć czegoś o czym się nie wie. I gdy firmy spełniają potrzeby swoich obecnych klientów to w tym czasie w jakimś garażu powstaje firma, która klientów jeszcze nie ma, tworzy na początku tańsze, mniej stabilne rozwiązanie, bez jasnej ścieżki rozwoju, ale z ogromnym potencjałem zmiany zasad rynku. AirBnB nigdy by nie powstało w Hiltonie, Uber nigdy by nie powstał w korporacji taksówkarskiej – klienci Hiltona i taksówek po prostu nie wiedzą, że potrzebują tak radykalnie innych sposobów zaspokojenia swojej potrzeby.

 

Dlatego odpowiadając na pytanie widzę dwie metody sprawdzania: po jednej stronie mamy iteracyjną, a po drugiej skokową. Pierwszą opisałem na początku – druga to sposób, aby disruptować się samemu, zanim zrobi to ktoś z zewnątrz.

 

Ta druga ścieżka to podejście jakościowe. Opiera się na hipotezach, które są znacznie odważniejsze niż iteracyjne zmiany – bo disruptive innovation nigdy nie pojawi się dzięki A/B testom. Znów jednak opieram się na  Christensenie – tym razem teorii „Jobs To Be Done„.

 

JBTD zakłada, że każdą rzecz, którą mamy „zatrudniamy” do wykonania pracy – zaspokojenia potrzeby. Nie jest jednak dla nas zawsze jasne, skąd bierze się wybór konkretnego sposobu zaspokojenia. Zawsze mamy te same potrzeby (sen, jedzenie, przynależność, komunikacja itd), zawsze chcemy je zaspokajać coraz lepiej, ale nie potrafimy tego racjonalnie zakomunikować (dla zainteresowanych polecam film poniżej). Aby sięgnąć do tych insightów trzeba próbować pobudzać emocje, nostalgie i zmysły – tam gdzie racjonalny umysł nam mniej przeszkadza.

 

Dlatego stosuje się w takich przypadkach m.in. techniki generatywne, które pomagają dotrzeć do tzw. wiedzy ukrytej czyli tego, co ludzie czują i o czym marzą. Na marginesie – pionierami w robieniu takich badań na polskim rynku znów jest Senfino, polecam ich o to zapytać.

 

sleeswijk-visser1

 

Wyniki badań pokazują przypadki skrajne, które zazwyczaj się wypłaszczają i znikają przy badaniach ilościowych – ale dają lepsze odpowiedzi na pytania „dlaczego” a nie tylko „jak” ludzie podejmują decyzje. Dzięki temu próbujemy poznać faktyczne motywacje, które oderwane są od naszego produktu. A więc zamiast tworzyć lepszy produkt szukamy lepszego zaspokojenia potrzeby przez dokładniejsze jej zrozumienie.

 

Jeden poziom dalej od tego podejścia jest Apple, które nie tylko tworzy lepszy produkt, ale popycha użytkowników tam, gdzie uważa, że ma większe możliwości zaspokajania potrzeb. Na przykład nowy iPhone 6s. Ten telefon mógłby być spokojnie kilka milimetrów grubszy i dzięki temu oferować dwa razy dłuższy czas pracy baterii – każdy napotkany użytkownik by o to prosił.

 

Ale Apple się upiera, że chce pchać użytkowników do jak najcieńszych urządzeń bo chce przekraczać wszystkie bariery dając swoim użytkownikom poczucie, że korzystają z czegoś magicznego (a to jest faktyczna potrzeba za którą kupujący chcą płacić premium).

 

Reasumując: nigdy nie wiemy do końca czego chcą użytkownicy. Dlatego, że sami tego jednoznacznie nie wiedzą. To, co możemy robić do być jak najbliżej ich i raz ufać ich opiniom, a za drugim razem intencjonalnie nie ufać; robić odmienne rzeczy licząc, że otworzymy im w głowie nową klapkę o której sobie nawet nie zdawali sprawy.

 

Ważne, aby nie pomylić jednego z drugim.

O braku pewności

Złote rady, niepodważalne prawa, definitywne definicje – mam z tym wszystkim od jakiegoś czasu problem. Mam poczucie, że im bardziej uznajemy, że coś jest 100% prawdziwe i zdecydowanie ostateczne tym bardziej chce mi się polemizować. Kiedyś myślałem, że to takie moje małe prywatne hobby, którym lubiłem wkurzać znajomych i rodzinę (gdy oni za socjalem to ja za wolnością, gdy oni za rozwojem to ja za podatkami), ale okazuje się, że nie tylko ja tak mam – a podobnych mi wsadzono do szufladki i nazwano”contrarians„.

Ogólnie rzecz ujmując contrarian to taki ktoś, kto sprzeciwia się ogólnie przyjętemu poglądowi. W moim przypadku jest jednak pewna różnica, bo bardziej niż ogólnemu poglądowi to coraz częściej sprzeciwiam się swojemu własnemu. Mam wątpliwości.

Szczególnie mocno zauważyłem to podczas pisania książki. Niesamowite jest to, że jeśli coś jest napisane na papierze to od razu staje się prawdą objawioną. I teraz każdy czytelnik może się z nią całkowicie zgodzić lub całkowicie odrzucić – tak jakby istniały tylko dwa stany: prawda i nieprawda. A im jestem starszy (bardziej doświadczony?) tym mocniej widzę, że spektrum między jednym a drugim jest coraz szersze.

To powoduje, że mam coraz mniej radykalne poglądy: kiedyś uważałem, że coś może być w 100% tylko dobre lub w 100% tylko złe. Im dłużej żyję, tym mam poczucie, że widzę więcej możliwości. Co to oznacza? Że zacząłem coraz częściej rezygnować z ogólnych prawd objawionych („powinniście zrobić A”) względem opisu osobistych doświadczeń („dla mnie zadziałało A”).

Lubimy zdecydowane poglądy – to daje nam poczucie pewności, stabilności i racji. Zdecydowane poglądy są też łatwe do zakomunikowania i szybko trafiają na podatny grunt. Znajdowanie prostych rozwiązań dla skomplikowanych problemów jest wręcz sexy. Dlatego tak popularni są guru produktywności, populistyczni politycy czy startupowi mentorzy.

Problem polega na tym, że mało co ma proste rozwiązania.

Po pierwsze: w naszym skomplikowanym świecie mało co ma w ogóle rozwiązanie. Tak, wchodzę tutaj już w aspekty filozoficzne, ale zastanówcie się nad tym: czy kiedykolwiek rozwiążemy jakiś prawdziwy problem do faktycznego końca? Prawdziwie fascynujące problemy nigdy nie mają prawdziwych rozwiązań (to stwierdzenie usłyszałem niedawno w podcaście Reconcilable Differences z ust Merlina Manna). Dajcie sobie chwilę, aby obrócić to w głowie.

Drugi aspekt: mało prawdopodobne, że nasze rozwiązanie faktycznie jest w 100% dobre… A co jeśli jest w 90% dobre? Albo w 70% dobre, w 20% neutralne i 10% złe? Fantastycznie opisał to Isaac Asimov w swoim eseju z 1989 roku pt. „Relativity of wrong” gdzie pokazuje jak mała jest różnica między myśleniem, że ziemia jest płaska (błędnie) od tego że jest kulą (błędnie) i od tego, że jest równomiernie spłaszczoną elipsoidą (także błędnie!). Wszystko zależy jak dokładnie mierzymy.

Trzeci aspekt: co nam daje pewność, że wybraliśmy dobre rozwiązanie?  W Senfino zafascynowaliśmy się myśleniem i metodami pracy Toma Gilba (jego strona domowa, rodem z 1998 roku). Gilb propaguje narzędzie do strategicznego myślenia o rozwoju produktów o nazwie Impact Estimation Table (link do artykułu w PDF). Teraz wspólnie z Senfino wdrażamy te metody w mojej nowej pracy w PizzaPortal. ITE to (uogólniając) tabelka: jej wiersze to cele do osiągnięcia (np. „więcej zakupów w naszym sklepie internetowym”) a kolumny to możliwe metody osiągnięcia celów („zróbmy stronę mobilną”). Później oceniamy się jak każda metoda wpływa na każdy cel (załóżmy że przykładowa wpływa pozytywnie w +60% w skali o -100% do +100%).

Jednym z wyjątkowych elementów ITE jest konieczność określenia Confidence, czyli pewności własnych przekonań. Więc teraz bierzemy nasze stwierdzenie, że „strona mobilna wpłynie w +60% na to, że będziemy mieli więcej zakupów w naszym sklepie” i teraz zastanawiamy się – na ile w ogóle jesteśmy pewni, że tak się stanie? Czy możemy ocenić na ile jesteśmy tego pewni?

W ITE stosuje się skalę od 0 (całkowity brak pewności, nikt nigdy tego nie zrobił; np. lot załogowy poza układ słoneczny) do 1 (mamy pełne doświadczenie, powtarzalna czynność; zrobienie własnoręcznie tysięcznego z kolei krzesła z Ikea). Po drodze oczywiście są różne możliwości – na przykład 0.5 (ktoś z zewnątrz to już zrobił, możemy z nim porozmawiać i się dokładnie dowiedzieć), czy 0.7 (robiliśmy już coś podobnego, mamy jakieś doświadczenie, warunki niewiele się zmieniły). Jeszcze kiedyś do tego tematu wrócimy, obiecuję.

To wszystko powoduje, że moje kiedyś kategoryczne poglądy są coraz bardziej płynne, ale nie dlatego, że czuję niechęć do jasnego zakomunikowania swojego zdania, ale dlatego, że mam coraz mnie pewności co do niego. Nawet w tematach, w których teoretycznie powinienem czuć się jak ryba w wodzie (hej, przecież napisałem książkę!).

Mam też poczucie, że większość moich kategorycznych opinii wygłaszałem wtedy, gdy nie miałem do tego merytorycznej podstawy. Ten fenomen nazywa się „Dunning-Kruger Effect„:

dunning-kruger-effect-1140x641

Chciałbym wierzyć, że moje obecne doświadczenia to po prostu zjeżdżanie po stoku pewności po wspięciu się na szczyt ignoracji.

Napisałem książkę

MDM-okladka-przodDziewięć miesięcy temu rozpocząłem pisanie książki Mobile dla Menedżerów (dla ciekawskich moje status update’y po trzech i sześciu miesiącach oraz mój warsztat pisarski). To, co zaczęło się jako post na bloga pisany podczas urlopu zamieniło się ostatecznie w prawdziwą papierową pozycję wydawniczą, którą faktycznie można dotknąć. Właśnie dowiedziałem się, że pierwszy nakład już się wyczerpał, więc wszystko wskazuje na to, że cały ten czas nie poszedł na marne:)

Sporo się w tym czasie nauczyłem, poniżej najważniejsze wnioski i lessons learned:

  • Traktowałem książkę jako projekt technologiczny. Taka zmiana mentalna powodowała, że nie miałem górnolotnych, romantycznych zapędów i traktowałem moją pracę jako coś co można zmieniać i poprawiać – a gdy będzie taka potrzeba – bezlitośnie skasować. Nic bowiem nie powstaje od razu dobre, trzeba ciągle iterować, aby dotrzeć do faktycznego sedna,
  • Ciężko jest sobie powiedzieć stop. Za to bardzo łatwo można wejść w paranoję perfekcjonizmu. Tutaj znów sprawdza się podejście technologiczne – „done is better then perfect”,
  • Mój największy problem to zamienianie tego co siedzi w głowie w faktyczne słowa i zdania tak, aby zachować sens i przekaz. Przyjąłem zasadę, że lepiej cokolwiek napisać i później to ulepszać niż od razu szukać szukać w głowie perfekcyjnego zdania (to się nigdy nie udaje),
  • W stworzeniu książki pisanie to nie wszystko. Dochodzi jeszcze mnóstwo innych zadań: tworzenie ilustracji, wymyślanie okładki, poprawianie błędów, rozmowy z pierwszymi czytelnikami, dyskusje o definicjach i poglądach. To wszystko składa
  • Prostota narzędzi. Osobiście nie lubię skomplikowanych narzędzi. Gdy szukałem sobie dobrego setupu to zostałem przy najprostszych narzędziach, aby niedekoncentrowały mnie przeszkadzajki (pisałem na ten temat tutaj),
  • Rutyny. Zauważyłem, że przy pisaniu bardzo pomaga wyrobienie sobie regularnych zwyczajów. W moim przypadku było tak, że miałem ustawione codziennie o 19:30 przypomnienie na telefonie, żeby napisać cokolwiek w temacie MDM. Nawet jeśli nie mogłem bo miałem inne zajęcia to alarm ściągał moje myśli do książki i myślałem o tym, co mógłbym do niej dołożyć na jak jednak będę miał czas.
  • Podczas samego pisania korzystałem z techniki Pomodoro, tj. pracowałem w 25 minutowych sprintach po których robiłem 5 minut przerwy. W tygodniu wyrabiałem średnio 16-20 takich sprintów (8-10 w dni robocze i tyle samo w weekendy).
  • Otwartość się opłaca. Podczas Internet Beta oficjalnie ogłosiłem, że piszę książkę. Wraz z tym uruchomiłem newsletter w którym obiecałem, że co tydzień będę dzielił się tym jak mi idzie i wrzucał fragmenty, które udało mi się napisać. To dawało mi zewnętrzny motywator do pracy i nawet gdy już kompletnie mi się nie chciało to wiedziałem, że nie mogę tego zrobić tym, którzy czekają na co środowy newsletter,
  • Nie wiesz? To się zapytaj. Zaraz po tym jak zacząłem pisać zadałem Michałowi Sadowskiemu, Pawłowi Tkaczykowi i kilku innym osobom, które mają doświadczenie w temacie konkretne pytania:
    Screenshot at cze 06 16-42-58Czasami odpowiedzi były sprzeczne ale ważne, żeby zrozumieć proces i wiedzieć czego można się spodziewać,
  • Dobrze nie zamykać sobie możliwości zbyt szybko. Gdy zaczynałem pisać nie miałem w głowie przemyślanej strategii z kim i jak ją wydam. Flirtowałem z myślą, żeby wykorzystać narzędzia selfpublishingu, później z różnymi wydawnictwami; żeby wydać to w cenach rynkowych lub całkowicie za darmo. Świadomość tego, że nawet jeśli nic mi z tych negocjacji nie wyjście to zawsze mogę z tego zrobić darmowego ebooka, była uwalniająca i ostatecznie pomogła wypracować lepszy deal,
  • Wydawcy reagują pozytywnie jeśli pokaże się im próbkę pracy oraz inne argumenty mówiące o tym, że pozycja może się dobrze sprzedać. Najlepiej wtedy mieć już coś na rynku co odniosło sukces. Niestety nie każdy może być Tkaczykiem:) Więc ja jako argumenty miałem 50 napisanych stron oraz sto kilkanaście (na tamte czasy) osób w bazie newslettera,
  • Umowy wydawnicze – bardzo dawno temu usłyszałem o pojęciu „dummy contract”. To taka umowa, którą wydawnictwo wysyła świeżemu autorowi licząc na to, że będzie tak rozemocjonowany tym, że ktoś w ogóle proponuje mu wydanie, że nie będzie zbyt dokładnie czytał zapisów. Miałem to w głowie, gdy rozmawiałem z wydawnictwami i faktycznie dużo da się wynegocjować jeśli w ogóle się chce.
  • Każde wydawnictwo będzie miało inny wzór umowy, ale szukajcie w nich tych  elementów (które też są polami negocjacyjnymi):
    • prawa autorskie do wersji językowych i krajów wydania (warto ograniczyć wydawnictwu prawa tylko do tych krajów, w których faktycznie będzie wydawać książkę – zazwyczaj będzie chciało prawa do wszystkich krajów i języków),
    • czy jest zapis o przekazaniu praw za zgodą autora do podmiotów trzecich (na przykład w przypadku, gdy wydawnictwo zostanie kupione przez inny podmiot),
    • czas od zdania maszynopisu do przyjęcia i do wydania. Wydawnictwo potrzebuje sporo czasu zanim faktycznie wypuści książkę na rynek. W tym czasie twój tekst musi zostać zdany w wspólnie ustalonym czasie (tak, będziesz miał deadline!), wydawnictwo formalnie go przyjąć (a więc potwierdzić, że spełnia wymogi techniczne), przejść kilka korekt redaktorskich (w moim przypadku sześć), później musi być połamany i złożony przez edytora DTP, opakowany w okładki i ostatecznie wydrukowany i dostarczony do hurtowni z książkami. Kluczowe są czasy jakie wydawnictwo daje sobie na przyjęcie i wydanie – będzie mu zależało, żeby ten czas był jak najdłuższy bo to daje mu większą elastyczność. To jednak powoduje, że od momentu w którym zdasz swój draft może minąć nawet sześć miesięcy do publikacji (tak miałem w jednym wzorze umowy) co w przypadku książki o technologii może być zabójcze,
    • wysokość zaliczki na poczet przyszłych przychodów. Generalnie nie można się spodziewać kokosów,
    • prowizja w wersjach papierowych, elektronicznych i audiobookach. 15% od ceny okładkowej to tzw. „stawka profesorska”, ciężko jest wejść wyżej jeśli nie jest się wydawniczą gwiazdą. Tutaj ważna sprawa: nie da się żyć z pisania książek w Polsce – lepiej traktować te pieniądze jaki fajny bonus, a nuż starczy na fajne wakacje:),
    • Liczba egzemplarzy autorskich i promocyjnych – u mnie 10 i 30 sztuk. To ważne szczególnie jak ma się liczbą rodzinę i znajomych:)
    • Pierwszy nakład – w moim przypadku 1000 sztuk. To średnia, ostrożna wartość, która nie naraża wydawcy na przeinwestowanie,
    • Wpływ na wygląd książki – okładka i fonty. Bardzo mi zależało, aby książka została wizualnie zrobiona zgodnie z moimi standardami. Miałem więc zapisane, że obydwie strony muszą się zgodzić na wskazaną okładkę i fonty. Zazwyczaj wydawnictwa nie chcą, aby autor wtrącał się w prace składu i grafików, dostaje co najwyżej materiały do wglądu.
  • Bardzo ważne jest posiadanie dobrego redaktora. Warto wybrać kogoś spoza własnego kręgu, z doświadczeniem korektorskim oraz backgroundem technologicznym – w moim przypadku była to osoba związana z papierowymi magazynami komputerowymi. Sam proces sprawdzania mojej książki (200 stron) zajął miesiąc,
  • No i oczywiście testerzy! Przeprowadziłem dwie akcje testowania treści książki: w grudniu i kwietniu. Obydwie grupy miały po około 25 osób. Każda z grup zostawiała notatki w shareowanym dokumencie Google. Po każdym teście miałem listę poprawek na kilkanaście stron A4.

Co teraz? Czas na odpoczynek! Pisanie książki to fajna przygoda, ale bardzo wyczerpująca emocjonalnie i mentalnie. Zobaczymy kiedy znowu zachce mi się pisać, ale mam takie poczucie, że niezbyt szybko:)

Ps. Jeśli jeszcze nie kupiłeś Mobile dla Menedżerów to może warto? Tutaj papierowa wersja, jest też ebook :)