2019

2013, 2014, 2015, 2016, 2017, 2018… gratulacje, przeżyliśmy następny rok. Czas dołożyć kolejny do kolekcji!

Warsztat Produktowca

Rok temu pisałem, że lubię mówić do publiczności, bo to pozwala mi precyzyjniej myśleć i wypowiadać się o moich metodach pracy. Na tyle dużo materiału udało mi się dzięki temu poukładać, że postanowiłem efekty nagrać i umieścić w Sieci. Dzięki temu będzie dostępny na zewnątrz sal wykładowych i wygeneruje mi trochę pasywnego przychodu.

Tak po dziewięciu miesiącach powstał Warsztat Produktowca – miejsce gdzie można kupić mój kurs zarządzania produktowami cyfrowymi. Pomogły mi przy tym lata rysowania makiet na tablecie, zapisanych czarnych notatników i przegadanych Otwieraczy.

Już pierwsze wyniki są dla mnie bardziej niż zadowalające: w ciągu miesiąca od premiery kurs zarobił na siebie około 6 razy więcej niż książka Mobile Dla Menedżerów przez cały czas – dając mi przy okazji znacznie więcej satysfakcji.

Giełda

W 2018 roku intensywnie poznawałem rynki finansowe próbując zrozumieć jak sensownie ulokować wolne środki finansowe. Widząc mikroskopijne procenty na lokatach oraz nędzne efekty funduszy inwestycyjnych postanowiłem wyedukować się w temacie giełdy.

Choć to dopiero trochę ponad rok od startu mojej przygody z przyjemnością raportuję, że cały mój portfel poszedł w górę o 14%. Moją ambicją było uzyskać 6% (dwa razy więcej niż lokaty bankowe), więc plan jest wykonany z nawiązką.

Ten spadek w pierwszej połowie to końcówka zeszłego roku. Okazja do tanich zakupów

Staram się robić to, co Warren Buffet rekomenduje przez lata w swoich listach i wypowiedziach. Robić mało i tylko tam gdzie rozumiem co się dzieje, nie patrzeć na notowania giełdowe (to rada była dla mnie zupełnie nieintuicyjna) i nie tracić pieniędzy. To łatwe do przyswojenia, ale trudne do implementacji, bo po drodze stoi chciwość, potrzeba ciągłej aktywności i owczy pęd.

Przy okazji udało mi się osiągnąć jeszcze dwa moje kamienie milowe: kupić akcje Apple oraz Berkshire Hathaway B. Done!

Tak minął pierwszy rok. Można powiedzieć, że trafiło mi się szczęście początkującego. Ponoć dobrą strategię da się ocenić dopiero po trzech latach. Zobaczymy!

Podróże

Pod względem podróży ten rok był inny. Zamiast ruszać gdzieś co miesiąc skumulowaliśmy nasze podróże na trzy mocne (i całkiem dla nas egzotyczne) uderzenia: narty w Andorze, Islandia w maju i Francja na koniec wakacji.

Z tych wyjazdów wyróżnia się Islandia. Wydawało mi się, że już wiele w życiu widziałem, ale to zupełnie inny poziom.

Wynajęliśmy sobie mały samochód dostawczy z tyłem przerobionym na sypialnie z kilkoma półkami i ruszyliśmy dookoła wyspy. Jadąc przez całkowicie obcą naturę, z dala od ludzi, patrząc na formacje skalne, wodospady i lodowce czułem, że gdyby one miały świadomość, to nie bylibyśmy warci nawet ich przelotnej myśli.

Ta rozległość jaką tam się napotyka połączonA z poczuciem samotności w pozytywny sposób mnie przytłoczyło. W pewnym momencie zrozumiałem, że jestem tylko zlepkiem atomów, który patrzy na inne zlepki atomów w jednej wielkiej nieokreślonej przestrzeni. Kilka miesięcy później natrafiłem na określenie oceanic feeling, które najlepiej ujmuje w słowa to co czułem. Mistyczne doznanie.

Chwilę później weszliśmy w trójkę na wulkan

Zanim pojechaliśmy na Islandię pytałem się naszych znajomych, którzy już tam byli, czego mamy się spodziewać. Jeden z nich stwiedził, że nam nie powie, bo słowa umniejszają tym doświadczeniom. Dodał tylko, że po powrocie bedziemy mieć kilka kilka tygodni szoku, w którym ciężko będzie nam rozmawiać o czymś innym niż Islandia, a później każdy następny wyjazd będziemy oceniać względem nowego islandzkiego wzorca jakości. I tak faktycznie się stało.

Ciało i umysł

Choć moje ciało daje mi do zrozumienia, że jestem coraz starszy to jednak wyniki fizyczne mam coraz lepsze. Znów poprawiłem czas na Biegnij Warszawo – lepszy miałem tylko raz, osiem lat temu. Czuję zwiększoną sprawność w nieoczywistych sytuacjach: gdy trzeba śpiące 3.5 letnie dziecko nieść na rękach przez Amsterdam czy biec z 25 kilowym bagażem na odprawę samolotu. Fajny jest ten brak zadyszki.

Wróciłem do poważniejszego traktowania swojej głowy jako rzeczy, o którą trzeba dbać i trenować – tak samo jak ciało. Stąd mój powrót do medytacji. Tym razem jednak chciałem to zrobić na serio: z pełnym zgłębieniem idei i metod, ale bez sekciarsko-religijnych zapędów z jednej strony i new-age’owych magii z drugiej. Tak trafiłem na Sama Harrisa i jego Waking Up – zarówno książkę jak i aplikację do medytacji. Polecam każdemu – zarówno część praktyczną jak i teoretyczne podstawy. To, co pokazuje Sam to fundamentalne umiejętności, których ktoś zapomniał nas nauczyć w szkole.

Czytanie i pisanie

Nowy rekord – 27 książek w rok! (tutaj pełna lista) W 2018 powątpiewałem czy jestem w stanie przeczytać więcej niż 25 książek, a jednak się udało.

Z dwóch powodów:

  1. Jestem absolutnym fanem autorów serii „The Expanse” i w tym roku w formie audiobooków przesłuchałem aż sześć części serii. Każda z tych książek to kilkanaście godzin świetnej literatury SF. Jestem pod wrażeniem jak twórcom udało się utrzymać tak wysoki poziom przez tak długi czas,
  2. Pochłonął mnie temat mózgu i świadomości. To trochę taki efekt Wikipedii – przeczytałem jedną książkę, w której inna była cytowana, zabrałem się więc za cytowaną, a ta skierowała mnie do następnej. Jak działa mózg? Czy pokazuje rzeczywistość taką jaka faktycznie jest? Skąd wiemy, że jesteśmy świadomi? Wpadłem w ten tematy jak do króliczej nory.

Natomiast moją książką roku zostaje „The Wizard and the Prophet” Charlesa C. Manna. To niesamowita opowieść o walce dwóch ideologii, technosolucjonizmu i ekologii, o to kto ma racje: czy ludzie powinni być ponad naturą i ją wykorzystywać do ratowania i poprawy jakości życia czy też powinni zrozumieć swoje miejsce i ograniczyć swój wpływ na nią aby zachować balans. Tutaj moja recenzja.

Czas się już pogodzić z tym, że nie mam serca pisać drugiej książki. O wiele lepiej mi idzie z krótszymi formami, takimi jak Natura Przełomowej Innowacji i Teoria Agregacji. To ciągle wiele godzin pracy, ale efekt widać szybciej i satysfakcja większa.

Małe zachwyty

Choć nie wiem jak cieszyłbym z jakiegoś zawodowego sukcesu to jednak fakt, że mój syn nauczył się jeździć na rowerze zachwyca mnie bardziej. Kiedyś myślałem, że zachwycanie się takimi małymi sprawami to objaw braku ambicji (przecież gdzieś tam jest zawodowy Mt. Everest do zdobycia!).

Ale, raz na jakiś czas, gdy mam szczęście i moja głowa mi pozwoli, dociera do mnie jak szczęśliwy jestem tu i teraz, z tym co mam – nie myśląc o zaszłościach i o planach. Małe zachwyty, którymi usłany jest świat mojego dziecka („patrz tato, cyfra osiem!”) pozwalają mi sobie o tym przypomnieć.

Próbuje tworzyć dla siebie przestrzeń na takie małe zachwyty dając sobie ciszę i czas. Wtedy pojawiają się same, jak liście na moim bonzaju.

Modulowanie

W tym roku jestem bardziej świadomy swojego stanu wewnętrznego. Zaczynam rozumieć kiedy jest mój najlepszy czas na pisanie, kiedy decydowanie, kiedy na czytanie, a kiedy trzeba sobie odpuścić planowanie (z tym idzie mi najgorzej). Zaczynam eksperymentować i miksować różne aktywności z różnym poziomem energii. Już wiem jaki stan jest dla mnie absolutnie szczytowy jeśli chodzi o skuteczność pracy i satysfakcję: gdy rano pójdę na siłownię i wracając z niej wypiję czarną kawę. Mam wtedy 2 godzinne okienko gdy przytrafia się najwięcej najlepszych pomysłów; części układanki same się dopasowują.

Druga strona medalu jest taka, że do takiego podejścia sam siebie zmusiłem. Nie regeneruję się już tak łatwo jak nawet kilka lat temu. Nie potrafię być na pełnych obrotach cały czas i przełączać się szybko między różnymi kognitywnie zadaniami bez dużej straty efektywności.

Mam też coraz wyższe wymagania co do środowiska w którym się znajduje. Kiedyś potrafiłem zmusić się do skupienia w dowolnym pomieszczeniu i w dowolnej sytuacji – umiałem przyjąć na siebie mnóstwo bodźców. Teraz jest z tym coraz gorzej, a moim ulubionym przedmiotem w całym roku są słuchawki wyciszające.

To następny rok uświadamiania sobie, że nie jestem nieśmiertelny.

Pytanie roku

Moje lektury o mózgu, powrót do praktyki medytacyjnej oraz obserwacja rozwoju kognitywnego mojego syna doprowadziły mnie do mnóstwa ciekawych wniosków i dalszych pytań:

Dlaczego fakty nie transferują doświadczeń? Jaka jest relacja między mózgiem a umysłem? Dlaczego lubię układać puzzle, a nie lubię tańczyć? Czy to „ja” czegoś nie lubię czy mój umysł czy mój mózg? A może to wszystko to samo? Skąd wiem, że to co nazywam czerwonym kolorem jest czerwonym kolorem? Czy to co pokazuje nam mózg to jest rzeczywistość?

Jak to możliwe, że potrafimy wymodelować działanie obiektów, których nigdy nie doświadczymy jak czarne dziury, a nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie jak ze zbitki tkanki, którą wszyscy posiadamy, powstaje świadomość?

Skąd bierze się świadomość? To dla mnie pytanie roku.

Podsumowując

Ten rok był kontrastowy. Kilka razy zawędrowałem w miejsca, w których nie chce już nigdy być. Dowiedziałem się o tym dopiero post factum – przez zrozumienie kontrastu między doświadczeniami, które lubię i tymi, których nie lubię. Ale dopiero jak miałem porównanie mogłem zrozumieć różnice między nimi.

To doprowadza mnie to ironicznego wniosku: najciekawsze błędy to te, które, cofając się w czasie, popełniłbym jeszcze raz – nawet rozumiejąc konsekwencje. Dzięki tym błędom lepiej wiem, co jest dla mnie dobre a co nie. Różnica między tymi stanami jest lepszą nauką niż teoretyczne snucie alternatywnych światów.

Gdybym tych błędów nie popełnił nie dowiedziałbym się czegoś ważnego o sobie – czegoś, co zostaje ze mną do końca życia. Chwilowa niedogodność i rozchwianie emocjonalne to przy tym niski koszt.

Przypomniały mi się przy tym nauki z moich lekcji kickboxingu: Pierwszy cios w twarz paraliżuje. Każdy następny jest coraz łatwiejszy do pochłonięcia i reakcji.

Rok 2020 zapowiada się ciekawie. Fundamentalne zmiany na horyzoncie, choć mam poczucie, że mówię to co rok :)

Otwieram Mobile dla Menedżerów + akcja na Święta

Minęły 3 lata odkąd na polskim rynku pojawiła się moja książka: Mobile dla Menedżerów. A to oznacza, że wyczerpała się licencja wydawnictwa, a ja mogę wziąć całą treść MDM i ją otworzyć dla wszystkich chętnych.

A więc oto jest: Mobile dla Menedżerów w wersji online i PDF.

To mój prezent dla Was na Święta:)

To jednak nie wszystko. Wykupiłem od wydawnictwa ostanie 175 sztuk papierowej edycji MDM. Nie chcę z nich już czerpać korzyści finansowych, ale mam poczucie, że mogę z nimi jeszcze zrobić coś dobrego.

W związku z tym każda chętna/chętny który wpłaci na swoją ulubioną organizację charytatywną równowartość ceny sklepowej jednego egzemplarza (ok. 25zł, ale zachęcam na wyższe kwoty!) i wyśle mi na maila mmzaremba@gmail.com potwierdzenie przelewu otrzyma ode mnie kopię z dedykacją. Do odbioru personalnie w Warszawie :)

Jeszcze ciepłe :)

Można kupić jedną sztukę dla siebie, można kupić kilka sztuk pod choinkę dla branżowych znajomych, można kupić kilkanaście do swojej firmy – jak kto woli, ważne tylko żeby wesprzeć ważną sprawę.

Pomożecie?

Zaprojektowałem sobie zegarek

Jednym z moich marzeń jest zrobienie własnego naręcznego zegarka. Jest coś, co mnie niezwykle przyciąga do tych małych cudów techniki zamkniętych w szczerej i eleganckiej formie. Lubie je podziwiać, lubie myśleć, że kiedyś uda mi się zrobić swój własny.

Trzy lata temu poraz pierwszy napisałem o tej fascynacji i właśnie wtedy zacząłem fantazjować o tym, jak by wyglądała moja własna konstrukcja. Jaki byłby mój idealny zegarek?

Te lata po kolei dawały mi odpowiedzi. Pierwsza przyszła decyzja o tym, że chcę mieć zegarek, który jest minimalistyczny. Miałem krótką przygodę z wielkimi i krzykliwymi Luminoxami i wiem, że to nie dla mnie. Następnie poczułem jak dużą przyjemność daje solidna metalowa koperta gdy nosiłem Orienta Blue Mako. Wraz z moim zagłębianiem się w grafikę użytkową i UX trafiłem na Bauhaus i pełne minimalistycznej gracji zegarki Junkersa. Obecnie nie mogę się nacieszyć G.Gerlach z serii Batory.

Czułem, że da się te doświadczenia wykorzystac i połączyć w całość. Wtedy, przez zupełny przypadek natrafiłem na egzotyczną kolekcję zegarków 24 godzinnych, z tylko jedną wskazówką. Stwierdziłem, że to jest własnie to czego szukam, jasny sygnał, że mój zegarek nie jest do nerwowego odliczania ostatnich minut przed spotkaniem, ale do cieszenia się dobrze spędzonymi godzinami.

Czy da się zrobić zegarek, który jeszcze mocniej wpisze się w dobre, świadome spędzanie dnia? Zaczęło mnie zastanawiać, dlaczego tarcze, werki (mechanizmy) i koperty zawsze są zorientowane w ten sam sposób. Dlaczego niby 12/24 jest na górze? Ponieważ 12:00 to południe, najwyższy punkt słońca na niebie – to rozumiem. Ale jeśli zegarek jest 24 godzinny to powinien wyświetlać wszystkie 24 godziny… Zabrałem się do szkicowania i wyszło mi takie coś:

Przy takim układzie najbardziej po lewej stronie jest godzina 6:00 a najbardziej po prawej 18:00. To, dla większości ludzi także istotne graniczne godziny: Moment pobudki i zakończenia dnia pracy; wschodu i zachodu słońca – symbolicznych granic między czasem wysiłku (górna część tarczy) i czasem odpoczynku (dolna część tarczy).

Jeśli zafiksujemy 12 na samej górze to znaczy, że północ może zająć swoje prawowite miejsce na samym dole. Tuż pod datownikiem, który wraz z końcem północy markuje następny dzień.

Korzystając ze wcześniejszych doświadczeń z Luminoksem, Orientem i fascynacją Bauhausem oraz wsparciu graficzki Kasi Daniłko powstał mój wymarzony model:

Metalowa koperta, skórzany klasyczny pasek. Szczotkowana tarcza z minimalną liczbą elementów. Polski font „Lato”. I jeszcze jedną rzecz: ruchomy pierścień z zaznaczeniem istotnej godziny. Tylko jednej, bo mało jest faktycznie istotnych rzeczy w ciągu dnia.

Co teraz?

Nie wiem. Jest prawdopodobnie 100 różnych powodów dlaczego nie da się tego zrobić: brak odpowiedniego werku, materiałów, procesu, skali produkcji, chętnych producentów… Chciałbym ten projekt jednak doprowadzić do szczęśliwego końca. Jeśli więc ktoś z Was to czytających widzi sens w tej idei i wie jak popchnąć to do przodu niech da znać tutaj. Lub niech przekaże ludziom, którzy mogą mi z tym pomóc. Z góry dzięki!