2020

W 2015 roku wysłałem do siebie emaila z datą odbioru  w moje urodziny w 2020 roku.  Zadałem sobie śmieszne pytania i stawiałem nietrafione tezy. Ale przede wszystkim pytałem siebie jak tam się mam w 2020 roku?

No to teraz już wiem.

COVID

Pierwsze zmianki o SARS-CoV-2 dotarły do mnie pod koniec grudnia 2019. Tajemnicza choroba gdzieś w Chinach, nikt nic nie wie, WHO uspakaja, subreddity i fora rozkręcają teorie spiskowe.

Jeszcze w styczniu 2020, w „normalnej” rzeczywistości ruszyliśmy na narty, jeszcze na początku lutego pojechaliśmy we dwójkę na randkę do Berlina pociągiem (choć ja już się oglądalem za ludźmi w maseczkach).

Pod koniec lutego ja już byłem w pełnym alercie. Nie wiedziałem do końca czy słusznie czy dałem się ponieść egzotycznej panice. Z jednej strony wszystko wokół mnie działa jak do tej pory – zawoziłem dziecko do przedszkola, jechałem do pracy autobusem, ludzie w sklepach i biurach.

Ale w trakcie jazdy słuchałem wywiadów ze epidemiologami, którzy mowili, że już za późno i każdy z nas będzie znał kogoś kto umarł na COVID-19. W międzyczasie czytałem historię młodych Włochów opisujących na forach policyjne blokady w Mediolanie.

Trochę się bałem, trochę byłem podekscytowany. Miałem poczucie, że preppersi na całym świecie, po tylu latach, wreszcie otrzymali prezent – te ich konserwy poupychane po spiżarniach pójdą w ruch.

I ja wpadłem w ten preppersowy tryb, choć nie wiedziałem, czy przesadzam czy nie. 20 lutego zrobiłem wielkie spożywcze zakupy (makarony, mąki, konserwy, woda), chwilę później miałem kupione przenośne panele słoneczne, kieszonkowe filtry do wody, kuchenkę gazową z dużym zestawem naboi, pulsoksymetr, tlen sprężony, rękawiczki lateksowe, maseczki chirurgiczne i te mocniejsze ffp2 i ffp3.

Bardzo bałem się załamania logistyki – lockdown w stylu włoskim połączony z brakiem dostaw do lokalnych sklepów i w konsekwencji kilka dni później załamaniu instytucji i ludzi biegających z maczetami po ulicach. Tak wiem – brzmi kosmicznie, ale kto wie ile nas dzieliło od tego scenariusza? Wolałem, aby moja rodzina była na to przygotowana nawet jeśli się nie wydarzy.

Nie dzieliłem się tym za bardzo ze światem. Chyba, że akurat ktoś znajomy zahaczył o temat. Czułem się dziwnie, trochę jak ktoś kto na skrzyżowaniu ulic krzyczy o końcu świata.

Pół roku po pierwszym lockdownie chodziliśmy całą rodziną na spacer w maseczkach i rozmawialiśmy o szpitalach polowych na stadionach i lotniskach, o liczbie zakażonych i średniej śmiertelności.

Uderzyło mnie wtedy, że bać się można przez jakiś czas – godzinę, dzień, tydzień… ale wreszcie mózg zmusza nas do wyjścia z tego trybu bo nie jesteśmy w stanie żyć w ciągłym przerażeniu. Zawsze mnie zastanawiało jak ludzie funkcjonowali w czasie okupacji, jak to było możliwe, że potrafili wyjść sobie do parku, czytać książki, robić zakupy – tak jakby wojny nie było. Teraz już chyba mam mały fragment zrozumienia: strach szybko powszednieje.

Giełda

Dużo nowych doświadczeń w tym roku: pierwszy raz uczestniczyłem w IPO (Allegro), pierwszy raz realnie zredukowałem pozycję, aby później w dołku ją dokupić (do tej pory przez dwa lata akumulowałem), rozszerzyłem moje portfolio o waluty oraz kruszce. Pierwszy raz w wreszcie przeżyłem prawdziwe załamanie giełdy.

Pierwszy raz też zdecydowałem poczekać z gotówką i nie kupować, bo byłem przekonany, że po pierwszej fali kryzysu przyjdzie następna i to nie możliwe, że przy takim poziomie bezrobocia w USA giełda może tak szybko i mocno odbić do góry. Myliłem się – nie pierwszym i nie ostatni raz. 

Ostatecznie jestem na plusie 17%. Jestem z siebie zadowolony, że nie straciłem zimnej krwi w połowie marca gdy wszystkie moje zyski zostały zmiecione w ciągu 48 godzin.

Dwa lata systematycznego odkładania nawet małych kwot dały mi teraz możliwość operowania niebagatelnymi środkami. Zaczynam czuć pierwsze efekty kuli śniegowej.

Las

Siedzenie w domu z minimalną możliwością poruszania się strasznie dała mi w kość. Szybko się irytowałem bez powodu, brakowało mi przestrzeni, poczucia wolności.

Bardzo brakowało mi moich poprzednich rutyn, które w 2019 bardzo mi pomagały – szczególnie ćwiczeń na siłowni. Przeraziło mnie jak szybko o niej zapomniałem i przestawiłem się na nową normalność gdzie największą aktywnością było chodzenie z sypialni do kuchni między confcallami.

Gdy więc nadażyła nam się okazja to zainwestowaliśmy w naszą pierwszą prawie-nieruchomość. Na kawałku przyleśnej działki postawiliśmy wspólnymi rodzinnymi siłami domek holenderski. To taki coś, które jest w każdym amerykańskim filmie jak trzeba pokazać jak żyją społeczne wyrzutki na jakimś odludziu. Po odmalowaniu i wstawieniu własnych sprzętów zamieniliśmy to w naszą podmiejską rezydencję. Mieszkaliśmy tam z drobnymi przerwami od maja do sierpnia.

Niemal codziennie byłem w okolicznym lesie – zbierać grzyby, leżeć w hamaku, medytować. Zacząłem go widzieć inaczej, rozpoznawać zapachy, znajdować ślady zwierząt. Ten prosty kontakt z naturą bardzo uspokaja.

Dziadek i wujek zbudowali Stasiowi domek na drzewie a ja wygrzebałem rękawice i przyczepiłem do niego worek bokserski. Walenie w worek dało mi miejsce na upust frustracjom.

Mimo to dobrze było wrócić do mieszkania w Warszawie. Dać sobie czas, aby zapomnieć co się lubiło i później odkrywanie tego z powrotem. A jak tylko nowe-stare miejsce znów nas zacznie wkurzać to uciec do lasu jeszcze raz.

Książki

To pierwszy raz od kilku lat nie pobije mojego rekordu przeczytanych książek – udało się 20 z założonych 28. Dlaczego tylko tyle? Po pierwsze pandemia – zauważyłem, że gdy nie poruszam się po mieście tramwajami i autobusami to po prostu czytam mniej.

Pewnym pocieszeniem jest fakt, że wiele przeczytanych książek nie zostało dodanych do zestawienia bo to pozycje przeczytane mojemu synowi. Dopiero w drugiej połowie tego roku wrzuciłem pierwszą poważną wspólnie przeczytaną książkę – „Hobbita”.

Swoją drogą mam lifehack dla rodziców 4+ latków: zainwestujcie w bezprzewodowe słuchawki i abonament w Storytel. Jestem tam cała seria książek Astrid Lingren czytanych przez Edytę Jungowską. Uwalnia nam to 1-2 godziny dziennie i spowodowało, że Staś ma w tym roku na swoim koncie przesłuchane 23 książki – czyli więcej ode mnie :)

Moją książką roku zostaje „Childhoods End” Arthura C. Clarke’a. Bezsprzecznie najbardziej fascynująca i wciągająca opowieść SF jaką czytałem. Fakt, że została napisana w 1953 roku tylko dodaje jej kolorytu. Przeczytajcie koniecznie – jej fabuła zmiecie Was, minimum 3 razy.

Jeśli chodzi o nie-powieści to mój numer jeden to „Humankind” Rutgera Bregmana. Z mojej recenzji w Goodreads:

Dla tych, którzy podskórnie czują, że wcale nie jest tak, że cynizm to jedyna sensowna droga życia w tym świecie. Dla tych, którzy nie dają sobie wmówić, że ludzie z natury rzeczy są źli i potrzebują albo siły wyższej (religijna prawica), instytucji uczących jak myśleć i żyć (progresywna lewica) albo siły racjonalizmu (naukowcy i biurokracji) żeby nie skoczyć sobie do gardeł przy pierwszej okazji. Nie, cywilizacja to nie jest tylko lekki welon nałożony na naszą zwierzęcą naturę.

To przykład książki, która odrzuca cynizm i degrengoladę. Pokazuje ludzi jak fantastyczne stworzenia, które robią więcej dobrego niż złego. Tak rzadko się to zdarza, że warto promować.

W 2021 założyłem sobie, że nie kupie nowej książki dopóki nie przeczytam jakiejś starej. Ciekawe jak mi pójdzie…

Nowa praca

W lutym zacząłem nową pracę – w startupie DobryMechanik.pl. Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem fanem motoryzacji. Miałem jednak sporo czasu, aby zastanowić się, o co mi tak naprawdę chodzi: jakiej pracy szukam? Co chcę osiągnąć? Co jest dla mnie ważne?

Nie byłbym sobą, gdybym do wyboru pracy nie potrzedł w zorganizowany, tabelkowy sposób. Każdego przyszłego pracodawcę oceniłem w skali 1-10 biorąc pod uwagę wielkość rynku, dojrzałość produktu, kulturę organizacyjną i 13 innych innych czynników. Obiecuję napisać o tym oddzielny post.

Uśredniając wyniki DM wypadł najlepiej wśród tych firm, które mnie nie odrzuciły (a są wśród nich niezłe tuzy :)

Czuję, że to był dobry wybór, bo DM to miejsce, w którym nie ma dysonansu między deklaracjami a decyzjami, a każdy jest specjalistą w swojej dziedzinie.  Poruszamy się szybko tam gdzie to potrzebne, długo debatujemy to co ważne – a nie na odwrót.

Ostatecznie jednak muszę napisać, że po prostu miałem szczęście. Trafiłem na branżę, która nie tylko nie straciła na pandemii a wręcz w niektórych obszarach zyskała. Mamy więc paliwo, aby ten rynek zmieniać – co, mam nadzieję, przeczytacie za jakiś czas w kolejnej sążnistej dekompozycji.

Przez Polskę

Covidowa rzeczywistość zmieniła też nasz podejście do podróżowania. W tym roku zdecydowaliśmy się zostać w kraju i pozwiedzać lokalnie. Pojechaliśmy najpierw na południe do Bałtowa, następnie w sam róg Polski, w Bieszczady.

Ale tam pięknie! Rozumiem już ten wyświechtany dowcip o rzucaniu wszystkiego. Do tej pory czułem, że miałem szczęście jak gdzie przez drogę przeskoczy nam sarna. A teraz nie było dnia bez bliskiego kontaktu z łosiem, jeleniem czy kilkoma lisami.

Później ścianą wschodnią obok Arłamowa w stronę Lublina. Dalej niestety zawróciliśmy do Warszawy, ale gdyby nie to, to byśmy jeszcze zahaczyli o Białowieżę i dorzecze Narwii.

Spodobało nam się takie podróżowanie na czterech kółkach skacząc co kilka dni w nowe miejsce. Odżyły we mnie dawne przyjemne doświadczenia z podróżowania campervanem po Islandii. 

My+1

W samym środku lockdownu urodziła nam się Hania. To był kulminacyjny moment roku, mimo że wydarzył się w kwietniu. Na ulicach pełny lockdown, zakaz wychodzenia z domów (można było dostać mandat za zmianę opon…) a tymczasem rodzi nam się córka.

Nie było mnie przy porodzie, bo załapaliśmy się na zakaz odwiedzin na porodówkach. Przed szpitalem wielki pomarańczowy namiot pandemiczny. Plus był taki, że ulice były puste i po raz pierwszy w życiu udało mi się zaparkować bezpośrednio pod szpitalem. Gdy Hania się urodziła nie miałem jak zrobić sobie pępkowego. Nalałem sobie odrobinę whisky, włączyłem imienniczkę Hanię Rani i poraz drugi pożegnałem się z poprzednim, już poukładanym życiem.

I teraz, po raz drugi, przechodzę fascynację małym stworzeniem. Przypominają mi się rutyny, etapy rozwoju, strachy. Pierwsze gesty, ruchy, reakcje. Sam sobie zazdroszczę, że przeżyję to po raz drugi.

Tymczasem starszy brat przy niej to już samodzielna osoba z własnymi opiniami, smakami i preferencjami. Staramy się uczyć go świadomości swoich emocji i swoich granic. Podpieramy się książkami o samoregulacji, których metody  podejrzanie dobrze działają także na dorosłych.

Patrzymy z Pauliną na oboje i uderza nas raz na jakiś czas, że to niemożliwe, że tak to się wszystko potoczyło i mamy dwójkę dzieci. Nieważne jakie burze są na zewnątrz to tych doświadczeń i historii nikt nam nie zabierze.

Nie myślałem, że to jeszcze możliwe, ale mam jeszcze mniej czasu dla siebie i związku z Pauliną. Mój ulubiony czas, to ten, który spędzamy jeżdżąc samochodem między Warszawą a lasem wczesnym wieczorem. Dzieci już śpią na tylnej kanapie, a my możemy porozmawiać na pełne spektrum tematów, które się ciągle miksują i ewoluują – zaczynając od czarnych dziur a kończąc na krzywdzącej reprezentacji goblinów w „Hobbicie”.

W 2020 roku, kiedy świat skurczył się do kilku pomieszczeń i minimum kontaktów międzyludzkich cieszę się, że mam kogoś, kto ma tak rozbudowany świat wewnętrzny, ze można się w nim zgubić.

Opcjonalność

Lekcja dla mnie na ten rok to zrozumienie jak ważne jest posiadanie opcji. Największą przyjemność czerpałem z możliwości zmiany – a po tej zmianie powrotu do tego co było wcześniej.

Jest to trochę nieintuicyjne, bo im więcej masz opcji tym mniej z nich korzystasz – nie da się iść jednocześnie dwoma ścieżkami. Sedno jednak leży w tym, aby na rozwidleniu dróg mieć jak najwięcej możliwości i móc przeskoczyć na nową jeśli obecna okaże się ślepych zaułkiem.

Jak nie mogliśmy wytrzymać w warszawskim mieszkaniu to uciekaliśmy do lasu. Jak doskwierała nam samotność w lesie wracaliśmy do stolicy. Nie jesteśmy na stałe ani tu, ani tu i jak przyjdzie nam ochota to w przeciągu kilku godzin możemy przetransferować się w nowe miejsce.

To mi się wydaje lepsze niż zainwestowanie się tylko w jedną opcję i spalenie za sobą mostów w imię pozornego uproszczenia sobie życia. Nauczyłem się też wystrzegać ludzi, którzy chcą moją opcjonalność ograniczać: czy to w kwestii umów i biznesów czy też przedmiotów i aktywności.

Jedyne gdzie opcjonalność nie działa to relacje z najbliższymi.

Pro Life

Lubię taki eksperytent myślowy, w którym staram się zbudować jak najmocniejszą wersję argumentów strony, z którą się nie zgadzam. Jeśli chodzi o zakaz aborcji to widzę to tak:

Nie wiemy kiedy życie ludzkie się zaczyna. A nawet jeśli będziemy wiedzieć teraz to postęp medycyny powinien tę granice przesuwać na coraz wcześniej i wcześniej. Ten brak granicy powoduje, że powiniśmy być bardzo ostrożni i mieć duże bufory, bo w innym przypadku możemy stworzyć system w którym państwo usankcjonuje karę śmierci wykonywaną w miejscach, w których życie powinno się ratować. Do tego karę śmierci wobec kogoś kto nie może się bronić. Dlatego aborcja jest zła.

Jeśli faktycznie zależy antyaborcjonistom na zminimalizowaniu aborcji to lista najważniejszych działań jest krótka i oczywista: wspierać współczesną edukację seksualną i dbać o powszechną antykoncepcję. Ale tego nie robią, bo im nie zależy na zmniejszeniu aborcji – im zależy na karaniu innych nie pasujących do ich wizji świata. Nie widzą, że dozwolona aborcja to nie jest przymusowa aborcja; że życie, a godne życie to dwa różne stany.

Drugi eksperyment: załóżmy, że zrobiliśmy wrogie przejęcie hasła pro-life. Co powinni zrobić jego nawróceni działacze? Zagwarantować świetną opiekę przedporodową oraz infrastrukturę po porodzie – szczególnie dla dzieci niepełnosprawnych. Zaopiekowani ludzie mają przestrzeń do opiekowania się swoimi dziećmi, niezależnie od ich kondycji psychofizycznej.

To też się udało? No to jeśli naprawdę chcemy być pro-life to czas pomóc mniejszościom LGBT+, poprawić dostępność psychologów w szkołach (mamy rosnący trend samobójstw wśród dzieci), naprawić jakośc powietrza (najgorsza w UE) i walczyć ze śmiertelnymi wypadkami na naszych drogach (jesteśmy trzeci najgorsi w UE). Wtedy faktycznie uda się uratować mnóstwo żyć! To będzie faktyczne pro-life i do takiego bym się zapisał.

Podsumowując


Usłyszałem w tym roku raz jak pewna babcia stwierdziła, że ona planowała żyć tylko do 2000 roku, bo wtedy miał się skończyć świat. Nie skończył się, więc uznała każdy następny za miłe zaskoczenie.

W sumie to my nie potrzebujemy wiele do szczęścia: jedzenie, dach nad głową i towarzystwo. Cała reszta to bonus. Ten kto ma mało potrzeb szybciej znajduje zadowolenie.

Będę patrzeć na ten rok na coś formującego. Najdziwniejszy i najciekawszy rok do tej pory. Fajnie było go przeżyć, ale nie wracajmy już do tego.

PS. Wysłałem do siebie kolejnego maila na 2025 rok. Staś będzie miał wtedy 9 lat, Hania 5 a ja 40. Czy jestem w stanie cokolwiek powiedzieć o moim życiu wtedy? Nie postawiałem już żadnych tez, ale trzymam kciuki, że będzie dobrze.

PPS. ***** ***

2019

2013, 2014, 2015, 2016, 2017, 2018… gratulacje, przeżyliśmy następny rok. Czas dołożyć kolejny do kolekcji!

Warsztat Produktowca

Rok temu pisałem, że lubię mówić do publiczności, bo to pozwala mi precyzyjniej myśleć i wypowiadać się o moich metodach pracy. Na tyle dużo materiału udało mi się dzięki temu poukładać, że postanowiłem efekty nagrać i umieścić w Sieci. Dzięki temu będzie dostępny na zewnątrz sal wykładowych i wygeneruje mi trochę pasywnego przychodu.

Tak po dziewięciu miesiącach powstał Warsztat Produktowca – miejsce gdzie można kupić mój kurs zarządzania produktowami cyfrowymi. Pomogły mi przy tym lata rysowania makiet na tablecie, zapisanych czarnych notatników i przegadanych Otwieraczy.

Już pierwsze wyniki są dla mnie bardziej niż zadowalające: w ciągu miesiąca od premiery kurs zarobił na siebie około 6 razy więcej niż książka Mobile Dla Menedżerów przez cały czas – dając mi przy okazji znacznie więcej satysfakcji.

Giełda

W 2018 roku intensywnie poznawałem rynki finansowe próbując zrozumieć jak sensownie ulokować wolne środki finansowe. Widząc mikroskopijne procenty na lokatach oraz nędzne efekty funduszy inwestycyjnych postanowiłem wyedukować się w temacie giełdy.

Choć to dopiero trochę ponad rok od startu mojej przygody z przyjemnością raportuję, że cały mój portfel poszedł w górę o 14%. Moją ambicją było uzyskać 6% (dwa razy więcej niż lokaty bankowe), więc plan jest wykonany z nawiązką.

Ten spadek w pierwszej połowie to końcówka zeszłego roku. Okazja do tanich zakupów

Staram się robić to, co Warren Buffet rekomenduje przez lata w swoich listach i wypowiedziach. Robić mało i tylko tam gdzie rozumiem co się dzieje, nie patrzeć na notowania giełdowe (to rada była dla mnie zupełnie nieintuicyjna) i nie tracić pieniędzy. To łatwe do przyswojenia, ale trudne do implementacji, bo po drodze stoi chciwość, potrzeba ciągłej aktywności i owczy pęd.

Przy okazji udało mi się osiągnąć jeszcze dwa moje kamienie milowe: kupić akcje Apple oraz Berkshire Hathaway B. Done!

Tak minął pierwszy rok. Można powiedzieć, że trafiło mi się szczęście początkującego. Ponoć dobrą strategię da się ocenić dopiero po trzech latach. Zobaczymy!

Podróże

Pod względem podróży ten rok był inny. Zamiast ruszać gdzieś co miesiąc skumulowaliśmy nasze podróże na trzy mocne (i całkiem dla nas egzotyczne) uderzenia: narty w Andorze, Islandia w maju i Francja na koniec wakacji.

Z tych wyjazdów wyróżnia się Islandia. Wydawało mi się, że już wiele w życiu widziałem, ale to zupełnie inny poziom.

Wynajęliśmy sobie mały samochód dostawczy z tyłem przerobionym na sypialnie z kilkoma półkami i ruszyliśmy dookoła wyspy. Jadąc przez całkowicie obcą naturę, z dala od ludzi, patrząc na formacje skalne, wodospady i lodowce czułem, że gdyby one miały świadomość, to nie bylibyśmy warci nawet ich przelotnej myśli.

Ta rozległość jaką tam się napotyka połączonA z poczuciem samotności w pozytywny sposób mnie przytłoczyło. W pewnym momencie zrozumiałem, że jestem tylko zlepkiem atomów, który patrzy na inne zlepki atomów w jednej wielkiej nieokreślonej przestrzeni. Kilka miesięcy później natrafiłem na określenie oceanic feeling, które najlepiej ujmuje w słowa to co czułem. Mistyczne doznanie.

Chwilę później weszliśmy w trójkę na wulkan

Zanim pojechaliśmy na Islandię pytałem się naszych znajomych, którzy już tam byli, czego mamy się spodziewać. Jeden z nich stwiedził, że nam nie powie, bo słowa umniejszają tym doświadczeniom. Dodał tylko, że po powrocie bedziemy mieć kilka kilka tygodni szoku, w którym ciężko będzie nam rozmawiać o czymś innym niż Islandia, a później każdy następny wyjazd będziemy oceniać względem nowego islandzkiego wzorca jakości. I tak faktycznie się stało.

Ciało i umysł

Choć moje ciało daje mi do zrozumienia, że jestem coraz starszy to jednak wyniki fizyczne mam coraz lepsze. Znów poprawiłem czas na Biegnij Warszawo – lepszy miałem tylko raz, osiem lat temu. Czuję zwiększoną sprawność w nieoczywistych sytuacjach: gdy trzeba śpiące 3.5 letnie dziecko nieść na rękach przez Amsterdam czy biec z 25 kilowym bagażem na odprawę samolotu. Fajny jest ten brak zadyszki.

Wróciłem do poważniejszego traktowania swojej głowy jako rzeczy, o którą trzeba dbać i trenować – tak samo jak ciało. Stąd mój powrót do medytacji. Tym razem jednak chciałem to zrobić na serio: z pełnym zgłębieniem idei i metod, ale bez sekciarsko-religijnych zapędów z jednej strony i new-age’owych magii z drugiej. Tak trafiłem na Sama Harrisa i jego Waking Up – zarówno książkę jak i aplikację do medytacji. Polecam każdemu – zarówno część praktyczną jak i teoretyczne podstawy. To, co pokazuje Sam to fundamentalne umiejętności, których ktoś zapomniał nas nauczyć w szkole.

Czytanie i pisanie

Nowy rekord – 27 książek w rok! (tutaj pełna lista) W 2018 powątpiewałem czy jestem w stanie przeczytać więcej niż 25 książek, a jednak się udało.

Z dwóch powodów:

  1. Jestem absolutnym fanem autorów serii „The Expanse” i w tym roku w formie audiobooków przesłuchałem aż sześć części serii. Każda z tych książek to kilkanaście godzin świetnej literatury SF. Jestem pod wrażeniem jak twórcom udało się utrzymać tak wysoki poziom przez tak długi czas,
  2. Pochłonął mnie temat mózgu i świadomości. To trochę taki efekt Wikipedii – przeczytałem jedną książkę, w której inna była cytowana, zabrałem się więc za cytowaną, a ta skierowała mnie do następnej. Jak działa mózg? Czy pokazuje rzeczywistość taką jaka faktycznie jest? Skąd wiemy, że jesteśmy świadomi? Wpadłem w ten tematy jak do króliczej nory.

Natomiast moją książką roku zostaje „The Wizard and the Prophet” Charlesa C. Manna. To niesamowita opowieść o walce dwóch ideologii, technosolucjonizmu i ekologii, o to kto ma racje: czy ludzie powinni być ponad naturą i ją wykorzystywać do ratowania i poprawy jakości życia czy też powinni zrozumieć swoje miejsce i ograniczyć swój wpływ na nią aby zachować balans. Tutaj moja recenzja.

Czas się już pogodzić z tym, że nie mam serca pisać drugiej książki. O wiele lepiej mi idzie z krótszymi formami, takimi jak Natura Przełomowej Innowacji i Teoria Agregacji. To ciągle wiele godzin pracy, ale efekt widać szybciej i satysfakcja większa.

Małe zachwyty

Choć nie wiem jak cieszyłbym z jakiegoś zawodowego sukcesu to jednak fakt, że mój syn nauczył się jeździć na rowerze zachwyca mnie bardziej. Kiedyś myślałem, że zachwycanie się takimi małymi sprawami to objaw braku ambicji (przecież gdzieś tam jest zawodowy Mt. Everest do zdobycia!).

Ale, raz na jakiś czas, gdy mam szczęście i moja głowa mi pozwoli, dociera do mnie jak szczęśliwy jestem tu i teraz, z tym co mam – nie myśląc o zaszłościach i o planach. Małe zachwyty, którymi usłany jest świat mojego dziecka („patrz tato, cyfra osiem!”) pozwalają mi sobie o tym przypomnieć.

Próbuje tworzyć dla siebie przestrzeń na takie małe zachwyty dając sobie ciszę i czas. Wtedy pojawiają się same, jak liście na moim bonzaju.

Modulowanie

W tym roku jestem bardziej świadomy swojego stanu wewnętrznego. Zaczynam rozumieć kiedy jest mój najlepszy czas na pisanie, kiedy decydowanie, kiedy na czytanie, a kiedy trzeba sobie odpuścić planowanie (z tym idzie mi najgorzej). Zaczynam eksperymentować i miksować różne aktywności z różnym poziomem energii. Już wiem jaki stan jest dla mnie absolutnie szczytowy jeśli chodzi o skuteczność pracy i satysfakcję: gdy rano pójdę na siłownię i wracając z niej wypiję czarną kawę. Mam wtedy 2 godzinne okienko gdy przytrafia się najwięcej najlepszych pomysłów; części układanki same się dopasowują.

Druga strona medalu jest taka, że do takiego podejścia sam siebie zmusiłem. Nie regeneruję się już tak łatwo jak nawet kilka lat temu. Nie potrafię być na pełnych obrotach cały czas i przełączać się szybko między różnymi kognitywnie zadaniami bez dużej straty efektywności.

Mam też coraz wyższe wymagania co do środowiska w którym się znajduje. Kiedyś potrafiłem zmusić się do skupienia w dowolnym pomieszczeniu i w dowolnej sytuacji – umiałem przyjąć na siebie mnóstwo bodźców. Teraz jest z tym coraz gorzej, a moim ulubionym przedmiotem w całym roku są słuchawki wyciszające.

To następny rok uświadamiania sobie, że nie jestem nieśmiertelny.

Pytanie roku

Moje lektury o mózgu, powrót do praktyki medytacyjnej oraz obserwacja rozwoju kognitywnego mojego syna doprowadziły mnie do mnóstwa ciekawych wniosków i dalszych pytań:

Dlaczego fakty nie transferują doświadczeń? Jaka jest relacja między mózgiem a umysłem? Dlaczego lubię układać puzzle, a nie lubię tańczyć? Czy to „ja” czegoś nie lubię czy mój umysł czy mój mózg? A może to wszystko to samo? Skąd wiem, że to co nazywam czerwonym kolorem jest czerwonym kolorem? Czy to co pokazuje nam mózg to jest rzeczywistość?

Jak to możliwe, że potrafimy wymodelować działanie obiektów, których nigdy nie doświadczymy jak czarne dziury, a nie potrafimy odpowiedzieć na pytanie jak ze zbitki tkanki, którą wszyscy posiadamy, powstaje świadomość?

Skąd bierze się świadomość? To dla mnie pytanie roku.

Podsumowując

Ten rok był kontrastowy. Kilka razy zawędrowałem w miejsca, w których nie chce już nigdy być. Dowiedziałem się o tym dopiero post factum – przez zrozumienie kontrastu między doświadczeniami, które lubię i tymi, których nie lubię. Ale dopiero jak miałem porównanie mogłem zrozumieć różnice między nimi.

To doprowadza mnie to ironicznego wniosku: najciekawsze błędy to te, które, cofając się w czasie, popełniłbym jeszcze raz – nawet rozumiejąc konsekwencje. Dzięki tym błędom lepiej wiem, co jest dla mnie dobre a co nie. Różnica między tymi stanami jest lepszą nauką niż teoretyczne snucie alternatywnych światów.

Gdybym tych błędów nie popełnił nie dowiedziałbym się czegoś ważnego o sobie – czegoś, co zostaje ze mną do końca życia. Chwilowa niedogodność i rozchwianie emocjonalne to przy tym niski koszt.

Przypomniały mi się przy tym nauki z moich lekcji kickboxingu: Pierwszy cios w twarz paraliżuje. Każdy następny jest coraz łatwiejszy do pochłonięcia i reakcji.

Rok 2020 zapowiada się ciekawie. Fundamentalne zmiany na horyzoncie, choć mam poczucie, że mówię to co rok :)

Otwieram Mobile dla Menedżerów + akcja na Święta

Minęły 3 lata odkąd na polskim rynku pojawiła się moja książka: Mobile dla Menedżerów. A to oznacza, że wyczerpała się licencja wydawnictwa, a ja mogę wziąć całą treść MDM i ją otworzyć dla wszystkich chętnych.

A więc oto jest: Mobile dla Menedżerów w wersji online i PDF.

To mój prezent dla Was na Święta:)

To jednak nie wszystko. Wykupiłem od wydawnictwa ostanie 175 sztuk papierowej edycji MDM. Nie chcę z nich już czerpać korzyści finansowych, ale mam poczucie, że mogę z nimi jeszcze zrobić coś dobrego.

W związku z tym każda chętna/chętny który wpłaci na swoją ulubioną organizację charytatywną równowartość ceny sklepowej jednego egzemplarza (ok. 25zł, ale zachęcam na wyższe kwoty!) i wyśle mi na maila mmzaremba@gmail.com potwierdzenie przelewu otrzyma ode mnie kopię z dedykacją. Do odbioru personalnie w Warszawie :)

Jeszcze ciepłe :)

Można kupić jedną sztukę dla siebie, można kupić kilka sztuk pod choinkę dla branżowych znajomych, można kupić kilkanaście do swojej firmy – jak kto woli, ważne tylko żeby wesprzeć ważną sprawę.

Pomożecie?