Poradnik: Jak wykorzystywać ludzi, część 1

Każdy każdego wykorzystuje. Nikt się jednak do tego nie przyznaje – to jeden z elementów naszej społecznej hipokryzji. Umiejętność wykorzystywanie ludzi do swoich własnych celów jest (imho) bardzo pożądaną umiejętnością. Ostatecznie wygrywa ten, kto efektywniej wykorzysta odpowiednich ludzi.

Aby wyklarować: wykorzystywanie oznacza delegowanie zadań nie oferując za to wymiernej korzyści. Nie ma za to nic wspólnego z krzywdzeniem, okłamywaniem i malwersacjami.

Jednym z podstawowych sposób wykorzystywania ludzi wokół siebie to traktowanie ich jako filtrów, np. informacyjnych. Nie potrzebuję czytać antyweb.pl, interaktywnie.com czy innych serwisów „branżowych”, bo o tym co jest istotne dowiaduję się od znajomych, którzy za mnie parserują informacje. Jeśli coś jest rzeczywiście istotne, wypływa w bezpośrednich rozmowach – online lub oko w oko. W ten sam sposób później ja staję się filtrem dla innych – przekazuję tylko to co uważam za istotne.

Mając kilka takich ludzkich filtrów informacyjnych można zrezygnować całkowicie z czytania newsów.

To najlepszy sposób, aby uniknąć zalewu niepotrzebnych informacji.

Antisocial

Jeśli ktoś mówi, że ma więcej niż jednocyfrową liczbę przyjaciół to kłamie. Tak samo ze dziesiątkami znajomych. Człowiek, mimo, że jest istotą społeczną, nie jest w stanie generować więzi ze wszystkimi ciekawymi jednostkami w jego okolicy. Nikt nie ma na to czasu, energii i zaufania.

Internet i mobile dały ludziom możliwość oversharingu: dzielenia się każdym widzialnym, autoocenzurowanym kawałkiem swojego życia w trybie ciągłego streamu, który, właśnie przez swoją nieustanność, deprecjonuje autora.

Ergo, budowanie sieci społecznościowej wokół swojej osoby to mit; im więcej ludzi trafia do takiej sieci, tym jej wartość (oraz każdej jednostki w tej sieci) spada. Stąd też pomysł m.in Path na ograniczenie liczby znajomych do 50 (co i tak jest za dużo jak dla mnie).

Najlepsza sieć społecznościowa to sieć ukryta: jej członkowie wiedzą o jej istnieniu, ale nie mają pojęcia, kto się w niej jeszcze znajduje. W tym układzie relacje zachodzą zawsze między dwoma osobami, bez wtrącania się tła w postaci znajomych znajomych. Komunikacja jest intymna.

Taka sieć nie miałaby jak zarabiać. Nie rozrastałaby się w tempie wykładniczym, nie uzyska skali. Ale może jest potrzebna?

Gospodarka urojona

Ciężko jest wyprodukować, a później sprzedać coś fizycznego. Materia stwarza opór. Wiele świetnych pomysłów nigdy nie wchodziło na rynek, bo koszty zwalczania oporu materii były zbyt duże (case: Gilf)

Ale bity już nie są takie perfidne. Można je przemieszczać i kopiować, sa nieograniczonym źródłem, może także dochodów.

Obecnie najlepszy możliwy  (w sensie: optymalny) biznes to taki, w którym za wirtualne dobra płaci się prawdziwymi pieniędzmi.

Z tym ze prawdziwe pieniądze to tez już definicja przechodząca na śmietnik historii, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że  pieniądz jest teraz forma kredytu ( i do tego na elektronicznym rachunku; to forma uznaniowa, fiducjarna, bez fundamentów).

Ludzie są już przygotowani na to, ze pieniądz został zredukowany do symbolu – bez fizycznej reprezentacji.

Dlatego bez problemu przyjmują wirtualne waluty w Farmville, in- app payments i tym podobne zagrywki developerów social games i MMO.

Na razie to wyspy na morzu starej gospodarki, ale spodziewam że czeka nas fala konwergencji przypominająca w założeniach integrację ekonomiczną.

A wszystko rozpocznie sie od tego, ze wirtualna waluta w social games stanie się wymienna nie w realu ale w innej grze. Ustanowi się kurs wymiany, pojawia sie giełdy wirtualnych walut, oscylatory, foreksy, kredyty, instytucje pośredniczące. Wbudujemy stary system finansowy w nowe urojone światy. Aż nagle okaże się, że nikomu nie opłaca się, że wirtualne waluty (lub też jedna, uniwersalna wirtualna waluta) będzie wiarygodniejsza od ich rzeczywistych alternatyw.

Ciekawe czasy nas czekaja.