Jak zostałem trollem

To będzie insiderska i mało interesująca notka, ale uwielbiam blogaskowe beefy, więc nie mogłem się opanować.

Nie byłoby tej notki gdyby nie Tomek Grynkiewicz. To całkiem łebski gość, pisze fajnie o technologiach i polskich startupach, ale najciekawsze rzeczy wrzuca na swojego bloga, gdzie jego level trollowania > 9000. Zapostowałem dzisiaj na fejsie artykuł z serwisu PolskieFakty.pl – o ten dokładnie. Teza artykułu: media kłamią, bo grają na dwa fronty-  z jednej strony nieśmiało budują wizję „Pokolenia anty-ACTA” a z drugiej podpisują się pod stanowiskiem Izby Wydawców Prasy, gdzie pojawił się następujący fragment:

Po przeanalizowaniu postanowień przedmiotowej umowy oraz zapoznaniu się z uzasadnieniem wniosku o udzielenie zgody na podpisanie omawianej umowy, pragniemy wyrazić nasze pełne poparcie dla idei ACTA i jej ratyfikacji w Polsce i w Unii Europejskiej.

Rzeczony serwis dodaje jeszcze, że „O tym fakcie wydawcy ani na łamach swoich gazet ani na portalach oczywiście nie poinformowali.” Oczywiście Agora dostaje po tyłku jako główny zły i sprawca wszystkich spisków („Wiadomo, GW”), ale na liście, którzy zgadzają się z tym stanowiskiem jest większość ważnych wydawców w Polsce.

Tomek ostro i emocjonalnie zareagował i trochę przepychanek słownych w komentarzach doprowadziło do tej notki na jego blogu. Czuję się więc wywołany do odpowiedzi. Jako troll z zamiłowania, przez trolla z profesji.

Argumenty ustawiające tomkową rzeczywistość:

Ad 1. Nie jest prawdą, że nie było informacji o tym, że IWP popiera ACTA. Tutaj pełna zgoda (choć Tomek się zapędził i z góry założył, że zgadzam się ze stwierdzeniem w zapostowanym przeze mnie artykule, tak samo, że zgadzam się z manifestem Czerskiego – gorąca głowa!). Dziwnie jakoś nigdy przy okazji IWP nie pojawia się informacja o tym, kto do niej należy. Jako, że dla nas, młodych gniewnych (przed 30stką) Sieć jest realem, więc dwa kliki dalej możemy sobie listę wydawców mediów pro-ACTA przejrzeć np. na Wykopie. Zapewne Tomek jak i reszta profesjonalnych dziennikarzy stwierdziło, że skoro tak łatwo znaleźć te informacje w innych miejscach, to nie ma sensu wymieniać ich w swoim medium. Dzieci Sieci same sobie to znajdą.

Taaaak, no przecież to logiczne! Nikt Wam później na jakiś blogaskach i mediach zaczynających się na „Polskie…”  nie będzie robił z tego afery. Sorry folks, nie tak działają internety, ale przecież Wy to wiecie.

Ad 2. Podział redaktor/wydawca. No cóż mogę powiedzieć – nie wierzę w neutralność mediów. Co więcej, przychylam się do teorii, że medium jest nośnikiem najpierw reklamy, a dopiero później treści. Więc kompletnie mnie nie interesuje czy ktoś na Tomka naciskał i jak wyglądają jego relacje z wydawcą. A czy statystycznego czytelnika prasy to interesuje? Nie. Bo po co?

Wierzę natomiast w szczerość intencji i przyjąłbym ze zrozumieniem jakąś formę publicznego komunikatu w którym jasno byłoby powiedziane: tak, popieramy ACTA ponieważ dobrze wpłynie na nas biznes. Taki argument rozumiem, nawet jeśli się z nim nie zgadzam. Ale wtedy przynajmniej byłaby jasność, kto jest gdzie (i gdzie stoi ZOMO, trolololo). Wtedy też media zaczynające się na „Polskie…” nie miałyby sensacji (a przynajmniej nie mogłyby powiedzieć „Uuuuuuuu, mamy Cię, wredny, obłudny dziennikarzu”)

Ad 3. Tomek, patrze Ci uważnie na klawiaturę, ale nie rozumiem: to jak w jednej Izbie twierdzimy, że czarne jest czarne, a w drugiej, że czarne jest białe? Czy to oznacza, że mamy pełną olewkę co do tych stanowisk, czy ktoś ma rozdwojenie jaźni? Jestem młodym internautą, nie znam się: nie istnieje w takich instytucjach możliwości posiadania odrębnego zdania? Lub też ktoś zakazuje mówienia: sorry, chcieliśmy dobrze, ale nas przegłosowali? (btw. pasująca ilustracja)

Każdy tego rodzaju beef kończy się tym, że zawodnicy odchodzą do swoich narożników z silnym poczuciem moralnego zwycięstwa, a życie i biznes toczy się dalej swoimi torami. Tutaj tylko mała uwaga: Polacy mają ponoć najwyższe zaufanie do dziennikarzy w całej Europie. To bardzo fajne i przyjemne, ciekawe tylko jak długo jeszcze potrwa, skoro powoli kuje się w zaułkach polskiej Sieci pojęcie Big Media, nawiązując do znienawidzonego amerykańskiego Big Pharma.

Dokładnie tak samo jak z Watergate zrobiono Rywingate.

Wersja TL;DR:

Social jest publiczny, Service grupowy, a Search prywatny

Nasza aktywność w sieci dzieli się na trzy tryby: Social, Service i Search. Każde z tych pól ma inny feeling społeczny i gdy nagle któryś z dużych graczy technologicznych rozwija swoje macki do kategorii obok to zaczynają się kłopoty.

Social

Social nie ma bariery wejścia, bo user zakłada, że komunikuje się w tym trybie z ludźmi, których (przynajmniej minimalnie) zna, więc z góry zakłada, że jest bezpieczny (choć wiemy, że iluzorycznie). To relacje człowiek – człowiek, z zaufaniem, które jednocześnie nie wymaga zbytniej prywatności (o to dba szczególnie mocno Zuckerberg pod egidą walki o transparentne społeczeństwo). Otoczenie innymi ludźmi z gruncie rzeczy prowadzi do autocenzury i szybkiego sprawdzania czy link, który wrzucam na fejsa pasuje do mojej „networkingowej” wizji siebie i  nadaje się dla znajomych (i co oni sobie o tym pomyślą?)

Service

to narzędzia i platformy SaaSowe optymalizujące pracę, które są instant,  no-maintenance i collaborative. Ta grupowość jest tutaj logiczna – zsumowana wiedza grupy pracującej nad projektem jest znacznie większa niż poszczególnych pracowników. To relacje człowiek-grupa celowa, powołana do wykonania zadania. Ograniczony zasięg grupy pozwala na gromadzenie i dzielenie się wiedzą, która ma wymierną wartość: plany, informacje poufne, know-how. Tutaj panuje prywatność zbiorowa: wypłynięcie tej wiedzy na zewnątrz nie jest akceptowalne i prowadzi do zniszczenia zaufania do usługi.

Search

Search, paradoksalnie, jest na samej górze piramidy prywatności. To indywidualna relacja człowiek- algorytm w której nie ma miejsca na autocenzurę. Jeśli miałbym szukać informacji o białaczce to zrobiłbym to korzystając z Searchu, bo chciałbym być anonimowy i nie propagować tej informacji zbyt wcześnie, aby nie wywoływać niepotrzebnych sygnałów do otoczenia. Search jest najbliżej prawdziwych intencji usera, bo nie wymaga filtrów społecznych – co jednocześnie przekłada się na potrzebę absolutnej prywatności.

Wnioski

 

 

Piszę o tym, bo uważam, że to, co robi teraz Google łącząc Plus z Searchem jest ogromnym błędem. Search powinien być neutralny i „aspołeczny”. Wszystkie +1, łączenie treści z Plusa (czyli Sociala) z tym co pojawia się na Google.com powoduje z jednej strony, że wyniki wyszukiwania zaczynają zależeć od moich relacji ze znajomymi (zreszta: zobaczcie jak wygląda fraza „Photos” przy włączonym Google + My World). A Search powinien zależeć od jakości contentu, a nie tego, co lubią moi znajomi.

To działa też w drugą stronę: Facebook, mając 800 mln użytkowników, może sobie w dowolnym momencie otworzyć Search (albo wchłonąć Binga). Czy wtedy traktowałbym to jako poważne narzędzie? Nie, dokładnie z tego samego powodu: Search nie idzie w parze z Socialem, bo dwa zupełnie inne tryby działania.

 

Lock-in

Według danych Gene Munster 94% użytkowników iPhone chce, aby ich następnym telefonem też był iPhone. To niemal nieprawdopodobnie wysoka wartość, bo oznacza, że (uogólniając) churn rate jest na poziomie 6%.

Jak to się dzieje, że aż tylu userów chce dalej korzystać z produktu tej samej marki? Oczywiście ma tutaj wpływ dużo elementów, takich jak przyzwyczajenie czy potwierdzenie statusu materialnego, ale patrząc na Apple mam wrażenie, że głównym czynnikiem jest mistrzowskie granie lock-inem.

Lock-in to zamykanie userów w jednym ekosystemie i bierne utrudnianie „wydostania” się z niego. Odpowiednio prowadzona polityka lock-inu powoduje, że inwestycje związane z wchodzeniem w system są gradualne i małe, ale zagregowany koszt wyjścia przekracza korzyści związane ze zmianą.

Apple ma podstawową przewagę w stosunku do swoich konkurentów na rynku elektroniki użytkowej: 100% kontrolę nad własnym ekosystemem więc może dowolnie sterować swoimi usługami bez konieczności harmonizacji na wielu płaszczyznach (vide Android). Dzięki temu może szybko wprowadzać usługi zamykające użytkowników – takie jak na przykład obecny iCloud (ale lista jest znacznie dłuższa), ale najlepszym lock-inem Apple jest iTunes. Kupowanie contentu przez ten program jest banalnie proste, kupione treści automagicznie dostępne na wszystkich urządzeniach z jabłkiem, ale już przeniesienie tego poza ten ekosystem niemal niemożliwe.

Pojawia się pytanie – dlaczego użytkowników to nie boli? Przecież ich treści (i jak zapewne myślą bojownicy o neutralność technologiczną – także prawa) są sztucznie i arbitralnie ograniczane!

Dlatego, że Apple daje doświadczenie 360. Niezależnie na którym ekranie chcesz konsumować swoje treści – masz taką możliwość: od drogich stacji roboczych Mac Pro, przez przenośne MacBooki Air, iPhone’y, iPady, iPody i nawet AppleTV. Każde następne urządzenie z jabłkiem też będzie miało je miało. Wybierając teraz nagle telefon z Windows Mobile 7 czy Androidem miałbym poważne poczucie utraconych korzyści w postaci treści i aplikacji, które już kiedyś kupiłem.

Po co więc wychodzić poza ten perfekcyjnie zbudowany bąbel?