Mobile-only

Przez ostatni rok podejście mobile-first stało się normą na poziomie komunikacyjnym (wszyscy mówią, że tak powinno być) i powoli zaczyna być wdrażane operacyjnie (niektórzy robią tak jak mówią że powinno być).

Trend galopuje jednak tak szybko, że podejście „mobile-first” niedługo zostanie zastąpione przez „mobile-only”. Szacuję, że w przeciągu 6 miesięcy na konferencjach zaczniemy rozpowiadać o tym, że może jest sens aby pomijać desktopy dokumentnie.

Takie totalne podejście na początku będzie traktowane jako hipsterska moda z zachodu, później z dużą siłą zwalczana przez uniwersalistów wychodzących z założenia, że musimy być wszędzie gdzie to możliwe (tutaj ja się po części zaliczam z moim podejściem „no user left behind”), ale ostatecznie jednak mobile-only wygra.

Dlaczego?

Bo mobile stanie się wspólnym mianownikiem dostępu. Skala zaangażowania generowana przez mobile prześcignie desktop pod każdym względem na rynku B2C – od PV/UU przez streaming, operacje finansowe i komunikację osobistą. Najważniejsze jest jednak to, że liczba danych zostawianych (generowanych i udostępnianych) przez usera mobilnego będzie większa niż na desktopie.

Jednocześnie zakup nowego smartfona, który nie odbiega mocą od przeciętnego laptopa sprzed dwóch lat, jest o wiele łatwiejszy, bo bariera kosztowa jest niższa – operatorzy już teraz niektóre z nich sprzedają za 1 zł w abonamencie za 200zl/miesiąc.

Ostatecznie desktop to będzie zalegający kanał zbierający w sobie target najwolniej reagujący na zmiany, najmniej ufający technologiom i najsłabiej konwertujący.

Więc wśród startupów, inwestorów i grup mediowych pojawi się koncept odcinania macek które najsłabiej potrafią zagarniać zyski i focusowania się w miejscach, gdzie opór materii jest najniższy. Tak nie jest teraz, ale tak będzie niedługo.

Zainspirowane przez:

http://allthingsd.com/20130325/among-big-properties-apple-and-amazon-have-greatest-portions-of-mobile-only-users/

http://massivegreatness.com/mobile

 

Fake

w 1993 roku w New Yorkerze pojawiła się ten obrazek:

To było 20 lat temu. Teraz z kolei mamy tak, że przed komputerem siedzi ktokolwiek z nas i może powiedzieć „W internecie nikt nie wie czy piszę prawdę”

Internet to medium opinii, a nie faktów. Nie ważne, co rzeczywiście miało miejsce – ważne co o tym sądzimy i jakie wywołuje emocje. Im bardziej niesamowita jest ta rzecz, tym lepiej.

Potrzeba i bezmyślność shareowania faktoidów doprowadziła nas na zupełnie nowe wyżyny (niziny?) społeczeństwa opartego na informacji. Pseudospołeczeństwa opartego na pseudoinformacji.

Sam ciągle jaskrawo pamiętam dwa przypadki, gdy popisałem się taką bezmyślnością: wierząc w to, że Amazon kupił Ivonę (co pół roku później okazało się jednak prawdą, ale tu już inna historia) oraz gdy Samsung miał przywieźć pod siedzibę Apple ciężarówki monet w ramach kary ustalonej przez sąd (co oczywiście było nieprawdą). Obie informacje były mi udostępnione na Facebooku przez znajomych, których cenię dużą estymą za branżowe doświadczenie. Legitymizowali swoimi osobami informacje, które nie były potwierdzone. Dla mnie jednak były prawdą, bo przecież moi dobrzy znajomi by mnie nie oszukali, prawda? Oni sami jednak zostali oszukani w łańcuszku tak długim, że nikt nie widzi jego początku.

Przy następnej podobnej historii (rzecznik Play vs. Virgin Mobile) miałem już swoje lessons learned i powstrzymałem się przed komentowaniem i udostępnianiem czegokolwiek.

Jeszcze jakiś rok, dwa lata temu serwis The Onion preparując informacje na swoim portalu uświadamiał ludzi w satyryczny sposób jak niewielka jest różnica między rzeczywistością a kłamstwem, co doprowadzało czasem do fantastycznych pomyłek jednego z drugim . Teraz już nie potrzebujemy Cebuli – social sam się napędza w tym zakresie.

Kłamstwo, w przeciwieństwie do prawdy, już wcale nie musi być wiarygodne – wystarczy, że po prostu jest i krąży po sieci.

 

Mniej

Nie da się posadzić tyłka na dwóch fotelach jednocześnie.

Podczas Camino miałem ze sobą 10 kilogramowy plecak z bardzo małą liczbą rzeczy (każdy kilogram czuć na plecach). Jedną z najwspanialszych doznań była świadomość, iż im mniej miałem – tym mniej się martwiłem. Wtedy wolność oznaczała dla mnie brak uwikłania w myślenie o rzeczach.

Zastanawiałem się o tym po powrocie: skoro tak dobrze działa tymczasowe pozbycie się rzeczy, to czy da się ten stan utrzymać dłużej?

Kluczem jest świadomość, że nie mogę mieć wszystkiego. Większości rzeczy nie zobaczę, usłyszyszę, doświadczę – nawet jeśli chcę. Nie ma też sensu mentalnie gromadzić je na później. Nagle okazuje się, że im mniej mam rzeczy, tym bardziej cenię i zauważam te, które pozostały. Uświadomienie sobie tego, w naszym przebodźcowanym świecie, było dla mnie odkryciem ostatniego roku.
A 2013 zacząłem od kasowania, wyrzucania i upraszczania.
0804enrich

Warto przeczytać:

1. Minimalism FAQ

2. Enough