Złoty medal w trollowaniu

W moim osobistym rankingu trollingu złoty medal wygrywa zespół Justin Robert Young i Brian Brushwood. To współprowadzący podcastu NSFW i (mojego ulubionego) The Weird Things, gdzie robili już różne dziwne rzeczy. Jednak ich ostatni numer to najlepszy akt trollowania jaki widziałem – możliwy do osiągnięcia tylko teraz, tylko dzięki technologii i dostępowi do informacji, który mamy.

Zresztą – zobaczcie sami:

Czyli:

1. Poprosili swoich fanów o crowdsourceingowe sklecenie w całość książki, która jest całkowitym stekiem nie trzymających się kupy bzdur, który ma się wstrzelić w styl „50 shades of Gray”

2. Stworzyli fikcyjną postać autorki Patricii Harkins-Bradley (ma nawet konto na Twitterze)

2. Ustawili w iBooks Store super niską cenę $0.99

3. Poprosili swoich followersów i fanów o jednorazowy push w iBooks Store aby wprowadzić książkę do TOP10 najpopularniejszych książek bo wiedzieli, że jeśli to im się uda

4. …

5. PROFIT!

W ten sposób ich książka „Diamond Club” została czwartą najpopularniejszą pozycją w tym zestawieniu, mając ponad 2000 recenzji i średnią ocen 4.5 gwiadki na 5 możliwych (więcej info). Justin i Brian zarobili na niej $20k – zrobią za to wielką imprezę dla swoich fanów i będą rozdawać koszulki z napisem „Jestem autorem Diamond Club i dostałem za to tylko koszulkę”.

W ten sposób dwóch gości ograło system. Nie ma w tej opowieści żadnego wniosku i rad na przyszłość.

No może jeden wniosek. Skoro dwóch postrzelonych gości dla zgrywu potrafi zrobić coś takiego… to co potrafią zorganizowane instytucje?

Gorączka liczenia siebie

Czerpię ogromną przyjemność z obliczania i szacowania rzeczy, ludzi i działań. Nie wiem do końca skąd to się wzięło, ale pasuje do mojego sceptycznego (o tego) podejścia do życia i jest doskonałym zajęciem umysłowym. (Jest coś fajnego w obliczaniu na kolanie, ile budka z goframi na Helu wyciąga w sezonie zysku i po jakim czasie ma break-even na podstawie przepływu klientów w ciągu 30 minut – nawet jeśli to zupełnie dalekie od rzeczywistości.)

W końcu jeśli coś da się policzyć to znaczy, że można to ulepszyć.

Dlatego ogromnie mnie cieszy obecna gorączka na obliczanie siebie pod każdym kątem. W sumie to nie jest nowy trend, bo wszystkie diety, plany treningowe, systemy oszczędzania zaczynają się od określenia sytuacji zastanej (czyli obliczenia obwodu w pasie, czasu na 5K i budżetu domowego), ale wreszcie mamy narzędzia, aby nasze życie policzyć biernie, w miarę dokładnie małym i małym kosztem finansowym i czasowym.

Od dwóch miesięcy, inspirując się wpisem Stephena Wolframa „Personal Analytics of My Life” wprowadzam nowe narzędzia, które trackują moją aktywność. Niesamowitych rzeczy można się o sobie dowiedzieć dzięki nim – rzeczy, które uciekają świadomości podczas rutynowego życia.

Timing trackuje całą moją aktywność na komputerze z podziałem na poszczególne programy. Wiem z niego, że w czerwcu 2012 miałem włączony i aktywny Chrome przez 96 godzin, a pisanie maili zajęło mi 23 godziny. Średnio tygodniowo spędzam przed włączonym komputerem 42 godziny.  To mnie cieszy, bo spodziewałem się, że będzie znacznie więcej.

Gmail Meter daje mi dane o wykorzystaniu maila, ale to tylko częściowo, bo nie uwzględnia kont firmowych (ale wiem stąd, że średnia długość wiadomości w czerwcu w moim inboksie to 511 słów i przeprowadziłem 771 konwersacji). Szukam dobrego narzędzia, które w podobny sposób zanalizuje moje todosy i kalendarze.

Nike+ (a teraz Endomondo) mówi mi, że średnio w tygodniu biegam 19.5km co zajmuje mi, także w skali tygodnia, 2h30min. Czyli tygodniowo dwa razy więcej czasu spędzam odpisując na maile niż na bieganiu.

Teraz dodałem do tego jeszcze jeden element, którym kiedyś się pasjonowałem: finanse. Wróciłem do Kontomierza, uploadowałem moją historię finansową i tutaj też pojawiły się rzeczy, które w moim odczuciu wyglądały zupełnie inaczej. Nagle okazało się, że miesięcznie tylko 6% moich wydatków to   puby, restauracje i kawiarnie (spodziewałem się co najmniej dwa razy więcej!) natomiast 8% to książki, gry i inna płatna kultura.

Spytacie po co mi te (i tym podobne) dane? Pojedynczo nie dają zbyt dużo, ale przy odpowiedniej skali pozwalają odkryć siebie – na nowo. To trochę jak wyjście z własnej skóry i potraktowanie siebie jako policzalnego (poczytalnego?) obiektu.

A skoro coś da się policzyć to znaczy, że można to ulepszyć.

Dobrzy ludzie

Wiele razy mnie rekrutowano i kilka razy rekrutowałem i na bazie tych doświadczeń mogę wyciągnąć kilka wniosków, które pomagają w znalezieniu odpowiednich współpracowników, czyli tytułowych dobrych* ludzi:

1. List motywacyjny to obciach – zarówno dla kogoś kto rekrutuje, jak i dla kandydatów. Po co zmuszać kogoś do pisania strony a4, której i tak nie przeczytasz? Zamiast tego poproś o krótką odpowiedź na pytanie w tematyce przyszłej pracy. To ma dwa cele: da podstawy do określenia grupy nadającej się do następnego etapu i przefiltruje tych, którzy wszędzie masowo wysyłają takie same aplikacje,

2. CV nie działa – wszyscy naciągają rzeczywistość na swoją korzyść, bo CV nie ma charakteru publicznego, więc presja szczerości jest mniejsza. Zamiast tego proś o linka do profilu na LinkedIn bądź Goldenline. Tam ludzie w większości piszą prawdę, bo wiedzą, że znajomi, współpracownicy i partnerzy biznesowi w każdej chwili mogą to zobaczyć (fun fact: nigdy mnie nie zatrudniono dzięki CV, zawsze był to formalny dodatek),

3. Serwisy rekrutacyjne generują za dużo szumu. Możliwość założenia profilu i masowej odpowiedzi na wszystkie możliwe ogłoszenia jest zbawieniem dla kandydatów (którzy myślą, w sumie słusznie, że im więcej aplikacji złożą, tym mają statystycznie większe szanse na pracę), ale udręką dla rekruterów walczących z setkami ogłoszeń nie pasujących do profilu poszukiwanej osoby (tak mieliśmy np. w Proseedzie szukając redaktorów),

4. Rekomendacje znajomych działają. Znajomi nie polecają byle kogo, bo biorą po trosze odpowiedzialność za polecaną osobę. Do tego to fajne uczucie, gdy można być linkiem między świetnym pracownikem i świetnym pracodawcą,

5. Sztampowe ogłoszenia rekrutacyjne generują sztampowe aplikacje, a więc też sztampowych kandydatów. W sam dla kogoś, kto ma machać łopatą cały dzień, ale nie dla pracownika umysłowego. Wiedz, że gdy piszesz w ogłoszeniu iż „oferujesz pracę w dynamicznym zespole” to kandydat już wie, że jesteś nudnym pracodawcą,

6. Zamiast wskazywać obowiązki pokazuj, jak będzie wyglądał dzień/tydzień pracy. To o wiele praktyczniej wyjaśnia czym realnie będzie zajmował się kandydat (pokazuje też lepiej czego się nauczy),

7. Ogłoszenie rekrutacyjne to najlepsza reklama dla pracodawcy. Pokazuje w ten sposób, że firma się rozwija nie tylko wirtualnie, w notkach prasowych, ale także realnie, bo brakuje jej rąk do pracy. To dobry sygnał rynkowy,

ps. LoveMobile rekrutuje i szuka dobrych ludzi!

*Zostawię Wam interpretację słowa „dobry”. Są różne wymagania – w moim przypadku chodzi o ludzi kreatywnych, zawziętych i lubiących to, co tworzą.