Dlaczego Wikileaks jest tak ważny

Internet daje wolność. Wolność do której się przyzwyczailiśmy zbyt szybko i łatwo. Zrobiliśmy to pochopnie, podchodząc do dostępu do sieci na równi z dostępem do elektryczności.

Ta wolność, jako dobro „publiczne” zdewaluowała się bardzo szybko. Co z tego, że mamy swobodę mówienia czegokolwiek, jak zazwyczaj mówimy o tym, co zrobił nasz kot, a najczęściej przekazywanymi drogą elektroniczną wiadomościami jest historia o 10 najśmieszniejszych psów na Youtube.

Może właśnie przez taką infantylność użytkowników Sieci jest w jakiś sposób dla niej zbawienna? Bo dzięki temu nie wypływają na powierzchnie treści ważne, mające prawdziwy wpływ na ludzkie działania – nie tylko na poziomie jednostek, ale całych narodów. Treści, które mogłyby skłonić władze do zakneblowania ostatniego źródła wolnej informacji jeszcze szybciej.

Po tym długim wstępie czas na tytułowy Wikileaks – serwis na którym każdy anonimowo (ale przy moderacji i walidacji autentyczności przez redaktorów) może zamieścić dokumenty, które są co najmniej tajne. Częściej super tajne. Trzech 3 lata działalności Wikileaks ponoć opublikowała więcej „przecieków” niż Washington Times przez 30 lat.

I nie chodzi tutaj o historie rodem z Jamesa Bonda, ale prawdziwe raporty tajnych służb, niepubliczne aneksy do umów międzynarodowych, przemilczane uzgodnienia polityków. Wikileaks jest dla mnie przykładem prawdziwej treści, idei równouprawnienia dostępu do informacji. Oczywiście można by dyskutować, czy totalna przejrzystość jest dobra czy zła (czy publikowanie tajnych dokumentów o ruchach wojsk w Afganistanie nie naraża ludzi na śmiertelne niebezpieczeństwo?), ale stoję na stanowisku, że racjonalne decyzje można podejmować dysponując maksymalnie dużą ilością informacji.

To jednak nie jest po drodze wspomnianym agencjom i rządom, których dokumenty publikowane są bez ich wiedzy i zgody na Wikileaks. Odsłania one bowiem drugą, o wiele mroczniejszą od publicznej, twarz władzy.

Najnowszy przykład to raport CIA, którego celem było oszacowanie poparcia społeczeństw Niemiec i Francji wobec amerykańskiej ofensywy w Afganistanie. Autorzy raportu bez obłudy (i mając całkowitą rację!) przekonują, że politycy europejscy są w stanie popierać działania wojenne (łącznie z wysyłaniem własnych kontyngentów) właśnie dlatego, że społeczeństwo ma to całkowicie gdzieś.

Oryginał dokumentu znajduje się tutaj. Warto przeczytać i dowiedzieć się co tak naprawdę dzieje się na świecie z perspektywy amerykańskich tajnych służb.

Wracając jednak do meritum – Wikileaks jest taki ważny, bo to właśnie serwery tego serwisu będą polem bitwy (w sumie: już są) między ludźmi a strukturami. Między prawem do wiedzy a obsesją tajności. W świecie, w którym żadna gazeta nie może być uznana za wiarygodne źródło wiadomości, Wikileaks stało się społecznym tajnym wywiadem.

Obawiam się jednak, że WikiLeaks upadnie. Prędzej czy później jego autorzy zostaną posądzeni o działania całkowicie nieakceptowalne społecznie (ulubią zagrywką jest w tym wypadku pornografia dziecięca – dotychczasowe plany zniszczenia Wikileaks, o ironio, także wyciekły). W sumie i tak już niewiele z serwisu pozostało. Ale im dłużej się utrzymuje, tym większa szansa na ziarno konstruktywnego sceptycyzmu zasianej w głowach Internautów.

Początki polskiej sieci (#1): pierwszy klub hackerów

(…) Pierwszy polski punkt dostępowy do Internetu używany poza środowiskami innym niż akademickie i administracyjne był FIDONet-Internet w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie (źródło). Uruchomiono go w październiku 1993 roku i od samego początku wzbudzał bardzo mocne i skrajne reakcje, przede wszystkim z powodu ludzi, których wizja sieci komputerowych przyciągała. Warto pamiętać, że Fidonet to nie był Internet – to jego prekursor przystosowany (baaardzo duże uogólnienie) do wymiany wiadomości między BBSami (źródło). Dzięki bramce można było „dołączyć” zasoby Fidonetu do Internetu.

Fidole, czyli użytkownicy Fidonetu byli ze sobą bardzo zgrani – wtedy liczbę osób którzy „wiedzieli o co chodzi” można było zmieścić w jednej dużej knajpie – z czego często powyżsi korzystali: warszawscy sysopi na przykład spotykali się co czwartek w knajpie „U Boryny”, natomiast mniej elitarne i dostępne dla każdego niezależnie od poziomu zaawansowania spotkania odbywały się w pubie Zielona Gęś.

Wpuszczenie Fidoli do Internetu było nie na rękę NASKowi (który przerodził się już z neutralnej grupy doradczo-eksperskiej przy Uniwersytecie Warszawskim w złowrogiego monopolistę internetowego). Głównie wynika to z faktu, że przy okazji bramki łączącej Fidonet i Internet w PKiN powstał pierwszy polski klub hackerów, który bardzo szkodził działalności NASKu. Niestety nie mam pojęcia, kto do tego klubu należał ani w jaki konkretnie sposób zachodził za skórę monopoliście- wiele bym dał, żeby porozmawiać z kimś, kto widział, jak to wyglądało od wewnątrz (to prawdopodobnie pierwszy polski przypadek, gdy polska instytucja przyznała, że otwarcie walczy z hackerami).

NASK wymusił zamknięcie bramki (źródło), ale przyznał, że nie wyklucza ponownego jej uruchomienia, gdy znajdzie się ktoś, kto zapłaci za cały wykorzystywany przez bramkę transfer danych (przypomnę tylko, że średnia przepustowość łączy wynosiła 9600 bitów na sekundę).

W następnym roku Stanisław Tymiński (późniejszy kandydat na prezydenta) założył komercyjny BBS, który rozpoczął boom polskiego Fidonetu. (…)