Camino

To co jest poniżej to wyczyszczone i ułożone w sensowną kolejność notatki z mojej wyprawy Camino Portugues. Rok temu, po moim powrocie, zrezygnowałem z publikowania tego gdziekolwiek wychodząc z założenia, że kto tego nie przeżył, nie zrozumie, a ten kto był, już to wszystko wie. Niemniej, podczas jednej z ostatnich rozmów ze znajomymi dotarło do mnie, że to co mnie spotkało może mieć wartość i zainspiruje kogoś do postawienia sobie podobnego wyzwania. Inna kwestia, że dawno nie pisałem rzeczy, które nie są bezpośrednio związane z moją pracą.

Zmieniam więc, ten jeden raz, mojego trollowo-ironicznego branżobloga w słit blogaska podróżniczego. Enjoy!

Zaczynając od końca

Co ja tu robię? Siedzę na Praza Quintana przy tylnym wyjsciu katedry w Santiago de Compostela patrząc jak granica cienia rzucanego przez jedną z wież powoli przesuwa się w moją stronę. Szacując po ilości starych kamiennych płyt dzielących mnie od niego wychodzi mi, że mam około 20 minut zanim mocne słońce, które przez trzy tygodnie z krótkimi przerwami towarzyszyło mi podczas Camino, dopadnie i mnie. W sam raz, bo za chwilę spotykam się z goszczącą mnie w Santiago Stephanie, którą poznałem przez Couchsurfing. Widzimy się po raz ostatni przed moim wylotem do Polski. Dobry moment na podsumowanie całej tej szalonej wędrówki.

Praza Quitana

17 marca wyruszyłem na długo planowaną wyprawę do Santiago de Compostela. Odbyłem pielgrzymkę, ale bez jej religijnego aspektu. Niemniej, dla mnie, ateisty-sceptyka, bycie przez te 3 tygodnie pielgrzymem było niezapomnianym przeżyciem. Uprzedzając jednak pytania: boga nie znalazłem. Ale za to poznałem niesamowitych ludzi oraz kawał prawdziwej Portugalii i Galicji. Miałem czas, aby porozmawiać ze sobą i uporządkować swoje myśli.

Trasa, plany i przygotowania

Wybrałem marzec i mniej popularną trasę portugalską, aby ograniczyć te wszystkie masy ludzi, które przetaczają się w stronę Santiago każdego roku. Temperatura też była sprzyjająca – w granicach 20-25 stopni – z ciągłym słońcem po stronie portugalskiej i umiarkowanymi deszczami po hiszpańskiej. Z racji tego, że to była moja pierwsza tego typu wyprawa postanowiłem wyruszyć dokładnie z połowy trasy, z Porto. Dotarcie do Santiago zajęło mi 10 dni, co przełożyło się na 240km.

Jardim de Morro - najlepszy widok na Porto

Później, po spędzeniu 3 dni w Santiago wyruszyłem na coś co można nazwać aneksem do całej wyprawy: Camino Fisterra. Fisterra to było, do czasów Kolumba, najdalej wysunięte na zachód miejsce jakie znali Europejczycy. Stąd nazwa, ‚Koniec świata’. Na tym końcu świata pielgrzymi kończą swoją podróż i zaczynają jednocześnie nowe życie. To następne 4 dni i 120 km

Cala trasa według tagów gps zdjęć, które robiłem w trakcie

W moich planach wszystko wyglądało pięknie, gorzej gdy przyszło do realizacji. Byłem w dość specyficznym momencie życiowym (szczegóły są mało istotne) i chyba było to  mnie widać desperację i chęć wyrwania się z miejsca w którym jestem – fizycznie i psychicznie. Ostatnią rzeczami jakie kupiłem przed wyjazdem była książka Tiziano Terzaniego pt. „Koniec jest moim początkiem” i mapa Portugalii (z której później ani razu nie skorzystałem).

Kasjer, widząc moje zakupy, stwierdził, że też przydałaby mu się takie „Into the Wild”. Tak jakby czytał mi w myślach, bo moją ochotę na pielgrzymkę rozbudził właśnie ten niesamowity film. Oraz The Longest Journey:


17 marca 2011 kilka minut przed 2 w nocy skończyłem pakowanie moich rzeczy, zgodnie z poradami wcześniejszych uczestników Camino (10kg, mały plecak, szybkoschnące ubranie), o 6 z minutami bylem już pociągu do Wrocławia, skąd poleciałem do Porto, skąd zaczynało się moje Camino.

Pakowanie o 2 w nocy

Tranquilo

Camino to szaleństwo. To wystawianie samego siebie na ból, piekące słońce, ciągłe zagubienia w środku totalnego bezludzia. To wędrowanie 25-30 kilometrów dziennie z plecakiem, z którego każdy kilogram odciska się na plecach. To zbolałe stopy, ciągłe pragnienie wody, to szczekające psy po drodze.

Keith, kanadyjski strażak poznany w Fisterze, który przebył dłuższą, 900 kilometrową trasę Camino Frances stwierdził, że to ma swoje własne, wewnętrzne znaczenie. Ludzie, którzy traktują Camino jak task do odhaczenia szybko się tego oduczają. Ból mięśni (wszystkich!) i okoliczności drogi zmuszają do nagięcia swojej postawy do takiej, jaką wymaga droga: „tranquilo- nie liczy się cel drogi, bo droga jest celem” – to powtarzają sobie jak mantrę pielgrzymi na trasie.

Camino zmienia człowieka. Codzienne 7-8 godzinne przebywanie tylko ze sobą generuje na początku duże stresy. Wbrew wszystkiemu nie ma czasu na myślenia i wchodzenie w głąb siebie. To raczej jak pozbywanie się siebie. To czym jesteś zmniejsza się z każdym dniem drogi. Przestajesz być swoim samochodem, swoim domem, swoim telefonem komórkowym. Przestaje mieć znaczenie ubiór na sobie czy brudne paznokcie. Ostatecznie droga redukuje pielgrzyma do tego, co widzi przed sobą. Zmysły za to wyostrzają się fenomenalnie. Po kilku dniach byłem w stanie rozpoznać na podstawie wysokości słońca godzinę i czas do zachodu. Nie potrzebowałem zegarka. Wszystko smakuje lepiej i dokładniej, zauważa się zmiany zapachów otoczenia.

Okoliczności drogi

W oczach mieszkańców portugalskich i hiszpańskich wsi i miasteczek pielgrzymi są traktowani w sposób wyjątkowy. Zawsze mogą liczyć na pomoc, jedzenie, wodę, trochę tak jakby pielgrzym był dobrym omenem. A to przecież śmierdzący objuczony sprzętem i ubraniami człowiek, który po prostu idzie.Sami pielgrzymi czują między sobą podobną anomalię i na początku ciężko się im się z nią oswoić. To jednak jeden z filarów szybko znikającej, ale bardzo silnej więzi jaka łączy tych ludzi.

Redukują się potrzeby żywieniowe. Istotna staje się tylko woda. Przez pierwsze dni trasy żywiłem się w większości tym co dostawałem od mieszkańców okolicznych miejscowości, często też po drodze były półdzikie drzewa pomarańczowe. Ostatecznie moja dzienna dieta składała się średnio z dwóch pomarańczy, czekolady, 6-7 litrów wody i czasami wieczornego obiadu z innymi pielgrzymami.

Pierwszego wieczoru drogi trafiłem na zjazd opiekunów schronisk dla pielgrzymów, podczas którego jadłem jedną z najlepszych kolacji w życiu. Kolacja zakończyła się robieniem Queimady, lokalnego pończu mieszanego w wielkiej misie. Queimadę robi się z destylatu wina z dodatkiem ziaren kawy, cukru, cytryny i cynamonu. Podczas mieszania napój jest zapalany i recytowane jest na pół pogańskie zaklęcie. Słyszałem całość i ciarki przechodziły mi po kręgosłupie (tutaj więcej info).

Camino zorganizowane jest wokół żółtych strzałek i sieci albergues, czyli schronisk na pielgrzymów. W Albergue mogą nocować tylko raz i to po pokazaniu credendiala, czyli paszportu pielgrzyma, gdzie wbijane są stemple potwierdzające przebytą drogę. Następnego dnia rano, około 8-9 rano trzeba ruszać w dalszą drogę, lub jest się delikatnie „wypychanym” w drogę:)

Albergues to miejsca gdzie spotykają się  pielgrzymi. Wielu widuje się przelotnie na trasie, ale każdy ceni swoje Camino i mało kto idzie w grupie, która nie była ustalona przed rozpoczęciem trasy. Jest tak ponieważ Camino to sprawa indywidualna i wewnętrzna. Spotkałem na niej wielu niezwykłych ludzi, ale każdy zabiera z trasy coś innego. Są tacy szukający oderwania i samotności, są szukający swojego sensu i tacy, którzy robią to dla przygody i doświadczenia. Nie spotkałem nikogo, kto nie znalazł tego, czego potrzebował, choć czasami okazywało się, że wcale nie tego szukał. Zaskakujące jest to, że nie spotkałem ani jednej osoby, która odbywa Camino w celach religijnych.


Camino odciska na ludziach ślad. Zmienia sposób komunikacji. Znikają, bardzo szybko, uprzedzenia, negatywne emocje. W ogóle emocje powoli zanikają. Równomierne wybijanie rytmu swoimi nogami wprowadza w trans, z którego nie chce się, nomen omen, wychodzić. I znów- same chodzenie, sama podróż staje się celem.

Sin dolor no hay gloria!

Opowiadanie o wszystkich zakrętach trasy nie ma zbytnio sensu, bo wszystko blaknie, gdy stanie się przy niepozornej kamiennej tablicy z muszelką na Praza de Obreidoro w Santiago, która oznacza koniec Camino Portueges. Na placu po raz ostatni spotykają się pielgrzymi i zamierają na kilka minut wpatrując się w wybudowaną w XII wieku katedrę św. Jakuba. Jej front ma jeden podstawowy cel: pokazać, że cały ten trud wędrówki ma pointę. Nawet ludzie nie wierzący patrzą na front kościoła ze świadomością, że są rzeczy większe i trwalsze niż oni sami.

Dalej już się nie da

Ci, którzy czują, że dotarcie do Santiago to za mało, mogą wyruszyć w Camino Fisterra. Nazwa pochodzi od łacińskiego Fis Terrae, czyli Koniec Ziemi. Do czasów Kolumba był to najdalej wysunięty na zachód punkt znany w Europie -dalej już był tylko ocean i słońce. Fisterra to miejsce magiczne. Każda kultura i religia jaka podbijała to miejsce budowała na przylądku świątynię. Przed św. Jakubem były to przybytki kultu słońca. Jestem sobie w stanie wyobrazić dlaczego, bo jego zachód obserwowany z skał przy latarni morskiej to nieprawdopodobne przeżycie.

To nie był jednak dla mnie koniec, bo postanowiłem zobaczyć jeszcze okoliczną Muxię, później wróciłem na jeszcze jedną noc do Fisterry, aby pożegnać znajomych, którzy może jeszcze przyjdą, albo jeszcze są w tym miejscu. Cały dzień przeznaczyłem na picie wina i kawy, gapienie się na fale i rozmowy ze starymi i nowymi znajomymi z całego świata.

Fisterra

Jednym ze takich znajomych był Bastian – niemiecki listonosz i niespełniony DJ. Bastian po dojściu do Fisterry powiedział mi, że te miasteczko na końcu świata jest co rok zasilane pielgrzymami, którzy ten koniec drogi traktują dosłownie. Osiadają tutaj zajmując się patrzeniem na fale, paleniem haszyszu i piciem wina. Powstała już tutaj spora społeczność caminohipisów. I wszystko wskazywało na to, że Bastiana też to miejsce złapało swoimi szponami. W przeciągu 3 dni byłem w Fisterze dwa razy- dwa razy widziałem go w tym samym miejscu, tej samej pozycji, z tym że za drugim razem zgolił sobie włosy na łyso i stwierdził, że „jeszcze sobie tutaj posiedzi”

Wracając do końca

Z Fisterry szybko wróciłem do  Santiago busem. Powoli cały ten high związany z samotnym wędrowaniem zaczynał odpuszczać. Pochodziłem jeszcze raz nasycając się ostatnimi godzinami pielgrzymki, co ostatecznie doprowadziło mnie do momentu czekania na Stephanie na Praza Quintana, od czego zaczęło się spisywanie tej historii. (Chwilę po napisaniu tych słów pojawiła się Stephanie i poszliśmy na chocolate con churros, godzinę później odprowadziła mnie na busa na lotnistko i samolot do Polski)

Przed i po

 

Nowe nowe media

Do tej pory w zakresie mediów mieliśmy ciągłe fluktuacje i markowanie ruchów: wielkie ośrodki mediowe a to na zmianę obrażały się na Internet, a to przebierały się w ciuszki web 2.0. Co z tego, że „centrale” swoimi mackami dosięgają powoli do social media, video streamingu, podcastingu, iPodów, iPadów jeśli dalej są takimi samymi pełnymi betonu centralami.

Z drugiej strony natomiast, oddolnie, powstają blogi, twittery, blipy pełne zdecentralizowanej wiedzy, której nikt nie jest w stanie konkretnie edytować i filtrować.

W takim właśnie środowisku powstają prawdziwe nowe nowe media – mikro i nano ośrodki produkujące skrojony pod swoich użytkowników, niszowy content. Dzięki coraz niższym kosztom tworzenia i dystrybucji (skype! stream! podcasting!) mają nawet szanse być rentowne bez banalizowania swojego przekazu.

Cieszę się, że takie trendy, które zazwyczaj zaczynają się w USA, powoli docierają i do nas – dwa najjaskrawsze przypadki to oczywiście SpidersWeb (który w moim odczuciu właśnie wyrasta na najlepsze polskie źródło informacji o nowych technologiach) oraz ABTV (sieć videopodcastów, które wyrosły z sukcesu AppleBlog TV).

Oczywiście na razie nie ma co się spodziewać tak ogromnego wpływu na cały horyzont mediowy jak mają np. TWIT czy ThisWeekIn (który właśnie zebrał 300 tys. dolarów na rozwój), ale bardzo kibicuje polskim rodzynkom w ich szybkim rozwoju. Potrzeba nam takie dywersyfikacji.

A przy okazji – doskonale to koresponduje z informacją o tym jak to TVP bankrutuje.