2016

Znów minęło dwanaście miesięcy. Tak jak w 2013, 2014 i 2015 roku nadszedł czas na podsumowanie.

Bez laptopa

Na początku 2016 roku zamiast kupować nowego Macbooka postanowiłem przesiąść się na coś nowego i innego: iPada Pro. Miałem duże wątpliwości, jak to zwykle bywa przy tak dużej zmianie paradygmatu.

Niemniej, po ponad rocznej ciągłej i intensywnej pracy moja recenzja jest krótka: iPad Pro to najlepszy kawałek technologii jaki miałem i godny następca laptopa. Stosunek wartości do ceny jest nie do pobicia. Najmnocniejszy egzemplarz (nawet wliczając pencil i klawiaturę) jest o 30% tańszy od analogicznego komputera oferując mi dwa razy więcej możliwości.

Niezawodność i dojrzałość ekosystemu, ciągłe podłączenie do sieci, 2 dni ciągłej pracy na baterii, super czuły dotykowy ekran do rysowania makiet, fanastyczne głośniki a przy tym niebywała lekkość w transporcie – niezrównane.

Otwieracz

Zawsze lubiłem nasze dyskusje z Szymonem. Choć się ciągle nie zgadzamy
(ja go uważam za zbytniego pesymistę, on mnie za zbytniego optymistę), to zbyt się szanujemy, żeby się kłócić. Podważamy wzajemnie swoje poglądy, szanując siebie jednocześnie. Lubię to i brakuje mi tego w coraz bardziej radykalizujących się mediach masowych.

img_0015

Nasze dyskusje do tej pory ginęły, gdy rozchodziliśmy się do domów. Gdy postanowiliśmy je nagrywać narodził się Otwieracz – podcast, który ma otwierać głowy nam i, jeśli będziemy mieli szczęście, także innym.

Książki

Moja książkowa obsesja trwa. Łatwiej mi słuchać audiobooków, bo mam ostatnio ciągle zajęte ręce, ale staram się wykroić czas na czytanie papieru w komunikacji miejskiej (swoją drogą to jeden z głównych powodów mojej niechęci do prowadzenia samochodu – to dla mnie stracony czas).

Ambitnie założyłem sobie, że uda mi się przeczytać dwadzieścia książek w rok, ale już teraz widzę, że się nie uda. Za bardzo jednak mnie to nie martwi: nie traktuję czytania książek jako treningu metod szybkiego przyswajania tekstu. Dla mnie celebracja, coś na co intencjonalnie przeznaczam więcej czasu niż to potrzebne. To zanurzanie się w głąb a nie skubanie powierzchownych ideoidów.

Wciąż skupiam się na książkach naukowych i biznesowych. Dla zainteresowanych mój profil na Goodreads.

Idee

2016 to rok pogłębianie osobistych fundamentów.

Buforowanie – Dużo czytałem i słuchałem o tym, co to znaczy, że czegoś jest mało (kalorii, czasu, energii mentalnej) i jak ważne jest budowanie rezerwuarów personalnych „zasobów”, które nie mają jasno określonego przeznaczenia. Tak tworzone bufory mają wartość wtedy, gdy najmniej się tego spodziewamy, szczególnie w momentach nasilonej zmienności. Taki bufor zwiększa spektrum możliwych decyzji. To były moje wnioski po przeczytaniu Scarcity, ale w bardzo ciekawy sposób pokrywają się z teorią antykruchości NN Taleba, który mocno krytykuje „kościół ekonomicznej optymalizacji” w kontrze do tego jak działa natura. Jest powód dla którego mamy dwa płuca, choć możemy żyć z jednym.

Nie-praca – trochę przez przypadek, a trochę intencjonalnie połączyło się to z moją sytuacją życiową. Podliczyłem sobie, że w 2016 roku „nie- pracowałem” w sumie prawie 4 miesiące kalendarzowe: w maju i czerwcu wziąłem urlop a październik i cześć listopada majem wolny między zakończeniem jednej pracy a rozpoczęciem drugiej. Tyle uwolnionego czasu daje perspektywę: brak „pracy zawodowej” nie oznacza brak pracy jako takiej: miałem mnóstwo zajęć, które mnie rozwinęły na dochczasowych mentalnych nieużytkach. Nie-praca to także tytuł opublikowane w Liberte! artykułu, który powstał na bazie jednego odcinka z Otwieracza. Ten artykuł pozwolił na też pojechać na Europejskie Forum Nowych Idei.

img_7058

Autorefleksja – W zeszłym roku pisałem o znaczeniu metydacji. Medytacja otworzyła mi drogę do zrozumienia na sobie pojęcia metakognitywistyki, czyli myślenia o myśleniu. To z kolei zgrało się z doskonale z „Hansei” – ideą intencjonalnej retrospektywy. To proces samodzielnego spojrzenia wstecz, aby zrozumieć jakie popełniło się błędy. Nie żeby się umartwiać, ale aby wiedzieć jak być lepszym. Trafiłem na to pojęcie czytając „Toyota Way”, choć zdałem sobie sprawę, że moje blogposty podsumowywujące dotychczasowe lata były dokładnie tym.

Sporo czasu zajęło mi myślenie o tym, czym się różnią rzeczy kompleksowe od skomplikowanych, to co wiadome i widoczne od tego, co ukryte. Wchodzimy tutaj w filozoficzne tematy, do których mam za mały aparat pojęciowy, ale krok po kroku zmierzam się z tym w mojej nowej książce.

Nowa praca

Z końcem września zrezygnowałem z pracy w PizzaPortal. W ciągu 1,5 roku udało nam się osiągnąć efekt, który miałem w głowie zaczynając pracę z Lechem Kaniukiem. Wszystkie produkty PP zostały stworzone od nowa: nowa strona, nowe aplikacje iOS i Android (tutaj opis całego procesu) i jestem tego bardzo dumny.

To był intensywny czas, pełen zawirowań osobistych i zawodowych. Nauczyłem się dużo, ale zostały mi też nowe mentalne blizny do kolekcji. Bilans końcowy jest jednak bardzo na plus, więc zdecydowałem się wykonać taką samą operację po raz drugi. I znów wspólnie z Lechem będziemy rozwijać nowy produkt, z zupełnie nowej dla mnie dziedziny.

iTaxi to jeden z lepiej znanych startupów w Polsce. Pamiętam jak za czasów Proseeda zaczytałem się w biznesowych kejsach o tym jak iTaxi powstawało i jak ogromną siłą woli i motywacją Stefan Batory z zespołem powołali ten biznes do życia.

Teraz będę bezpośrednio w środku tego biznesu, ustawiając produkty na nowo. Gdyby ktoś mi to powiedział kilka lat temu to bym nie uwierzył…

Bycie rodziną

img_6618

Urodził nam się Staś. Skala życiowych przemeblowań tuż przed i po urodzeniu (pierwszego) dziecka jest tak duża, że chyba tylko inni rodzice są w stanie je zrozumieć (pewnie teraz lekko kiwają głowami).

Powiem tylko, że zmieniliśmy mieszkanie, bo nasza ówczesna sypialnia była za wąska o 2 centymetry i łóżeczko się nie mieściło. Nasze nowe mieszkanie stało się wielofunkcyjną stacją obsługi małego człowieka: salon to pokoj zabaw i eksploracji, kuchnia to miejsce robienia jedzenia dla młodego, mój gabinet stał się graciarnią i suszarnią ubranek, a łazienka przewijakiem i kąpieliskiem. Ja sam wreszcie zmusiłem się do zaadoptowania samochodu (który służy do wożenia do lekarza i na rodzinne odwiedziny).

W dalszy plan poszła większość z naszych dotychczasowych pasji i sposobów spędzania czasu: Kto mnie zna, ten wie, że nie lubię takich zmian. Tym razem jednak ich cena jest znikoma w stosunku do tego, co otrzymałem.

Drugą noc w domu Staś przepłakał. Nauczyłem się wtedy czym jest faktyczna bezwarunkowa miłość. O ile wcześniej wiedziałem, że jak będę miał dziecko to odpowiednia mieszanka reguł społecznych i procesów chemicznych wytworzy we mnie takie przywiązanie, ale czymś zupełnie innym jest poczuć to na żywo.

Pierwsze trzy miesiące są niewdzięczne – dziecko jest wymagające nie odwdzięczając się przy tym żadną formą inteligentnej interakcji. Ale później rozpoczyna się fantystyczny czas odkrywania świata i szybkiego uczenia małych rzeczy (które w oczach rodziców urastają do kamieni milowych). Najbardziej niesamowite jest obserwować jak mój syn intensywnie obserwuje nowe dla niego rzeczy. Patrzeć jak się uczy czym jest ogon kota, lampka, książka… to niebywała radość być przy nim w tych momentach, gdy okazuje taką zupełnie szczerą ciekawość. Mam dreszcze na myśl o tym jak dużo emocji i doświadczeń jeszcze go czeka w życiu.

Odnajduję się w byciu ojcem. Usłyszałem nawet, że nigdy wcześniej tyle się nie uśmiechałem i to prawda.

Bycie ojcem

Gdy mój status zmienił się na „ojciec” zacząłem patrzeć na moje otoczenie w nowy sposób, szczególnie zauważając małe przejawy przemocy symbolicznej wynikające z stereotypowego myślenia o rodzicelstwie. Do tej pory (jako biały heteroseksualny mężczyzna w katolickim kraju) nigdy nie czułem się dyskryminowany, ale stając się ojcem zaczęły mnie kąsać stereotypy, które wcześniej mnie osłaniały. Budziłem spore zainteresowanie u pani pediatry, gdy na wizytę pojawiliśmy się całą rodziną. Cała komunikacja w sprawie zdrowia mojego dziecka była kierowana do mojej partnerki, a ja byłem niewidoczny, jak powietrze.

Nie jest u nas publicznie akceptowalne, że ojciec może zajmowąć się dzieckiem tak samo jak matka. Nie jest dla nas niczym dziwnym, że przewijaki są tylko w damskich toaletach. Nie razi nas nic w podpisie „Pokój dla matki z dzieckiem”.

img_6379

Czy takie małe rzeczy są aż tak ważne? Nie, ale nasze życie składa się z nie-tak-ważnych rzeczy. Doświadczamy tych małych cięć dzisiątki razy dziennie, a one utrwalają status quo zamiast popychać nas w bardziej odpowiedzialną stronę.

2017

Ten rok to czas wielkich i wielce niepokojących zmian jeśli chodzi o świat i politykę. Mam poczucie, że skończył się czas beztroski i gnania do przodu nie patrząc na koszty. Nadszedł czas korekty i to, co wydawało się oczywiste i niepodważalne, zacznie się chwiać w 2017.

Boję się tego, bo ten rok osobiście i rodzinnie był dla mnie niezwykle udany. Chciałbym powiedzieć to samo o następnym.

Napisałem książkę

MDM-okladka-przodDziewięć miesięcy temu rozpocząłem pisanie książki Mobile dla Menedżerów (dla ciekawskich moje status update’y po trzech i sześciu miesiącach oraz mój warsztat pisarski). To, co zaczęło się jako post na bloga pisany podczas urlopu zamieniło się ostatecznie w prawdziwą papierową pozycję wydawniczą, którą faktycznie można dotknąć. Właśnie dowiedziałem się, że pierwszy nakład już się wyczerpał, więc wszystko wskazuje na to, że cały ten czas nie poszedł na marne:)

Sporo się w tym czasie nauczyłem, poniżej najważniejsze wnioski i lessons learned:

  • Traktowałem książkę jako projekt technologiczny. Taka zmiana mentalna powodowała, że nie miałem górnolotnych, romantycznych zapędów i traktowałem moją pracę jako coś co można zmieniać i poprawiać – a gdy będzie taka potrzeba – bezlitośnie skasować. Nic bowiem nie powstaje od razu dobre, trzeba ciągle iterować, aby dotrzeć do faktycznego sedna,
  • Ciężko jest sobie powiedzieć stop. Za to bardzo łatwo można wejść w paranoję perfekcjonizmu. Tutaj znów sprawdza się podejście technologiczne – „done is better then perfect”,
  • Mój największy problem to zamienianie tego co siedzi w głowie w faktyczne słowa i zdania tak, aby zachować sens i przekaz. Przyjąłem zasadę, że lepiej cokolwiek napisać i później to ulepszać niż od razu szukać szukać w głowie perfekcyjnego zdania (to się nigdy nie udaje),
  • W stworzeniu książki pisanie to nie wszystko. Dochodzi jeszcze mnóstwo innych zadań: tworzenie ilustracji, wymyślanie okładki, poprawianie błędów, rozmowy z pierwszymi czytelnikami, dyskusje o definicjach i poglądach. To wszystko składa
  • Prostota narzędzi. Osobiście nie lubię skomplikowanych narzędzi. Gdy szukałem sobie dobrego setupu to zostałem przy najprostszych narzędziach, aby niedekoncentrowały mnie przeszkadzajki (pisałem na ten temat tutaj),
  • Rutyny. Zauważyłem, że przy pisaniu bardzo pomaga wyrobienie sobie regularnych zwyczajów. W moim przypadku było tak, że miałem ustawione codziennie o 19:30 przypomnienie na telefonie, żeby napisać cokolwiek w temacie MDM. Nawet jeśli nie mogłem bo miałem inne zajęcia to alarm ściągał moje myśli do książki i myślałem o tym, co mógłbym do niej dołożyć na jak jednak będę miał czas.
  • Podczas samego pisania korzystałem z techniki Pomodoro, tj. pracowałem w 25 minutowych sprintach po których robiłem 5 minut przerwy. W tygodniu wyrabiałem średnio 16-20 takich sprintów (8-10 w dni robocze i tyle samo w weekendy).
  • Otwartość się opłaca. Podczas Internet Beta oficjalnie ogłosiłem, że piszę książkę. Wraz z tym uruchomiłem newsletter w którym obiecałem, że co tydzień będę dzielił się tym jak mi idzie i wrzucał fragmenty, które udało mi się napisać. To dawało mi zewnętrzny motywator do pracy i nawet gdy już kompletnie mi się nie chciało to wiedziałem, że nie mogę tego zrobić tym, którzy czekają na co środowy newsletter,
  • Nie wiesz? To się zapytaj. Zaraz po tym jak zacząłem pisać zadałem Michałowi Sadowskiemu, Pawłowi Tkaczykowi i kilku innym osobom, które mają doświadczenie w temacie konkretne pytania:
    Screenshot at cze 06 16-42-58Czasami odpowiedzi były sprzeczne ale ważne, żeby zrozumieć proces i wiedzieć czego można się spodziewać,
  • Dobrze nie zamykać sobie możliwości zbyt szybko. Gdy zaczynałem pisać nie miałem w głowie przemyślanej strategii z kim i jak ją wydam. Flirtowałem z myślą, żeby wykorzystać narzędzia selfpublishingu, później z różnymi wydawnictwami; żeby wydać to w cenach rynkowych lub całkowicie za darmo. Świadomość tego, że nawet jeśli nic mi z tych negocjacji nie wyjście to zawsze mogę z tego zrobić darmowego ebooka, była uwalniająca i ostatecznie pomogła wypracować lepszy deal,
  • Wydawcy reagują pozytywnie jeśli pokaże się im próbkę pracy oraz inne argumenty mówiące o tym, że pozycja może się dobrze sprzedać. Najlepiej wtedy mieć już coś na rynku co odniosło sukces. Niestety nie każdy może być Tkaczykiem:) Więc ja jako argumenty miałem 50 napisanych stron oraz sto kilkanaście (na tamte czasy) osób w bazie newslettera,
  • Umowy wydawnicze – bardzo dawno temu usłyszałem o pojęciu „dummy contract”. To taka umowa, którą wydawnictwo wysyła świeżemu autorowi licząc na to, że będzie tak rozemocjonowany tym, że ktoś w ogóle proponuje mu wydanie, że nie będzie zbyt dokładnie czytał zapisów. Miałem to w głowie, gdy rozmawiałem z wydawnictwami i faktycznie dużo da się wynegocjować jeśli w ogóle się chce.
  • Każde wydawnictwo będzie miało inny wzór umowy, ale szukajcie w nich tych  elementów (które też są polami negocjacyjnymi):
    • prawa autorskie do wersji językowych i krajów wydania (warto ograniczyć wydawnictwu prawa tylko do tych krajów, w których faktycznie będzie wydawać książkę – zazwyczaj będzie chciało prawa do wszystkich krajów i języków),
    • czy jest zapis o przekazaniu praw za zgodą autora do podmiotów trzecich (na przykład w przypadku, gdy wydawnictwo zostanie kupione przez inny podmiot),
    • czas od zdania maszynopisu do przyjęcia i do wydania. Wydawnictwo potrzebuje sporo czasu zanim faktycznie wypuści książkę na rynek. W tym czasie twój tekst musi zostać zdany w wspólnie ustalonym czasie (tak, będziesz miał deadline!), wydawnictwo formalnie go przyjąć (a więc potwierdzić, że spełnia wymogi techniczne), przejść kilka korekt redaktorskich (w moim przypadku sześć), później musi być połamany i złożony przez edytora DTP, opakowany w okładki i ostatecznie wydrukowany i dostarczony do hurtowni z książkami. Kluczowe są czasy jakie wydawnictwo daje sobie na przyjęcie i wydanie – będzie mu zależało, żeby ten czas był jak najdłuższy bo to daje mu większą elastyczność. To jednak powoduje, że od momentu w którym zdasz swój draft może minąć nawet sześć miesięcy do publikacji (tak miałem w jednym wzorze umowy) co w przypadku książki o technologii może być zabójcze,
    • wysokość zaliczki na poczet przyszłych przychodów. Generalnie nie można się spodziewać kokosów,
    • prowizja w wersjach papierowych, elektronicznych i audiobookach. 15% od ceny okładkowej to tzw. „stawka profesorska”, ciężko jest wejść wyżej jeśli nie jest się wydawniczą gwiazdą. Tutaj ważna sprawa: nie da się żyć z pisania książek w Polsce – lepiej traktować te pieniądze jaki fajny bonus, a nuż starczy na fajne wakacje:),
    • Liczba egzemplarzy autorskich i promocyjnych – u mnie 10 i 30 sztuk. To ważne szczególnie jak ma się liczbą rodzinę i znajomych:)
    • Pierwszy nakład – w moim przypadku 1000 sztuk. To średnia, ostrożna wartość, która nie naraża wydawcy na przeinwestowanie,
    • Wpływ na wygląd książki – okładka i fonty. Bardzo mi zależało, aby książka została wizualnie zrobiona zgodnie z moimi standardami. Miałem więc zapisane, że obydwie strony muszą się zgodzić na wskazaną okładkę i fonty. Zazwyczaj wydawnictwa nie chcą, aby autor wtrącał się w prace składu i grafików, dostaje co najwyżej materiały do wglądu.
  • Bardzo ważne jest posiadanie dobrego redaktora. Warto wybrać kogoś spoza własnego kręgu, z doświadczeniem korektorskim oraz backgroundem technologicznym – w moim przypadku była to osoba związana z papierowymi magazynami komputerowymi. Sam proces sprawdzania mojej książki (200 stron) zajął miesiąc,
  • No i oczywiście testerzy! Przeprowadziłem dwie akcje testowania treści książki: w grudniu i kwietniu. Obydwie grupy miały po około 25 osób. Każda z grup zostawiała notatki w shareowanym dokumencie Google. Po każdym teście miałem listę poprawek na kilkanaście stron A4.

Co teraz? Czas na odpoczynek! Pisanie książki to fajna przygoda, ale bardzo wyczerpująca emocjonalnie i mentalnie. Zobaczymy kiedy znowu zachce mi się pisać, ale mam takie poczucie, że niezbyt szybko:)

Ps. Jeśli jeszcze nie kupiłeś Mobile dla Menedżerów to może warto? Tutaj papierowa wersja, jest też ebook :)

Camino

To co jest poniżej to wyczyszczone i ułożone w sensowną kolejność notatki z mojej wyprawy Camino Portugues. Rok temu, po moim powrocie, zrezygnowałem z publikowania tego gdziekolwiek wychodząc z założenia, że kto tego nie przeżył, nie zrozumie, a ten kto był, już to wszystko wie. Niemniej, podczas jednej z ostatnich rozmów ze znajomymi dotarło do mnie, że to co mnie spotkało może mieć wartość i zainspiruje kogoś do postawienia sobie podobnego wyzwania. Inna kwestia, że dawno nie pisałem rzeczy, które nie są bezpośrednio związane z moją pracą.

Zmieniam więc, ten jeden raz, mojego trollowo-ironicznego branżobloga w słit blogaska podróżniczego. Enjoy!

Zaczynając od końca

Co ja tu robię? Siedzę na Praza Quintana przy tylnym wyjsciu katedry w Santiago de Compostela patrząc jak granica cienia rzucanego przez jedną z wież powoli przesuwa się w moją stronę. Szacując po ilości starych kamiennych płyt dzielących mnie od niego wychodzi mi, że mam około 20 minut zanim mocne słońce, które przez trzy tygodnie z krótkimi przerwami towarzyszyło mi podczas Camino, dopadnie i mnie. W sam raz, bo za chwilę spotykam się z goszczącą mnie w Santiago Stephanie, którą poznałem przez Couchsurfing. Widzimy się po raz ostatni przed moim wylotem do Polski. Dobry moment na podsumowanie całej tej szalonej wędrówki.

Praza Quitana

17 marca wyruszyłem na długo planowaną wyprawę do Santiago de Compostela. Odbyłem pielgrzymkę, ale bez jej religijnego aspektu. Niemniej, dla mnie, ateisty-sceptyka, bycie przez te 3 tygodnie pielgrzymem było niezapomnianym przeżyciem. Uprzedzając jednak pytania: boga nie znalazłem. Ale za to poznałem niesamowitych ludzi oraz kawał prawdziwej Portugalii i Galicji. Miałem czas, aby porozmawiać ze sobą i uporządkować swoje myśli.

Trasa, plany i przygotowania

Wybrałem marzec i mniej popularną trasę portugalską, aby ograniczyć te wszystkie masy ludzi, które przetaczają się w stronę Santiago każdego roku. Temperatura też była sprzyjająca – w granicach 20-25 stopni – z ciągłym słońcem po stronie portugalskiej i umiarkowanymi deszczami po hiszpańskiej. Z racji tego, że to była moja pierwsza tego typu wyprawa postanowiłem wyruszyć dokładnie z połowy trasy, z Porto. Dotarcie do Santiago zajęło mi 10 dni, co przełożyło się na 240km.

Jardim de Morro - najlepszy widok na Porto

Później, po spędzeniu 3 dni w Santiago wyruszyłem na coś co można nazwać aneksem do całej wyprawy: Camino Fisterra. Fisterra to było, do czasów Kolumba, najdalej wysunięte na zachód miejsce jakie znali Europejczycy. Stąd nazwa, ‚Koniec świata’. Na tym końcu świata pielgrzymi kończą swoją podróż i zaczynają jednocześnie nowe życie. To następne 4 dni i 120 km

Cala trasa według tagów gps zdjęć, które robiłem w trakcie

W moich planach wszystko wyglądało pięknie, gorzej gdy przyszło do realizacji. Byłem w dość specyficznym momencie życiowym (szczegóły są mało istotne) i chyba było to  mnie widać desperację i chęć wyrwania się z miejsca w którym jestem – fizycznie i psychicznie. Ostatnią rzeczami jakie kupiłem przed wyjazdem była książka Tiziano Terzaniego pt. „Koniec jest moim początkiem” i mapa Portugalii (z której później ani razu nie skorzystałem).

Kasjer, widząc moje zakupy, stwierdził, że też przydałaby mu się takie „Into the Wild”. Tak jakby czytał mi w myślach, bo moją ochotę na pielgrzymkę rozbudził właśnie ten niesamowity film. Oraz The Longest Journey:


17 marca 2011 kilka minut przed 2 w nocy skończyłem pakowanie moich rzeczy, zgodnie z poradami wcześniejszych uczestników Camino (10kg, mały plecak, szybkoschnące ubranie), o 6 z minutami bylem już pociągu do Wrocławia, skąd poleciałem do Porto, skąd zaczynało się moje Camino.

Pakowanie o 2 w nocy

Tranquilo

Camino to szaleństwo. To wystawianie samego siebie na ból, piekące słońce, ciągłe zagubienia w środku totalnego bezludzia. To wędrowanie 25-30 kilometrów dziennie z plecakiem, z którego każdy kilogram odciska się na plecach. To zbolałe stopy, ciągłe pragnienie wody, to szczekające psy po drodze.

Keith, kanadyjski strażak poznany w Fisterze, który przebył dłuższą, 900 kilometrową trasę Camino Frances stwierdził, że to ma swoje własne, wewnętrzne znaczenie. Ludzie, którzy traktują Camino jak task do odhaczenia szybko się tego oduczają. Ból mięśni (wszystkich!) i okoliczności drogi zmuszają do nagięcia swojej postawy do takiej, jaką wymaga droga: „tranquilo- nie liczy się cel drogi, bo droga jest celem” – to powtarzają sobie jak mantrę pielgrzymi na trasie.

Camino zmienia człowieka. Codzienne 7-8 godzinne przebywanie tylko ze sobą generuje na początku duże stresy. Wbrew wszystkiemu nie ma czasu na myślenia i wchodzenie w głąb siebie. To raczej jak pozbywanie się siebie. To czym jesteś zmniejsza się z każdym dniem drogi. Przestajesz być swoim samochodem, swoim domem, swoim telefonem komórkowym. Przestaje mieć znaczenie ubiór na sobie czy brudne paznokcie. Ostatecznie droga redukuje pielgrzyma do tego, co widzi przed sobą. Zmysły za to wyostrzają się fenomenalnie. Po kilku dniach byłem w stanie rozpoznać na podstawie wysokości słońca godzinę i czas do zachodu. Nie potrzebowałem zegarka. Wszystko smakuje lepiej i dokładniej, zauważa się zmiany zapachów otoczenia.

Okoliczności drogi

W oczach mieszkańców portugalskich i hiszpańskich wsi i miasteczek pielgrzymi są traktowani w sposób wyjątkowy. Zawsze mogą liczyć na pomoc, jedzenie, wodę, trochę tak jakby pielgrzym był dobrym omenem. A to przecież śmierdzący objuczony sprzętem i ubraniami człowiek, który po prostu idzie.Sami pielgrzymi czują między sobą podobną anomalię i na początku ciężko się im się z nią oswoić. To jednak jeden z filarów szybko znikającej, ale bardzo silnej więzi jaka łączy tych ludzi.

Redukują się potrzeby żywieniowe. Istotna staje się tylko woda. Przez pierwsze dni trasy żywiłem się w większości tym co dostawałem od mieszkańców okolicznych miejscowości, często też po drodze były półdzikie drzewa pomarańczowe. Ostatecznie moja dzienna dieta składała się średnio z dwóch pomarańczy, czekolady, 6-7 litrów wody i czasami wieczornego obiadu z innymi pielgrzymami.

Pierwszego wieczoru drogi trafiłem na zjazd opiekunów schronisk dla pielgrzymów, podczas którego jadłem jedną z najlepszych kolacji w życiu. Kolacja zakończyła się robieniem Queimady, lokalnego pończu mieszanego w wielkiej misie. Queimadę robi się z destylatu wina z dodatkiem ziaren kawy, cukru, cytryny i cynamonu. Podczas mieszania napój jest zapalany i recytowane jest na pół pogańskie zaklęcie. Słyszałem całość i ciarki przechodziły mi po kręgosłupie (tutaj więcej info).

Camino zorganizowane jest wokół żółtych strzałek i sieci albergues, czyli schronisk na pielgrzymów. W Albergue mogą nocować tylko raz i to po pokazaniu credendiala, czyli paszportu pielgrzyma, gdzie wbijane są stemple potwierdzające przebytą drogę. Następnego dnia rano, około 8-9 rano trzeba ruszać w dalszą drogę, lub jest się delikatnie „wypychanym” w drogę:)

Albergues to miejsca gdzie spotykają się  pielgrzymi. Wielu widuje się przelotnie na trasie, ale każdy ceni swoje Camino i mało kto idzie w grupie, która nie była ustalona przed rozpoczęciem trasy. Jest tak ponieważ Camino to sprawa indywidualna i wewnętrzna. Spotkałem na niej wielu niezwykłych ludzi, ale każdy zabiera z trasy coś innego. Są tacy szukający oderwania i samotności, są szukający swojego sensu i tacy, którzy robią to dla przygody i doświadczenia. Nie spotkałem nikogo, kto nie znalazł tego, czego potrzebował, choć czasami okazywało się, że wcale nie tego szukał. Zaskakujące jest to, że nie spotkałem ani jednej osoby, która odbywa Camino w celach religijnych.


Camino odciska na ludziach ślad. Zmienia sposób komunikacji. Znikają, bardzo szybko, uprzedzenia, negatywne emocje. W ogóle emocje powoli zanikają. Równomierne wybijanie rytmu swoimi nogami wprowadza w trans, z którego nie chce się, nomen omen, wychodzić. I znów- same chodzenie, sama podróż staje się celem.

Sin dolor no hay gloria!

Opowiadanie o wszystkich zakrętach trasy nie ma zbytnio sensu, bo wszystko blaknie, gdy stanie się przy niepozornej kamiennej tablicy z muszelką na Praza de Obreidoro w Santiago, która oznacza koniec Camino Portueges. Na placu po raz ostatni spotykają się pielgrzymi i zamierają na kilka minut wpatrując się w wybudowaną w XII wieku katedrę św. Jakuba. Jej front ma jeden podstawowy cel: pokazać, że cały ten trud wędrówki ma pointę. Nawet ludzie nie wierzący patrzą na front kościoła ze świadomością, że są rzeczy większe i trwalsze niż oni sami.

Dalej już się nie da

Ci, którzy czują, że dotarcie do Santiago to za mało, mogą wyruszyć w Camino Fisterra. Nazwa pochodzi od łacińskiego Fis Terrae, czyli Koniec Ziemi. Do czasów Kolumba był to najdalej wysunięty na zachód punkt znany w Europie -dalej już był tylko ocean i słońce. Fisterra to miejsce magiczne. Każda kultura i religia jaka podbijała to miejsce budowała na przylądku świątynię. Przed św. Jakubem były to przybytki kultu słońca. Jestem sobie w stanie wyobrazić dlaczego, bo jego zachód obserwowany z skał przy latarni morskiej to nieprawdopodobne przeżycie.

To nie był jednak dla mnie koniec, bo postanowiłem zobaczyć jeszcze okoliczną Muxię, później wróciłem na jeszcze jedną noc do Fisterry, aby pożegnać znajomych, którzy może jeszcze przyjdą, albo jeszcze są w tym miejscu. Cały dzień przeznaczyłem na picie wina i kawy, gapienie się na fale i rozmowy ze starymi i nowymi znajomymi z całego świata.

Fisterra

Jednym ze takich znajomych był Bastian – niemiecki listonosz i niespełniony DJ. Bastian po dojściu do Fisterry powiedział mi, że te miasteczko na końcu świata jest co rok zasilane pielgrzymami, którzy ten koniec drogi traktują dosłownie. Osiadają tutaj zajmując się patrzeniem na fale, paleniem haszyszu i piciem wina. Powstała już tutaj spora społeczność caminohipisów. I wszystko wskazywało na to, że Bastiana też to miejsce złapało swoimi szponami. W przeciągu 3 dni byłem w Fisterze dwa razy- dwa razy widziałem go w tym samym miejscu, tej samej pozycji, z tym że za drugim razem zgolił sobie włosy na łyso i stwierdził, że „jeszcze sobie tutaj posiedzi”

Wracając do końca

Z Fisterry szybko wróciłem do  Santiago busem. Powoli cały ten high związany z samotnym wędrowaniem zaczynał odpuszczać. Pochodziłem jeszcze raz nasycając się ostatnimi godzinami pielgrzymki, co ostatecznie doprowadziło mnie do momentu czekania na Stephanie na Praza Quintana, od czego zaczęło się spisywanie tej historii. (Chwilę po napisaniu tych słów pojawiła się Stephanie i poszliśmy na chocolate con churros, godzinę później odprowadziła mnie na busa na lotnistko i samolot do Polski)

Przed i po