2015

Zgodnie z tradycją czas podsumować ostatni rok – w ten sam sposób jak zrobiłem to z 2014 i 2013. Ostatnie dwanaście miesięcy to, raz jeszcze, czas zmian – tych, na które zbierało się już od dawna i tych, które nadejdą w zbliżającym się roku.

Czytając moje podsumowania z poprzednich lat zauważyłem jak wtedy podejmowane decyzje mają wpływ na obecną sytuację – jaki robię progres w myśleniu i robieniu. Jak do pewnych rzeczy trzeba dojrzewać latami a inne, pierwotnie nierealne, są możliwe dopiero po długich przygotowaniach.

Gdy patrzę na swój pojedynczy dzień czy nawet miesiąc to wydają się zamkniętymi, statycznymi całościami. Jednak z perspektywy kilku lat widać, jak wszystko jest płynne, zmienia się i ewoluuje. W związku z tym drzwi, które wydają się zamknięte w 2013 teraz są otwarte, a idee wtedy oczywiste stają się anachronizmem.

Poglądy

Ten rok to pewna moja osobista zmiana poglądowa – z rynkowego libertarianina-merytokraty na bardziej lewicowe, choć ciężkie do nazwania. Ogólnie można to nazwać intelektualnym i emocjonalnym dorastaniem.

W pewnym momencie dotknęło mnie osobiście uczucie, że to nie jest tak, że każdy dochodzi tam gdzie jest tylko dzięki własnej pracy (choć to mi zawsze mówiło moje młodzieńcze superbohaterstwo), ale jest możliwe także dzięki sumie starań wszystkich dookoła. Pamiętam, że siedząc na ławce w Pier 41 w San Francisco, próbowałem wypisać wszystkich bliskich mi ludzi, którzy w pośredni i bezpośredni sposób pomogli mi w wyjeździe do SF. To była całkiem długa lista, choć ja jak na egoistę przystało widziałem tylko to, co dla mnie wygodne i myślę, że moje decyzje należą tylko do mnie. Uznałem to za ogromną niesprawiedliwość, wynikającą głównie ze światopoglądu, który świadomie wyznawałem przez ostatnie lata.

Z kolei na poziomie makro ferment rozpoczął się od wpisu jeszcze z 2014 roku pt. „Bomba socjalna„. Czysto racjonalnie nie widzę możliwości, aby liberalny kapitalizm pozwoliłby nam jako globalnemu społeczeństwu przetrwać zawrotnie szybki wzrost automatyzacji i sztucznej inteligencji jaki nas niedługo czeka.

To mnie pcha w stronę centrum lub nawet lewicy – w kierunku większej empatii wobec ludzi i zauważania innych niż tylko finansowe aspekty rozwoju ludzi.

Więcej książek

2015 to rok czytania i słuchania książek. Moją nową ulubioną siecią społecznościową stał się Goodreads – to, co czytają znajomi interesuje mnie bardziej to, co piszą na fejsie czy wrzucają na instagramie.

Z planowanych 10 książek na rok udało mi się już przeczytać 14 (tutaj lista). Wyzwanie na 2016 to 20. Czytam bardzo wolno bo lubię sprawdzać wszystkie przypisy i obrócać wszystkie idee w głowie zanim przejdę do następnej strony. Przez co czytanie fascynującej „Sapiens” zajęło mi ponad 3 miesiące.

O ile w zeszłym roku słuchałem dużo audiobooków tak teraz coraz częściej wracam do papierowych wydań. Skorzystałem z rady Szymona, który zauważył, że czytanie na papierze dobrze „odszumia” mózg i ułatwia zasypianie (w przeciwieństwie od elektroniki). Papier ułatwia skupienie bo nie jest interaktywny.

Medytacja

W pewien wyjątkowo stresujący i chaotyczny dzień pracy w 2014 roku wyszedłem szturmem z firmy, aby się przejść i oczyścić głowę. Chodząc tak wokół warszawskich osiedli zacząłem sprawdzać czy są może na smartfony aplikacje, które mogą pomóc mi się uspokoić. W ten sposób trafiłem na Headspace, które zaczęło mnie powoli wprowadzać w świat medytacji i (tfu!) mindfulness.

Tak, mnie też odrzucał ten cały newage’owy posmak, ale jeśli oddzieli się miękkie sekciarskie mumbo-jumbo od faktycznych technik obserwacji własnych myśli to otrzymuje się narzędzie, które dało mi większą kontrolę nad emocjami i zmniejszyło stres. Okazało się w międzyczasie, że to nie tylko moje anegdotyczne doświadczenia, ale efekty potwierdzone naukowo.

U mnie działa – niezależnie czy medytuję codziennie (trochę ciężkie logistycznie) czy raz na miesiąc.

Zegarmistrz

FullSizeRender

Rok temu na gwiazdkę otrzymałem prezent w postaci lekcji u prawdziwego zegarmistrza. Tak mi się spodobało, że teraz 1-2 razy w miesiącu jeżdżę do mojej rodzinnej miejscowości, aby sobotnie poranki spędzać na rozkładaniu i składaniu najróżniejszych mechanizmów.

Jest coś pięknego w dobrze działającym mechanizmie. Nauka horologii to dla mnie sposób na wyciszenie głowy, ale też uczestnictwo w budowaniu i naprawianiu małych dzieł sztuki. Moje myślenie o zegarmistrzostwie opisywałem już wcześniej.

PizzaPortal

W połowie roku zmieniłem pracę. Z członka zarządu odpowiedzialnego za business development w Senfino zamieniłem się na head of product w PizzaPortal. Ta zmiana pozwoliła mi się w pełni skupić na rozwoju jednego produktu – coś co zawsze chciałem robić.

To jednak niosło za sobą spory narzut emocjonalny – zespół Senfino traktowałem jako moich najbliższych znajomych, a firmę jako coś, co budowałem niemal od początku. Wciąż ze sobą pracujemy (teraz jestem klientem swojej byłem firmy), ale nostalgia zostaje.

Tymczasem PizzaPortal to moja nowa ambicja – jest co robić kierując rozwojem produktów u największego dostawcy jedzenia w Polsce (i części DeliveryHero – największego gracza na światowym rynku). Wyzwań jest mnóstwo, w skali ciężkiej do wyobrażenia sobie w innych polskich startupach.

MDM

IMG_2835

W maju tego roku miała premierę moja książka – Mobile dla Menedżerów. To był kawał ciężkiej pracy. Jestem dumny z efektów, ale 9 miesięcy pracy po godzinach i weekendach spowodowały, że przez następne pół roku nie miałem ochoty napisać nic dłuższego niż notkę na bloga.

Idea napisania książki zrodziła się podczas urlopu, frustracji jakością właśnie przeczytanego artykułu branżowego i mojej potrzeby robienia czegokolwiek jak leżałem plackiem przy basenie. Zacząłem więc spisywać tematy na blogowe wpisy, które same ułożyły się całkiem sensowny spis treści.

Mam zazwyczaj słomiany zapał więc byłem poważnie zaskoczony moją motywacją i systematycznością. Możliwe, że po prostu ten temat jest dla mnie osobiście ważny i pisałem ją z własnego doświadczenia. To nie jest tak, że ja chciałem napisać książkę i szukałem sobie tematu. Po prostu musiałem znaleźć temat, który był dla mnie osobiście wart poświęcenia wolnego czasu.

W sumie sprzedało przez pół roku od premiery około 600 sztuk papierowych, 100 sztuk ebooka plus 800 sztuk w ramach pakietu w Bookrage. Dużo, mało? Ciężko mi określić. Nie pisałem jej żeby zarobić (ledwo co dotarłem do prowizji, która pokrywa moją zaliczkę:). Ale osobista satysfakcja jest wielka. Wnioski z pisania MDM opublikowałem tutaj.

San Francisco

IMG_3099

Chwilę po tym, jak domknęliśmy kwestię zmiany mojej pracy dzięki uprzejmości Google’a, miałem możliwość pojechania do San Francisco na konferencję Google I/O. Była to moja pierwsza wizyta w Stanach i od razu z takim przytupem.

Podczas ponadtygodniowego wyjazdu razem z Filipem mieliśmy nie tylko okazję pogadać z topowymi ludzi z Google’a i okolic, ale także zwiedzić całe miasto na piechotę (ścigaliśmy się komu Apple Health pokaże więcej kroków – robiliśmy dziennie po 20km przez miasto obgadując wszystkie możliwe branżowe ploty).

Zwiedzając SF miałem poczucie jakbym był na planie filmowym a dialogi ludzi na ulicach są wyreżyserowane. Z drugiej strony spodziewałem się większych niespodzianek – amerykańskie filmy katastroficzne spowodowały że krajobraz miasta nie był dla mnie niczym nowym. Mam osobistą satysfakcję, że przeżyliśmy z Filipem mieszkanie i funkcjonowanie w najgorszej dzielnicy SF czyli Tenderloin.

Wspinaczka

IMG_3745

Mało miałem  aktywności fizycznych w tym roku. Paulina chcą nas trochę rozruszać zaproponowała wspinaczkę. Już kiedyś miałem okazję jej spróbować (jeszcze mieszkając we Wrocławiu), ale wtedy zupełnie mi się nie podobała – nikt mi nie powiedział, że wspina się z nóg a nie rąk. Przy odpowiednim wsparciu bardziej doświadczonych wspinaczy małymi kroczkami uczyliśmy się tej sztuki.

Wspinanie się daje wielki zastrzyk adrenaliny. Nawet teraz pisząc te słowa czuję jak pocą mi się ręce. Będąc na ścianie miałem poczucie bliskiego kontaktu z biologicznym niebezpieczeństwem. Mózg mi mówi, żeby tego nie robić, jest wysoko, a co jak spadniesz, czy ta lina wytrzyma? Miałem ogromną satysfakcję wchodzenia mimo to, sprzeciwianiu się samemu sobie. 3 godzinna sesja na ścianie mijała jak 15 minut.

Wietnam

IMG_4370Tak się w ogóle ciekawie stało, że choć uważam siebie za całkiem nieźle oblatanego podróżniczo gościa to po raz pierwszy w tym roku byłem poza Europą – po raz pierwszy w Stanach i drugi raz – w Wietnamie.

W ciągu niemal 3 tygodni udało nam się zwiedzić trochę centralnej i południowej części tego fascynującego kraju. Naszą bazą i punktem wypadowym był Sajgon. Miasto, które polubiliśmy dopiero za trzecią wizytą. Dopiero wtedy zauważyliśmy, że to nie tylko niemiłosierny harmider i mentalny pustostan backpackerskiej dzielnicy, ale także wiele ukrytych przed przewodnikami skarbów.

Reszta kraju jest ciężka do opisania, bo to pokaz skrajności: kurorty dla obcokrajowców i jadłodalnie z Pho dla lokalsów. Fantastycznie świeże, dobre i tanie jedzenie i plastykowe krzesełka. Sztandary komunistyczne obok sklepu Louis Vuitton.

Zdecydowanie chcę tam wrócić.

30

12065978_10208040308355533_8561584252206234839_n

W dniu moich urodzin byliśmy z Pauliną w Can Tho na Delcie Mekongu, w drodze na wyspę Phu Quoc. To był dzień jak każdy inny, poza tym, że właścicielka naszego pensjonatu przygotowała dla mnie mini tort (podejrzała w moim paszporcie datę urodzin) i że dostałem maila, który sam od siebie napisałęm pięciu lat wcześniej. Próbowałem w nim zgadnąć co się u mnie będzie działo jak stuknie mi trzydziestka. I choć ruchy, które wykonywałem wtedy powodują, że właśnie tutaj dotarłem to żadne z moich przewidywań z maila się nie sprawdziły. Ciekawe jak będzie za następne pięć lat.

Dziecko

stas

Największą i najważniejszą rzecz zostawiłem na koniec. Spodziewamy się z Pauliną dziecka! I choć faktyczne oczekiwanie skończy się dopiero w maju przyszłego roku to już po malutku do tego przygotowujemy emocjonalnie i logistycznie. Jedno jest pewne: przyszły rok będzie należał do naszego synka.

Czuję przyjemny wewnętrzny spokój na koniec tego roku. Wiele się wydarzyło, ale czuję, że jestem w dobrym miejscu, a przyszłość wygląda jeszcze ciekawiej niż przez poprzednie lata.

I’m excited.

Jak odróżnić?

Wczoraj wieczorem zostało mi zadane pytanie (parafrazując):

 

Jak odróżniamy to, co wydaje nam się, że potrzebują użytkownicy od tego, czego naprawdę potrzebują?
Do pytania był jeszcze dodany cytat:

 

„Gdybym pytał klientów, czego chcą, powiedzieliby, że szybszego konia!” – Henry Ford
Wiedziałem, że nie dam rady zasnąć dopóki nie odpowiem, bo to pytanie z kategorii tych kluczowych – szczególnie jeśli tworzy się produkty technologiczne. A jednocześnie jeden z moich ulubionych tematów dyskusji. Poniżej moja odpowiedź – rozszerzona, poprawiona stylistycznie i z pewnymi zmianami natury biznesowej.

 


 

Ten temat można rozważać na na kilku płaszczyznach. To co my mówimy, że chcemy a to, co chcą użytkownicy to dwa różne worki. Ten pierwszy (my) zawsze powinien być wystarczająco większy niż ten drugi (użytkownicy), abyśmy mogli testować jak najwięcej rozwiązań. Dlatego zawsze opłaca się mieć jak najszybsze cykle wdrażania i testowania (temu sprzyjają  jednotygodniowe sprinty developerskie), aby sprawdzać czy to, co my chcemy jest także też tym, co chcą użytkownicy. Każdy taki pozytywny test to jeden krok bliżej optymalnego produktu. Ten proces jest jednak niebezpieczny, bo efektem finalnym może być właśnie „szybszy koń” o którym mówił Ford.

 

Dzieje się tak, bo każda iteracyjna poprawa oparta jest na myśleniu wstecznym – patrzymy o ile lepiej działa produkt teraz w stosunku do tego jak działał dzień, tydzień, miesiąc temu. Tak samo jak patrzymy na dane z systemów analitycznych, które zawsze opierają się z danych z przeszłości. Gdy zamiast tego powinniśmy próbować przewidywać przyszłość.

 

Dla mnie to droga iteracyjna – wyciskanie ile można z zastanej sytuacji. Tak jak podkręcanie procesora czy silnika – zawsze trafia się na sufit ograniczeń technicznych, fizycznych i logistycznych. Natomiast coś, co przychodzi z zupełnie innego rynku, jest budowane od zera, bez legacy code i istniejącej struktury jest szybsze i ma lepszą trakcję – i w ten sposób wkrótce będzie miało przewagę nie do pokonania przez starszych rynkowo konkurentów z bagażem.

 

The Innovator’s Dilemma” Claytona Christensena dokładnie opisuje zagrożenia iteracyjnego podejścia opartego na optymalizacji obecnych rozwiązań. Autor nazywa efekt takich działań sustaining innovation.

 

F1.large
Christensen mówi wręcz, że firmy za bardzo słuchają swoich klientów. Ci bowiem zawsze będą opisywać przyszłość słowami teraźniejszości: „To samo, ale szybsze”. To naturalna pułapka myślenia, bo przecież nie da się chcieć czegoś o czym się nie wie. I gdy firmy spełniają potrzeby swoich obecnych klientów to w tym czasie w jakimś garażu powstaje firma, która klientów jeszcze nie ma, tworzy na początku tańsze, mniej stabilne rozwiązanie, bez jasnej ścieżki rozwoju, ale z ogromnym potencjałem zmiany zasad rynku. AirBnB nigdy by nie powstało w Hiltonie, Uber nigdy by nie powstał w korporacji taksówkarskiej – klienci Hiltona i taksówek po prostu nie wiedzą, że potrzebują tak radykalnie innych sposobów zaspokojenia swojej potrzeby.

 

Dlatego odpowiadając na pytanie widzę dwie metody sprawdzania: po jednej stronie mamy iteracyjną, a po drugiej skokową. Pierwszą opisałem na początku – druga to sposób, aby disruptować się samemu, zanim zrobi to ktoś z zewnątrz.

 

Ta druga ścieżka to podejście jakościowe. Opiera się na hipotezach, które są znacznie odważniejsze niż iteracyjne zmiany – bo disruptive innovation nigdy nie pojawi się dzięki A/B testom. Znów jednak opieram się na  Christensenie – tym razem teorii „Jobs To Be Done„.

 

JBTD zakłada, że każdą rzecz, którą mamy „zatrudniamy” do wykonania pracy – zaspokojenia potrzeby. Nie jest jednak dla nas zawsze jasne, skąd bierze się wybór konkretnego sposobu zaspokojenia. Zawsze mamy te same potrzeby (sen, jedzenie, przynależność, komunikacja itd), zawsze chcemy je zaspokajać coraz lepiej, ale nie potrafimy tego racjonalnie zakomunikować (dla zainteresowanych polecam film poniżej). Aby sięgnąć do tych insightów trzeba próbować pobudzać emocje, nostalgie i zmysły – tam gdzie racjonalny umysł nam mniej przeszkadza.

 

Dlatego stosuje się w takich przypadkach m.in. techniki generatywne, które pomagają dotrzeć do tzw. wiedzy ukrytej czyli tego, co ludzie czują i o czym marzą. Na marginesie – pionierami w robieniu takich badań na polskim rynku znów jest Senfino, polecam ich o to zapytać.

 

sleeswijk-visser1

 

Wyniki badań pokazują przypadki skrajne, które zazwyczaj się wypłaszczają i znikają przy badaniach ilościowych – ale dają lepsze odpowiedzi na pytania „dlaczego” a nie tylko „jak” ludzie podejmują decyzje. Dzięki temu próbujemy poznać faktyczne motywacje, które oderwane są od naszego produktu. A więc zamiast tworzyć lepszy produkt szukamy lepszego zaspokojenia potrzeby przez dokładniejsze jej zrozumienie.

 

Jeden poziom dalej od tego podejścia jest Apple, które nie tylko tworzy lepszy produkt, ale popycha użytkowników tam, gdzie uważa, że ma większe możliwości zaspokajania potrzeb. Na przykład nowy iPhone 6s. Ten telefon mógłby być spokojnie kilka milimetrów grubszy i dzięki temu oferować dwa razy dłuższy czas pracy baterii – każdy napotkany użytkownik by o to prosił.

 

Ale Apple się upiera, że chce pchać użytkowników do jak najcieńszych urządzeń bo chce przekraczać wszystkie bariery dając swoim użytkownikom poczucie, że korzystają z czegoś magicznego (a to jest faktyczna potrzeba za którą kupujący chcą płacić premium).

 

Reasumując: nigdy nie wiemy do końca czego chcą użytkownicy. Dlatego, że sami tego jednoznacznie nie wiedzą. To, co możemy robić do być jak najbliżej ich i raz ufać ich opiniom, a za drugim razem intencjonalnie nie ufać; robić odmienne rzeczy licząc, że otworzymy im w głowie nową klapkę o której sobie nawet nie zdawali sprawy.

 

Ważne, aby nie pomylić jednego z drugim.

O braku pewności

Złote rady, niepodważalne prawa, definitywne definicje – mam z tym wszystkim od jakiegoś czasu problem. Mam poczucie, że im bardziej uznajemy, że coś jest 100% prawdziwe i zdecydowanie ostateczne tym bardziej chce mi się polemizować. Kiedyś myślałem, że to takie moje małe prywatne hobby, którym lubiłem wkurzać znajomych i rodzinę (gdy oni za socjalem to ja za wolnością, gdy oni za rozwojem to ja za podatkami), ale okazuje się, że nie tylko ja tak mam – a podobnych mi wsadzono do szufladki i nazwano”contrarians„.

Ogólnie rzecz ujmując contrarian to taki ktoś, kto sprzeciwia się ogólnie przyjętemu poglądowi. W moim przypadku jest jednak pewna różnica, bo bardziej niż ogólnemu poglądowi to coraz częściej sprzeciwiam się swojemu własnemu. Mam wątpliwości.

Szczególnie mocno zauważyłem to podczas pisania książki. Niesamowite jest to, że jeśli coś jest napisane na papierze to od razu staje się prawdą objawioną. I teraz każdy czytelnik może się z nią całkowicie zgodzić lub całkowicie odrzucić – tak jakby istniały tylko dwa stany: prawda i nieprawda. A im jestem starszy (bardziej doświadczony?) tym mocniej widzę, że spektrum między jednym a drugim jest coraz szersze.

To powoduje, że mam coraz mniej radykalne poglądy: kiedyś uważałem, że coś może być w 100% tylko dobre lub w 100% tylko złe. Im dłużej żyję, tym mam poczucie, że widzę więcej możliwości. Co to oznacza? Że zacząłem coraz częściej rezygnować z ogólnych prawd objawionych („powinniście zrobić A”) względem opisu osobistych doświadczeń („dla mnie zadziałało A”).

Lubimy zdecydowane poglądy – to daje nam poczucie pewności, stabilności i racji. Zdecydowane poglądy są też łatwe do zakomunikowania i szybko trafiają na podatny grunt. Znajdowanie prostych rozwiązań dla skomplikowanych problemów jest wręcz sexy. Dlatego tak popularni są guru produktywności, populistyczni politycy czy startupowi mentorzy.

Problem polega na tym, że mało co ma proste rozwiązania.

Po pierwsze: w naszym skomplikowanym świecie mało co ma w ogóle rozwiązanie. Tak, wchodzę tutaj już w aspekty filozoficzne, ale zastanówcie się nad tym: czy kiedykolwiek rozwiążemy jakiś prawdziwy problem do faktycznego końca? Prawdziwie fascynujące problemy nigdy nie mają prawdziwych rozwiązań (to stwierdzenie usłyszałem niedawno w podcaście Reconcilable Differences z ust Merlina Manna). Dajcie sobie chwilę, aby obrócić to w głowie.

Drugi aspekt: mało prawdopodobne, że nasze rozwiązanie faktycznie jest w 100% dobre… A co jeśli jest w 90% dobre? Albo w 70% dobre, w 20% neutralne i 10% złe? Fantastycznie opisał to Isaac Asimov w swoim eseju z 1989 roku pt. „Relativity of wrong” gdzie pokazuje jak mała jest różnica między myśleniem, że ziemia jest płaska (błędnie) od tego że jest kulą (błędnie) i od tego, że jest równomiernie spłaszczoną elipsoidą (także błędnie!). Wszystko zależy jak dokładnie mierzymy.

Trzeci aspekt: co nam daje pewność, że wybraliśmy dobre rozwiązanie?  W Senfino zafascynowaliśmy się myśleniem i metodami pracy Toma Gilba (jego strona domowa, rodem z 1998 roku). Gilb propaguje narzędzie do strategicznego myślenia o rozwoju produktów o nazwie Impact Estimation Table (link do artykułu w PDF). Teraz wspólnie z Senfino wdrażamy te metody w mojej nowej pracy w PizzaPortal. ITE to (uogólniając) tabelka: jej wiersze to cele do osiągnięcia (np. „więcej zakupów w naszym sklepie internetowym”) a kolumny to możliwe metody osiągnięcia celów („zróbmy stronę mobilną”). Później oceniamy się jak każda metoda wpływa na każdy cel (załóżmy że przykładowa wpływa pozytywnie w +60% w skali o -100% do +100%).

Jednym z wyjątkowych elementów ITE jest konieczność określenia Confidence, czyli pewności własnych przekonań. Więc teraz bierzemy nasze stwierdzenie, że „strona mobilna wpłynie w +60% na to, że będziemy mieli więcej zakupów w naszym sklepie” i teraz zastanawiamy się – na ile w ogóle jesteśmy pewni, że tak się stanie? Czy możemy ocenić na ile jesteśmy tego pewni?

W ITE stosuje się skalę od 0 (całkowity brak pewności, nikt nigdy tego nie zrobił; np. lot załogowy poza układ słoneczny) do 1 (mamy pełne doświadczenie, powtarzalna czynność; zrobienie własnoręcznie tysięcznego z kolei krzesła z Ikea). Po drodze oczywiście są różne możliwości – na przykład 0.5 (ktoś z zewnątrz to już zrobił, możemy z nim porozmawiać i się dokładnie dowiedzieć), czy 0.7 (robiliśmy już coś podobnego, mamy jakieś doświadczenie, warunki niewiele się zmieniły). Jeszcze kiedyś do tego tematu wrócimy, obiecuję.

To wszystko powoduje, że moje kiedyś kategoryczne poglądy są coraz bardziej płynne, ale nie dlatego, że czuję niechęć do jasnego zakomunikowania swojego zdania, ale dlatego, że mam coraz mnie pewności co do niego. Nawet w tematach, w których teoretycznie powinienem czuć się jak ryba w wodzie (hej, przecież napisałem książkę!).

Mam też poczucie, że większość moich kategorycznych opinii wygłaszałem wtedy, gdy nie miałem do tego merytorycznej podstawy. Ten fenomen nazywa się „Dunning-Kruger Effect„:

dunning-kruger-effect-1140x641

Chciałbym wierzyć, że moje obecne doświadczenia to po prostu zjeżdżanie po stoku pewności po wspięciu się na szczyt ignoracji.