Jeśli nie wiesz co jest produktem, to znaczy, że Ty nim jesteś.

Posted: January 30th, 2012 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , , | 3 Comments »

Przeglądasz codziennie Wykop (7), Gazetę (6), Fejsa (0), aby wiedzieć o czym jutro napisze Antyweb (4) i Spidersweb (4) skanujesz TheVerge (10), VentureBeat (22) i GigaOM (19) i, jak nikt nie patrzy, Pudelka (4) i Plotka (7). Zastanawiałeś się kiedyś, w jakim niesamowitym świecie żyjesz, że masz to wszystko ot, tak? Raczej nie, bo do fajnych rzeczy człowiek łatwo się przyzwyczaja i szybko zaczyna traktować jako oczywistości, niczym prąd w gniazdku.

Spójrz jednak na to wszystko inaczej: Czy wiesz po co te serwisy istnieją? Tak, oczywiście po to, aby karmić Cię informacją i rozrywką. Ale czy zdajesz sobie sprawę, ale tak na serio, PO CO one są w tym Internecie i serwują Ci to wszystko za free?

Nie ma darmowych obiadów. Większość rzeczy, które widzisz w Sieci powstają po to, aby Cię zatrzymać, zebrać o Tobie informacje i przekonać do kliknięcia linka wewnątrz tej samej domeny/sieci serwisów. No i żebyś czasem kliknął w reklamę, zostawił maila, zalogował się. Jesteś składową ścieżki konwersji, rekordem w bazie danych, który wart jest kilkanaście centów, może czasami kilka dolarów. Jesteś wart tyle, co kliknięcie myszki i automatycznie wyliczone CPC w Adwordsach.

W zamian za możliwość przeczytania na HuffPo (16) o tym, że siostry Kardashian mają własną linię jeansów, oddajesz informacje o sobie, swoich zainteresowaniach, profilu behawioralnym, ulubionych tematach, które są skrzętnie agregowane, układane w schemat użytkownika i przeliczane na dolary.

But wait! Czy ja się na to oburzam? Wręcz przeciwnie. Ta sieć, którą teraz mamy istnieje właśnie dzięki temu, że ciągle ktoś Cię śledzi, bada Twoje zachowanie i serwuje kontent, który lubisz wciągać (nawet jeśli się do tego nie przyznajesz). Nie byłoby tego wszystkiego, gdybyś się nie dzielił tymi informacjami! Zanim zaczniesz wpadać w paranoję i surfował po necie w trybie Incognito, miej świadomość, że jesteś elementem większej układanki, która pozwala komuś widzieć statystyki konwersji, możliwości optymalizacji, przychody i na końcu zyski. Komuś opłaca się te treści produkować, więc właśnie dlatego je masz.

Po prostu musisz zdać sobie sprawę, że jeśli nie wiesz co jest produktem, to znaczy, że Ty nim jesteś. Bądź tego świadomy, to ułatwia.

Te cyfry i liczby w nawiasach przy nazwach serwisów to ilość skryptów zbierających dane o Tobie na tych właśnie stronach. Aby wiedzieć, kto i gdzie Cię śledzi polecam świetny plugin do przeglądarek Ghostery. Skoro tutaj jesteś to wiedz, że właśnie czegoś nowego o Tobie dowiedziało się 5 skryptów.


Nie ma sensu obrażać się na (nową) rzeczywistość

Posted: January 26th, 2012 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , | 2 Comments »

W całej tej walce o wrogiem w postaci ACTA, rządu i Tuska umyka nam podstawowa kwestia zmiany statusu quo ekonomii, która nami rządzi.

Hołdys mówi, że Internauci chcą mieć wszystko w Sieci za darmo. Internauci oburzają się, że zabiera się im wolność.

Wszyscy jednak tkwią w całkowicie starej myśli ekonomicznej opartej o ograniczonej ilości zasobów. Wiadomo, ciągle tak jest w “realu”, ale przecież my rozmawiamy i oburzamy się o Internet i treści cyfrowe, gdzie propagacja informacji jest błyskawiczna, kopiowanie plików 1:1 jest oczywistością, a ilość bitów i bajtów (teoretycznie) nieograniczona.

Jak więc można mówić, że coś jest counterfeit (czyli podrobione) skoro jest idealną cyfrową kopią? Do tego nie jest kradzieżą, bo przecież nikt nie zabiera oryginału. Z tego wniosek, że ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) nie powinna w żaden sposób tykać piractwa komputerowego, a filozofia praw autorskich i patentów wymaga rekonstrukcji.

Patrząc dalej – SOPA, PIPA i ACTA to wszystko próby utrzymania zasad starej ekonomii w zupełnie nowym świecie. Mniej więcej tak samo przydatne jak ortodoksyjne trzymanie się zasad biblijnych w czasach samolotów, smartfonów i terapii genowych.

Jeff Jarvis (autor książki Public Parts do której się ciągle zabieram) opisuje przykład Paulo Coelho, który sam rozpowszechnia swoje pirackie książki. Prowadzi nawet podstronę Pirate Coelho na której publikuje linki do sieci P2P z jego twórczością. On doskonale wie, że im więcej osób dowie się o jego (już pomijam kwestię, że wątpliwej jakościowo) twórczości, tym więcej kiedyś kupi legalną wersję. To po prostu metoda zmniejszania bariery wejścia. Tak samo myślą patrzący w przyszłość muzycy (przykład pierwszy z brzegu: NIN), dla których muzyka na CD czy MP3 to sposób na propagacje ich przesłania i zwiększenie publiki na koncertach.

ACTA, nawet jeśli wprowadzona w życie, na wiele się nie przyda, bo rozwiązania takie jak TOR staną się popularne i powstaną alternatywne Internety.

To jest zupełnie nowa, niektórzy powiedzą urojona, gospodarka, której nie da się kontrolować stosując stare metody.

Nie ma sensu się obrażać na nową rzeczywistość.


SOPA, PIPA i co z tego wynika

Posted: January 16th, 2012 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , , | 1 Comment »

Barack Obama właśnie uciął głowę SOPA wypowiadając się w mocnych słowach przeciwko proponowanemu rozwiązaniu kwestii piractwa w Sieci. Wszyscy się cieszą, bo narzędzie do zintytucjonalizowanego cenzurowania Internetu przestało już być zagrożeniem. Ci, którzy siedzą trochę głębiej w temacie zdają sobie sprawę, że SOPA to nie wszystko, bo za jej plecami czai się PIPA (Protect IP Act).

Część z nich, która wszędzie widzi teorie spiskowe twierdzi, że SOPA była tylko zasłoną dymną dla PIPA. Legislatorzy, łaskawie wycofując się pod naporem połączonych sił internautów i serwisów zapowiadających nic nie znaczące akcje protestacyjne (jak Blackout Day koordynowany przez Reddit), jednocześnie pracują nad równie niebezpiecznym PIPA.

Ostatecznie PIPA też zostanie wycofana i internauci znowu “wygrają”. Mało jednak osób zdaje sobie sprawę co stanie się później. Wszyscy przerażeni totalitarnością SOPA i PIPA, a jednocześnie przyzwyczajający się do myśli, że kwestia piractwa w Sieci jest dla administracji istotna, zaczną zastanawiać się jak zablokować takie działania w przyszłości.

Jak? Oczywiście najlepiej zapełnić ich miejsce aktem o znacznie bardziej liberalnych zasadach i fajniejszej, dobrze kojarzącej się nazwie.

Poznajcie OPEN – trzeci i ostatni akt w tej batalii.

OPEN to Online Protection and Enforcement of Digital Trade Act, szkic aktu zaproponowany przez członka Izby Reprezentantów Darrella Issa i Senatora Rona Wydena i popierany przez Google i Facebooka. Jeśli zastanawiacie się jak OPEN ma się do SOPA i PIPA sprawdźcie tego linka.

W tym momencie OPEN wygląda obiecująco – przede wszystkim dlatego, że nie daje narzędzi do majstrowania przy DNSach przez potencjalnie poszkodowanych piractwem. Sądzę, że większość środowisk walczących o wolność Internetu będzie chciało poprzeć ten akt, aby zablokować potencjalnie o wiele groźniejsze legislacje. Mam jednak poważne wątpliwości, aby RIAA i MPAA ustąpiły tak łatwo i spodziewam się bardzo mocnego lobbingu, aby i w OPEN znalazły się zapisy, które świętującym dwa zwycięstwa nad złymi korporacjami internautom, popsują szyki.

Dlaczego to wszystko jest istotne dla nas w Polsce? Ponieważ cały czas widzimy jak trendy biznesowe, społeczne, a ostatnio także legislacyjne, idą do nas z USA. Mają chwilową zadyszkę w UE i po kilku latach docierają do nas. Myślicie, że idea cenzury internetu w naszym kraju pojawiła się znikąd? Koncepcja usprawiedliwiania cenzury ochroną przed pedofilią i hazardem to nie był wymysł naszych rządzących, a inspiracja tym co działa i nie w USA.

Sądzę, że za 2-3 lata będziemy mieć swój odpowiednik SOPA/PIPA. Zastanawiam się tylko, że będą u nas wystarczająco mocne środowisko, które będzie w stanie przeciwstawić się takim regulacjom. Raz się udało…


2012: Wearables, Health Graph i Prywatność

Posted: January 8th, 2012 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , , , , , , , | 3 Comments »

Mając zdrowy miks obserwacji rynku nowych technologii zarówno od strony biznesowej jak i prywatnej dochodzę do wniosku, że 2012 to będzie rok dwóch trendów: “Wearables” (czyli elektroniki noszonych na ciele) i “Health Graphs” (czyli agregacji i wizualizacji danych o zdrowiu). Ale po kolei:

Wearables

Mianem Wearables nazywa się te urządzenia, które bez problemu można nosić na ciele podczas normalnego funkcjonowania użytkownika (zegarek elektroniczny jest wearable, ale smartfon już nie, bo jest noszony w kieszeni). Trend został na nowo rozpowszechniony dzięki szałowi wokół opaski Jawbone UP (który okazał się niezłą wtopą) i Fitbita - obydwa urządzania (czujniki) agregowały dane o aktywności użytkownika podczas dnia i nocy, zbierając dane o ilości zrobionych kroków i długości snu. Ten trend był już kilkakrotnie restartowany i dotarł też do Polski za sprawą Nike – sam kilka lat temu czułem się niezłym geekiem chodząc wszędzie z zegarkiem Nike+, który mierzył odległość chodu lub biegu i spalane kalorie.

Jaki sens ma noszenie czegoś takiego? W sumie te wszystkie dane do niczego się nie przydają jeśli nie udostępni się ich w odpowiedni sposób dzięki…

Health Graph

Takim mianem RunKeeper nazywa swoją wersję facebookowego Open Grapha, ale dla mnie to początek trendu, który wyjdzie poza jedną firmę. HG skupia się na dzieleniu się ze swoimi znajomymi danymi o swoim zdrowiu, wydolności fizycznej i np. rekordów w ulubionych dziedzinach sportu. RunKeeper idzie jednak dalej i, udostępniając API, zaczyna całość nazywać “cyfrową mapą zdrowia”, która agreguje dane z wielu różnic urządzeń (nawet wag). Każdy Twój znajomy widzi Twoją mapę oraz Ty widzisz ich mapy. Możecie się porównywać, wyzywać na pojedynki sprawnościowe i nawzajem motywować. W tym momencie jednak nic tutaj nie różni się od systemu Nike+ który funkcjonuje już od kilku lat. Różnica polega na tym, że obecne sensory mogą mierzyć nie tylko ilość kroków czy spalanych kalorii, ale także badać puls, wykrywać ruch i fazy snu czy określać położenie geograficzne, a stąd już blisko do poważniejszych zastosowań, które składają się na coś co można nazwać umownie casual medicine (temat na inny wpis).

 

Wnioski

Jak bumerang pojawia się kwestia prywatności. Nie jestem jeszcze do końca pewien, w którą stronę wszystko to pójdzie, ale widzę dwie możliwości:

  • Totalna otwartość i transparentność społeczną jaką za cel stawia sobie Zuckerberg – co ciekawe idąc po linii idei Radical Openness, którą w tym roku będzie promował TED. Swoją drogą niedługo zacznę czytać Public Parts Jeffa Jarvisa, który też otwarcie broni takiego podejścia. No zobaczymy…
  • Prywatne sieci społecznościowe, której jaskółką jest Path z ograniczeniem liczby znajomych do 150 (to tzw. liczba Dunbara, określająca maksymalna teoretyczna kognitywną liczbę stabilnych relacji społecznych, jakie może utrzymywać człowiek podczas swojego życia)

W zeszłym roku na zlecenie pewnej polskiej agencji zbudowałem model akcji marketingowej z wykorzystaniem czujników RFID wszczepionych w opaski, które  autologowały (i checkinowały) swoich właścicieli w miejscach, gdzie były specjalne czytniki (na wzór i przy konsultacji pionierów w tym zakresie: E-dologic z Izraela, autorów akcji Coca Cola Village). Klasyczny przykład wearable (opaski miały być podobne do tych z Lifestrong), ale zamiast elementu health graphu był vanity graph.

Zastanawiałem się przy tym bardzo mocno jak daleko można posunąć się w żonglowaniu z użytkownikami ich prywatnością. Kusi mnie bardzo, aby sprawdzić na ile ją cenią. Z drugiej strony przyzwyczajamy się do życia, w którym nawet informacje o długości wczorajszego snu i dzisiejszej ilości kg na wadze są już wiedzą publiczną, więc może rzeczywiście warto pożegnać się z prywatnością w imię nowego, lepsze społeczeństwa, które wie o sobie wszystko?

 


Lis + Internet

Posted: November 10th, 2011 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , , , | No Comments »

Tomek Lis ogłosił, że robi coś nowego. Coś nowego w Internecie. Chce budować polską wersję Huffington Post, czyli kiedyś fenomenu internetowego, a obecnie wielkiego portalu agregowanej opinii trzymanego żelazną ręką Arianny Huffington. O tle i wyzwaniach tego projektu świetnie napisał Radek Zaleski z Gazety Technologie. Ja tylko zacytuję ostatnie paragrafy:

Problem leży nie po stronie mediów, a po stronie odbiorców, którzy mając tak uniwersalne i wspaniałe narzędzie jak internet wybierają głupoty ponad sprawy poważne, oczekując jednocześnie, że wszystko będzie dostępne za darmo

W internecie to odbiorca decyduje o tym, co jest popularne i ważne. Wybitnych treści, ekspertów, ważnych debat w sieci nie brakuje – to odbiorcy mają je, powiem po internetowemu, w dupie.

A teraz sprawdź proszę, Drogi Klikaczu, jakie strony znajdują się w historii Twojej przeglądarki. Smacznego.

Nie mogę się zgodzić z tym mocniej, szczególnie mając doświadczenie zarówno z contentem blogoidowym właśnie w sieci Blomedia, a później Arbo. Dlatego uważam, że robienie polskiej wersji HuffPo (nazwanej już LisPo) to nie jest dobry pomysł.

Tomasz Lis powinien robić emagazyn.

16 miesięcy, które do tej pory poświęciłem na tworzenie Proseeda pokazały jasno: o jakości contentu decyduje bezpośrednio i pośrednio forma. “Zamknięcie” treści w sztywnych ramach serwowanego co miesiąc PDFa

Z drugiej strony: wymykamy się dzięki formie wrzucaniu nas do szufladki “reklama internetowa”. W naszym magazynie nie liczą się na pierwszym miejscu kliki i impresje, my sprzedajemy reklamę wizerunkową. Jeśli np. napiszecie do Magdy, która zajmuje się bizdevem w Proseedzie dowiecie się, że jedna reklama fullpage kosztuje u nas niecałe 4000zł + VAT. Ile wyświetleń double billboarda musielibyśmy pokazać, aby to osiągnąć? Ile treści naprodukować, ile fantazujących, szokujących i agresywnych leadów wygenerować?

Emagazyn to zupełnie inne zwierze, forma, która pozwala dbać o treść, ale bez oporu materii i fizycznej dystrybucji. Idealne pole popisu dla Lisa, który idealistycznie myśli, że dobry content online da się obronić przed reklamą internetową. Nie da się.

Ps. Już jest Proseed #16, który serdecznie polecam.

Open publication – Free publishingMore biznes

Nie idę na wybory

Posted: October 8th, 2011 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: | 8 Comments »

Już jakiś czas temu zdecydowałem, że nie idę na wybory. Jakiekolwiek. Dopóki mamy w Polsce wolność wyboru korzystam z niej w sposób, który jest dla mnie jedynym racjonalnym wyjściem: osobistym bojkotem. Dlaczego tak?

Bo nie widzę żadnej wartości zarówno w hasłach i obietnicach wyborczych (przecież wszyscy wiedzą, że większość z nich nigdy nie da się wprowadzić w życie, a mimo to dajemy się im oszukać – dlaczego?).

Nie ma nic do kandydatów do sejmu i senatu. Sądzę, że większość z nich to porządni i pracowici ludzie. To system jest zły. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy prześledzić jak działają komisje sejmowe, jak obudowane proceduralnie są najmniejsze operacje administracyjne, jak wygląda proces prawotwórczy (a z drugiej strony ile jest uchwalanych ustaw w Polsce rocznie) to zrozumiecie, co tutaj działa źle. Inną kwestią jest to, że zupełnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem jest zrównywanie wartości głosu profesora zajmującego się fizyką kwantową z głosem człowieka, który z fizyką kojarzy tylko podnoszenie butelki z tanim winem.

Nie obwiniam graczy, obwiniam grę.

Ps. Jeśli jednak moje argumenty Cię nie przekonują – spraw, aby Twój wybór był oparty na racjonalnych przesłankach – zacznij od sprawdzenia (teraz!) kto kandyduje w Twoim okręgu. Potraktuj wybory parlamentarne jak kupowanie nowego laptopa. Zrób research, porównaj specyfikacje. Zacznij od Sejmometr.pl. I przeczytaj wpis Janka Rychtera.


Zaufanie

Posted: October 2nd, 2011 | Author: | Filed under: Myśli | Tags: , | No Comments »

Artur Kurasiński na swoim fejsie zacytował:

Polska nie spełnia ani jednego kryterium społeczeństwa obywatelskiego. Pod względem ogólnego zaufania zajmujemy jedno z ostatnich miejsc wśród krajów objętych badaniem European Social Survey (ESS) w 2008 r. W Polsce z opinią, że „większości ludzi można ufać, zgadzało się według naszego badania zaledwie 10,5 proc. respondentów.

Co mi przypomniało konferencję Młodzi Innowacyjni na których też były przytoczone wnioski, że największym polskim problemem w robieniu biznesu jest brak zaufania między stronami.

A ja tymczasem czytam fragment z nieopublikowanego jeszcze wywiadu, który robimy do Proseed #15:

(…) Natomiast późniejsze dogadanie się z inwestorem to była realizacja nauki profesora Mruka, który mnie uczył na Akademii Ekonomicznej, że relacje między dwoma firmami to zawsze relacje między dwoma ludźmi.
I dziś tak jest faktycznie – mieliśmy inne oferty, ale wybraliśmy po prostu dlatego, że była między nami dobra chemia. Nie ma w tym nic racjonalnego, ale do dnia, kiedy ja rzuciłem pracę w poprzedniej firmie i do dnia, kiedy zaczęliśmy robić nasz startup, nie mieliśmy podpisanego żadnego dokumentu, mieliśmy tylko maile. I teraz mógłbym sobie pomyśleć, że inwestor mnie oszuka i odeśle z kwitkiem. Miałem takie myśli, ale flow między nami był dobry, wszystko szło gładko do przodu. Pamiętam, że od pierwszych warunków inwestycyjnych, do momentu, kiedy zapadła decyzja na komitecie inwestycyjnym minęło około dwóch i pół miesiąca. I to wszystko działo się bez żadnych dokumentów.

[wywiad nie jest jeszcze autoryzowany, tekst może się zmienić]

I zaczynam sobie myśleć – może to właśnie nasz branża jest kluczem do budowania zaufania między ludźmi i firmami, skoro tutaj, gdzie ryzyko straty kasy, firmy i reputacji jest ogromne, ludzie ufają sobie na słowo?


Internet Beta 2011

Posted: September 19th, 2011 | Author: | Filed under: Myśli, Wydarzenia | Tags: , , , , , , , , , , , | 1 Comment »


14-16 września pod Rzeszowem odbyła się trzecia edycja konferencji Internet Beta organizowanej przez Mateusza Tułeckiego. Po raz pierwszy przy współudziale Proseeda jako patrona medialnego i partnera merytorycznego. Nie mogło mnie tam zabraknąć:)

Beta jest konferencją interdyscyplinarną, ale skupioną wokół internetu oraz kultury i biznesu, które się dzięki niemu tworzą. Nasz magazyn był odpowiedzialny właśnie za część biznesową – drugiego dnia eventu razem z Szymonem Szymczykiem (redaktorem prowadzącym Proseeda) prowadziliśmy blok startupowy, na którym pojawili się z prezentacjami między innymi Borys Musielak (Filmaster), Filip Miłoszewski (Listonic), Agnieszka Oleszczuk-Widawska (Evenea), Paweł Nowak (PressPad) czy Wiktor Sarota (inFakt).

Po prezentacjach odbył się panel, który miałem przyjemność moderować. Pytałem Bartka Golę (SpeedUp Group), Rafała Han (Brightberries), Jaromira Działo (Topicmarks) i Agnieszczkę Oleszczuk-Widawską (Evenea) czy coś się zmienia w polskiej branży startupowej. Miałem tezę, że nasza malutka nisza zaczyna się profesjonalizować i dorastać. Widać to było chociażby po uczestnikach następującego po panelu konkursu Startup Sito – każdy z nich miał już kilkuletnie doświadczenie w branży, często byli to seryjni startupowcy. Paneliści w sumie zgodzili się, że tak jest, ale Rafał i Bartek zauważyli, że to dopiero początek drogi jaką idziemy. Ale idziemy w dobrym kierunku. More or less.

Inne tezy panelu:

  • Polskie fundusze VC to też startupy – funkcjonują na zupełnie nowym dla siebie rynku, nie mają zbyt długiego doświadczenia, więc też uczą się wpatrując w amerykańskie wzorce. Zupełnie jak nasze startupy. Bartek prosto z mostu zapytał czy na polskim rynku był jakiś exit na poziomie kilku milionów zł. Rafał stwierdził, że spodziewa się takiej transakcji w przeciągu 3-5 lat.
  • Bartek potwierdza swoją tezę z Auli sprzed 1.5 roku, że “startup, który nie zarabia w krótkim czasie, nie znajdzie inwestora w Polsce”. Zapytam się go o to samo za rok:)
  • Bańka eventowa – mamy obecnie masę barcampów, konferencji, eventów, warsztatów, Startup Weekendów i podobnych wydarzeń w całej Polsce. Masę w stosunku do tego co się działo rok temu. Czy to dobrze czy źle? Dobrze, bo każdy może znaleźć coś ciekawego blisko swojego miasta i buduje się mocna społeczność, ale z drugiej strony, potrzeba już całego etatu, aby być na bieżąco z tym wszystkim.
  • Zaczyna się moda na startupy, pojawiają się w TV, wchodzą na salony, ale nie pasują do nich czerwone dywany i konferencje w Hiltonie. Ostatnie Aulery były tego przykładem: startup to jednak garaż, a nie hotel, ciężka praca u podstaw a nie splendor i drinki. Po Aulerach, które współorganizowałem właśnie w Hiltonie dostałem dużo negatywnych komentarzy ludzi, którzy czuli dysproporcję między naszymi standardowymi spotkaniami a eventem w Hiltonie.
  • Agnieszka powiedziała, że kto raz zasmakował, jak to jest budować swój własny produkt i później go sprzedawać, to będzie to robił dalej, nawet jeśli jego pierwszy projekt upadł. Startup to nałóg.

Po panelu przeprowadziliśmy jeszcze konkurs dla startupów Startup Sito. Byłem bardzo pozytywnie zaskoczony poziom prezentacji i przygotowaniem prezentujących. Ostatecznie nagrodę Jury (ten sam skład co w panelu, ale kobiety się zmieniły – zamiast Agnieszki była Ania Zarudzka z Chilid) otrzymało Manifo.com, a nagrodę publiczości LingApp. Gratulacje!

Co do reszty konferencji nie będę się wypowiadał. Fajnie słuchało się prezentacji o vlogerach czy nowym podejściu do brandingu, ale nie czuje się kompetentny, aby oceniać ich jakość.

Jednocześnie wielkie brawa dla Mateusza Tułeckiego i całego zespołu przygotowującego Betę 2011. Dawno nie widziałem tak dobrze przygotowanej konferencji i takiego hipernetworkingu:)


Bitcoins – niedługo wszystko się odwróci do góry nogami

Posted: May 18th, 2011 | Author: | Filed under: Myśli | No Comments »

Bitmonety wybuchły właśnie w USA. Wirtualna waluta rozprowadzana drogą P2P już za chwilę, już za momencik stanie się światowym memem destabilizując system wymiany walutowej.

Czym są bitcoins? To wirtualna waluta, która jest generowana przez program wykorzystujące wolne cykle obliczeniowe komputera użytkownika – działa podobnie jak program SETI@Home. Po wygenerowaniu monety możesz nią dowolnie obracać – przesyłać, wymieniać, kupować produkty online. Bitmonety zyskały sobie ogromną popularność wśród półświatka dzięki ułatwianiu nielegalnych transakcji online (np. za bazę danych kart kredytowych PSN…), ale także korzystają z niej gracze pokerowi. Serwisy freelancerskie i pierwsze sklepy online przymierzają się do wprowadzenia bitcoins, są już programiści, którzy swoją zapłatę przyjmują w nich…

Dlaczego? Bo Bitcoins mają same zalety: rozprowadzają się w ramach P2P (więc nie ma “banku centralnego” który może manipulować kursem), nie mogą być namierzane i śledzone jak transkacje bankowe, mają ekstremalnie niskie koszty przesyłu i, co najgorsze, nie mogą być opodatkowane.

Obecnie w obrocie jest 6 milionów bitmonet – system został tak stworzony, że do 2140 roku może być ich maksymalnie wygenerowanych 21 milionów. W tym momencie jedną bitmonetę można kupić za 7.25 dolara. Dla tych wszystkich, którzy właśnie szukają programu do generowania tych monet śpieszę z informacją: obecnie zrobienie jednej zajmuje 5 lat i jest tak pomyślane, żeby ilość wykorzystanych cykli procesora i wykorzystanej do tego energii była wyższa od wartości była wyższa od faktycznej wartości bitmonety.

Jason Calacanis stwierdził analizując temat, że przy takiej szybkości propagacji Bitcoins zostaną w ciągu 12-18 miesięcy zakazane przez społeczność międzynarodową i rządy krajowe. Powstaje bowiem tutaj drugi rynek obrotu walutą, która z racji swojej niesterowalności i braku kontroli staje się lepszą alternatywą w stosunku do walut fiducjarnych takich jak euro czy dolar. Nagle może stać się prawdziwa wizja Dukaja, który wieszczył wyższą siłę nabywczą walut wirtualnych od tradycyjnych (zresztą ja też trochę o to zahaczyłem pisząc o gospodarkach urojonych).

Patrząc na to wszystko nie mogę nie odnieść wrażenia, że czeka nas spory krok w stronę… no właśnie nie wiem jak to dobrze określić, ale Calacanis nazywa to technotarianizmem (technologicznym liberianizmem).

Ciekawe czasy.


Poradnik: Jak wykorzystywać ludzi, część 1

Posted: January 27th, 2011 | Author: | Filed under: Myśli | 2 Comments »

Każdy każdego wykorzystuje. Nikt się jednak do tego nie przyznaje – to jeden z elementów naszej społecznej hipokryzji. Umiejętność wykorzystywanie ludzi do swoich własnych celów jest (imho) bardzo pożądaną umiejętnością. Ostatecznie wygrywa ten, kto efektywniej wykorzysta odpowiednich ludzi.

Aby wyklarować: wykorzystywanie oznacza delegowanie zadań nie oferując za to wymiernej korzyści. Nie ma za to nic wspólnego z krzywdzeniem, okłamywaniem i malwersacjami.

Jednym z podstawowych sposób wykorzystywania ludzi wokół siebie to traktowanie ich jako filtrów, np. informacyjnych. Nie potrzebuję czytać antyweb.pl, interaktywnie.com czy innych serwisów “branżowych”, bo o tym co jest istotne dowiaduję się od znajomych, którzy za mnie parserują informacje. Jeśli coś jest rzeczywiście istotne, wypływa w bezpośrednich rozmowach – online lub oko w oko. W ten sam sposób później ja staję się filtrem dla innych – przekazuję tylko to co uważam za istotne.

Mając kilka takich ludzkich filtrów informacyjnych można zrezygnować całkowicie z czytania newsów.

To najlepszy sposób, aby uniknąć zalewu niepotrzebnych informacji.