Posted: January 30th, 2012 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: biznes, ghostery, Sieć | 3 Comments »
Przeglądasz codziennie Wykop (7), Gazetę (6), Fejsa (0), aby wiedzieć o czym jutro napisze Antyweb (4) i Spidersweb (4) skanujesz TheVerge (10), VentureBeat (22) i GigaOM (19) i, jak nikt nie patrzy, Pudelka (4) i Plotka (7). Zastanawiałeś się kiedyś, w jakim niesamowitym świecie żyjesz, że masz to wszystko ot, tak? Raczej nie, bo do fajnych rzeczy człowiek łatwo się przyzwyczaja i szybko zaczyna traktować jako oczywistości, niczym prąd w gniazdku.
Spójrz jednak na to wszystko inaczej: Czy wiesz po co te serwisy istnieją? Tak, oczywiście po to, aby karmić Cię informacją i rozrywką. Ale czy zdajesz sobie sprawę, ale tak na serio, PO CO one są w tym Internecie i serwują Ci to wszystko za free?
Nie ma darmowych obiadów. Większość rzeczy, które widzisz w Sieci powstają po to, aby Cię zatrzymać, zebrać o Tobie informacje i przekonać do kliknięcia linka wewnątrz tej samej domeny/sieci serwisów. No i żebyś czasem kliknął w reklamę, zostawił maila, zalogował się. Jesteś składową ścieżki konwersji, rekordem w bazie danych, który wart jest kilkanaście centów, może czasami kilka dolarów. Jesteś wart tyle, co kliknięcie myszki i automatycznie wyliczone CPC w Adwordsach.
W zamian za możliwość przeczytania na HuffPo (16) o tym, że siostry Kardashian mają własną linię jeansów, oddajesz informacje o sobie, swoich zainteresowaniach, profilu behawioralnym, ulubionych tematach, które są skrzętnie agregowane, układane w schemat użytkownika i przeliczane na dolary.
But wait! Czy ja się na to oburzam? Wręcz przeciwnie. Ta sieć, którą teraz mamy istnieje właśnie dzięki temu, że ciągle ktoś Cię śledzi, bada Twoje zachowanie i serwuje kontent, który lubisz wciągać (nawet jeśli się do tego nie przyznajesz). Nie byłoby tego wszystkiego, gdybyś się nie dzielił tymi informacjami! Zanim zaczniesz wpadać w paranoję i surfował po necie w trybie Incognito, miej świadomość, że jesteś elementem większej układanki, która pozwala komuś widzieć statystyki konwersji, możliwości optymalizacji, przychody i na końcu zyski. Komuś opłaca się te treści produkować, więc właśnie dlatego je masz.
Po prostu musisz zdać sobie sprawę, że jeśli nie wiesz co jest produktem, to znaczy, że Ty nim jesteś. Bądź tego świadomy, to ułatwia.
Te cyfry i liczby w nawiasach przy nazwach serwisów to ilość skryptów zbierających dane o Tobie na tych właśnie stronach. Aby wiedzieć, kto i gdzie Cię śledzi polecam świetny plugin do przeglądarek Ghostery. Skoro tutaj jesteś to wiedz, że właśnie czegoś nowego o Tobie dowiedziało się 5 skryptów.
Posted: January 26th, 2012 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: acta, piractwo | 2 Comments »
W całej tej walce o wrogiem w postaci ACTA, rządu i Tuska umyka nam podstawowa kwestia zmiany statusu quo ekonomii, która nami rządzi.
Hołdys mówi, że Internauci chcą mieć wszystko w Sieci za darmo. Internauci oburzają się, że zabiera się im wolność.
Wszyscy jednak tkwią w całkowicie starej myśli ekonomicznej opartej o ograniczonej ilości zasobów. Wiadomo, ciągle tak jest w “realu”, ale przecież my rozmawiamy i oburzamy się o Internet i treści cyfrowe, gdzie propagacja informacji jest błyskawiczna, kopiowanie plików 1:1 jest oczywistością, a ilość bitów i bajtów (teoretycznie) nieograniczona.
Jak więc można mówić, że coś jest counterfeit (czyli podrobione) skoro jest idealną cyfrową kopią? Do tego nie jest kradzieżą, bo przecież nikt nie zabiera oryginału. Z tego wniosek, że ACTA (Anti-Counterfeiting Trade Agreement) nie powinna w żaden sposób tykać piractwa komputerowego, a filozofia praw autorskich i patentów wymaga rekonstrukcji.
Patrząc dalej – SOPA, PIPA i ACTA to wszystko próby utrzymania zasad starej ekonomii w zupełnie nowym świecie. Mniej więcej tak samo przydatne jak ortodoksyjne trzymanie się zasad biblijnych w czasach samolotów, smartfonów i terapii genowych.
Jeff Jarvis (autor książki Public Parts do której się ciągle zabieram) opisuje przykład Paulo Coelho, który sam rozpowszechnia swoje pirackie książki. Prowadzi nawet podstronę Pirate Coelho na której publikuje linki do sieci P2P z jego twórczością. On doskonale wie, że im więcej osób dowie się o jego (już pomijam kwestię, że wątpliwej jakościowo) twórczości, tym więcej kiedyś kupi legalną wersję. To po prostu metoda zmniejszania bariery wejścia. Tak samo myślą patrzący w przyszłość muzycy (przykład pierwszy z brzegu: NIN), dla których muzyka na CD czy MP3 to sposób na propagacje ich przesłania i zwiększenie publiki na koncertach.
ACTA, nawet jeśli wprowadzona w życie, na wiele się nie przyda, bo rozwiązania takie jak TOR staną się popularne i powstaną alternatywne Internety.
To jest zupełnie nowa, niektórzy powiedzą urojona, gospodarka, której nie da się kontrolować stosując stare metody.
Nie ma sensu się obrażać na nową rzeczywistość.
Posted: January 16th, 2012 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: open, pipa, sopa | 1 Comment »
Barack Obama właśnie uciął głowę SOPA wypowiadając się w mocnych słowach przeciwko proponowanemu rozwiązaniu kwestii piractwa w Sieci. Wszyscy się cieszą, bo narzędzie do zintytucjonalizowanego cenzurowania Internetu przestało już być zagrożeniem. Ci, którzy siedzą trochę głębiej w temacie zdają sobie sprawę, że SOPA to nie wszystko, bo za jej plecami czai się PIPA (Protect IP Act).
Część z nich, która wszędzie widzi teorie spiskowe twierdzi, że SOPA była tylko zasłoną dymną dla PIPA. Legislatorzy, łaskawie wycofując się pod naporem połączonych sił internautów i serwisów zapowiadających nic nie znaczące akcje protestacyjne (jak Blackout Day koordynowany przez Reddit), jednocześnie pracują nad równie niebezpiecznym PIPA.
Ostatecznie PIPA też zostanie wycofana i internauci znowu “wygrają”. Mało jednak osób zdaje sobie sprawę co stanie się później. Wszyscy przerażeni totalitarnością SOPA i PIPA, a jednocześnie przyzwyczajający się do myśli, że kwestia piractwa w Sieci jest dla administracji istotna, zaczną zastanawiać się jak zablokować takie działania w przyszłości.
Jak? Oczywiście najlepiej zapełnić ich miejsce aktem o znacznie bardziej liberalnych zasadach i fajniejszej, dobrze kojarzącej się nazwie.
Poznajcie OPEN – trzeci i ostatni akt w tej batalii.
OPEN to Online Protection and Enforcement of Digital Trade Act, szkic aktu zaproponowany przez członka Izby Reprezentantów Darrella Issa i Senatora Rona Wydena i popierany przez Google i Facebooka. Jeśli zastanawiacie się jak OPEN ma się do SOPA i PIPA sprawdźcie tego linka.
W tym momencie OPEN wygląda obiecująco – przede wszystkim dlatego, że nie daje narzędzi do majstrowania przy DNSach przez potencjalnie poszkodowanych piractwem. Sądzę, że większość środowisk walczących o wolność Internetu będzie chciało poprzeć ten akt, aby zablokować potencjalnie o wiele groźniejsze legislacje. Mam jednak poważne wątpliwości, aby RIAA i MPAA ustąpiły tak łatwo i spodziewam się bardzo mocnego lobbingu, aby i w OPEN znalazły się zapisy, które świętującym dwa zwycięstwa nad złymi korporacjami internautom, popsują szyki.
Dlaczego to wszystko jest istotne dla nas w Polsce? Ponieważ cały czas widzimy jak trendy biznesowe, społeczne, a ostatnio także legislacyjne, idą do nas z USA. Mają chwilową zadyszkę w UE i po kilku latach docierają do nas. Myślicie, że idea cenzury internetu w naszym kraju pojawiła się znikąd? Koncepcja usprawiedliwiania cenzury ochroną przed pedofilią i hazardem to nie był wymysł naszych rządzących, a inspiracja tym co działa i nie w USA.
Sądzę, że za 2-3 lata będziemy mieć swój odpowiednik SOPA/PIPA. Zastanawiam się tylko, że będą u nas wystarczająco mocne środowisko, które będzie w stanie przeciwstawić się takim regulacjom. Raz się udało…
Posted: January 8th, 2012 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: 2012, coca cola, dunbar, health graph, jeff jarvis, ted, trendy, wearables | 3 Comments »
Mając zdrowy miks obserwacji rynku nowych technologii zarówno od strony biznesowej jak i prywatnej dochodzę do wniosku, że 2012 to będzie rok dwóch trendów: “Wearables” (czyli elektroniki noszonych na ciele) i “Health Graphs” (czyli agregacji i wizualizacji danych o zdrowiu). Ale po kolei:
Wearables
Mianem Wearables nazywa się te urządzenia, które bez problemu można nosić na ciele podczas normalnego funkcjonowania użytkownika (zegarek elektroniczny jest wearable, ale smartfon już nie, bo jest noszony w kieszeni). Trend został na nowo rozpowszechniony dzięki szałowi wokół opaski Jawbone UP (który okazał się niezłą wtopą) i Fitbita - obydwa urządzania (czujniki) agregowały dane o aktywności użytkownika podczas dnia i nocy, zbierając dane o ilości zrobionych kroków i długości snu. Ten trend był już kilkakrotnie restartowany i dotarł też do Polski za sprawą Nike – sam kilka lat temu czułem się niezłym geekiem chodząc wszędzie z zegarkiem Nike+, który mierzył odległość chodu lub biegu i spalane kalorie.

Jaki sens ma noszenie czegoś takiego? W sumie te wszystkie dane do niczego się nie przydają jeśli nie udostępni się ich w odpowiedni sposób dzięki…
Health Graph
Takim mianem RunKeeper nazywa swoją wersję facebookowego Open Grapha, ale dla mnie to początek trendu, który wyjdzie poza jedną firmę. HG skupia się na dzieleniu się ze swoimi znajomymi danymi o swoim zdrowiu, wydolności fizycznej i np. rekordów w ulubionych dziedzinach sportu. RunKeeper idzie jednak dalej i, udostępniając API, zaczyna całość nazywać “cyfrową mapą zdrowia”, która agreguje dane z wielu różnic urządzeń (nawet wag). Każdy Twój znajomy widzi Twoją mapę oraz Ty widzisz ich mapy. Możecie się porównywać, wyzywać na pojedynki sprawnościowe i nawzajem motywować. W tym momencie jednak nic tutaj nie różni się od systemu Nike+ który funkcjonuje już od kilku lat. Różnica polega na tym, że obecne sensory mogą mierzyć nie tylko ilość kroków czy spalanych kalorii, ale także badać puls, wykrywać ruch i fazy snu czy określać położenie geograficzne, a stąd już blisko do poważniejszych zastosowań, które składają się na coś co można nazwać umownie casual medicine (temat na inny wpis).

Wnioski
Jak bumerang pojawia się kwestia prywatności. Nie jestem jeszcze do końca pewien, w którą stronę wszystko to pójdzie, ale widzę dwie możliwości:
- Totalna otwartość i transparentność społeczną jaką za cel stawia sobie Zuckerberg – co ciekawe idąc po linii idei Radical Openness, którą w tym roku będzie promował TED. Swoją drogą niedługo zacznę czytać Public Parts Jeffa Jarvisa, który też otwarcie broni takiego podejścia. No zobaczymy…
- Prywatne sieci społecznościowe, której jaskółką jest Path z ograniczeniem liczby znajomych do 150 (to tzw. liczba Dunbara, określająca maksymalna teoretyczna kognitywną liczbę stabilnych relacji społecznych, jakie może utrzymywać człowiek podczas swojego życia)
W zeszłym roku na zlecenie pewnej polskiej agencji zbudowałem model akcji marketingowej z wykorzystaniem czujników RFID wszczepionych w opaski, które autologowały (i checkinowały) swoich właścicieli w miejscach, gdzie były specjalne czytniki (na wzór i przy konsultacji pionierów w tym zakresie: E-dologic z Izraela, autorów akcji Coca Cola Village). Klasyczny przykład wearable (opaski miały być podobne do tych z Lifestrong), ale zamiast elementu health graphu był vanity graph.
Zastanawiałem się przy tym bardzo mocno jak daleko można posunąć się w żonglowaniu z użytkownikami ich prywatnością. Kusi mnie bardzo, aby sprawdzić na ile ją cenią. Z drugiej strony przyzwyczajamy się do życia, w którym nawet informacje o długości wczorajszego snu i dzisiejszej ilości kg na wadze są już wiedzą publiczną, więc może rzeczywiście warto pożegnać się z prywatnością w imię nowego, lepsze społeczeństwa, które wie o sobie wszystko?
Posted: January 8th, 2012 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Skrawki | No Comments »

Posted: December 12th, 2011 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Wydarzenia | Tags: proseed | 6 Comments »

W trudnych, wymagających zdecydowanej postawy sytuacjach łatwo ulec myśleniu magicznemu, że odpowiednio długie odsuwanie decyzji w czasie, spowoduje że problemy znikną, a sprawy ułożą się same.
Tak nie jest.
W młodych firmach, w których szybkość działania jest kluczowa dla przetrwania, bierna postawa, “długofalowe strategie” czy czekanie na dalszy przebieg wypadków to zaklinanie rzeczywistości. Świadomość, że wystarczy kilka błędnych ruchów, aby trafić pod powierzchnię, paraliżuje. Jednak od strachu przed podejmowaniem decyzji gorsze jest niepodejmowanie ich w ogóle: dobre wybory prowadzą do sukcesu i pieniędzy, złe – dają doświadczenie, a ich brak wstrzymuje rozwój. Przekazując w imieniu zespołu „Proseeda” świąteczne życzenia, mam nadzieję, że w właśnie kończącym się roku, udało się nam dostarczyć wiedzy, dzięki której szybciej podjąłeś właściwe decyzje.
To wstępniak mojego autorstwa w nowym numerze Proseeda. Zupełnie niezależnie od niego w numerze pojawił się wywiad z twórcami FRU.PL, Michałem Włodarczykiem i Jarosławem Adamskim, którego jeden fragment doskonale podsumowuje to, co chciałem przekazać:
Popełniliśmy wiele błędów, ale przedsiębiorczość to w 80% błędy. Sprawy idą do przodu dzięki tym pozostałym 20%.
Proseed #17 dostępny jest za darmo po rejestracji tutaj oraz w wersji audio za 9,90 w Audioteka.pl. Bardzo mocno polecam!
To najgrubszy do tej pory (90 stron!) Proseed i zdecydowanie najbardziej szalona okładka jaką mieliśmy:)
Posted: December 6th, 2011 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Skrawki | Tags: apple, polar rose, siri, steve jobs, sunstone capital | 1 Comment »
Rok temu, w Proseed #5 ukazał się mój wywiad z Nikolajem Nyholmem, partnerem w funduszu Sunstone Capital, który rozpoczynał przeczesywanie CEE w poszukiwaniu wartościowych startupów (mieli już wtedy w swoim portfelu między innymi Prezi).
Skorzystałem z okazji i wypytałem Nikolaja także o jego przeszłość związaną z Polar Rose, gdzie był CEO. Sporo z tego co mi opowiadał nie pojawiło się w wersji finalnej wywiadu, gdyż nie pasowało do kontekstu.
Dlaczego to było interesujące? Z dwóch powodów:
- Polar Rose to szwedzka firma, która zajmowała się rozpoznawaniem twarzy na zdjęciach i innych plikach cyfrowych. Dosłownie miesiąc przed naszym wywiadem została w całości kupiona przez Apple Inc. za 29 milionów dolarów
- Firma miała swój oddział w Warszawie – to tutaj była tworzony trzon technologiczny – Paweł Rutkowski reprezentujący Polar Rose wystąpił nawet na Auli Polskiej opowiadając o tym jak działa technologia Polar Rose (byli też nominowani do Aulerów)
Nikolaj był bardzo tajemniczy mówiąc o przejęciu przez Apple (w sumie nie był już wtedy CEO spółki, ale miał wiedzę o całym procesie przejęcia), jednak udało mi się wyciągnąć od niego kilka dodatkowych informacji, które rok temu kompletnie nic mi nie mówiły.
Nikolaj mówiłem między innymi o tym, że Polar Rose jest “bardzo blisko” dynamicznego rozpoznawania postaci nie tylko na stałych zdjęciach, ale także na materiałach video. Myślałem sobie wtedy, że Apple kupiło po prostu technologię do autotagowania zdjęć i filmów zrobionych iPhonem.
Ale to się zmieniło jak usłyszałem o Siri i po przeczytaniu biografii Jobsa, w której wyraźnie było powiedziane, że następnym rynkiem, który zaatakuje Apple będą telewizory, a sam Jobs powiedział, że wreszcie rozgryzł ten problem i znalazł rozwiązanie.
Jobs często powtarzał, że obecne telewizory i metody ich obsługi są do niczego – wystarczy spojrzeć na to jak beznadziejnie zaprojektowane są piloty. Siri może być rozwiązaniem tego problemu – tak przynajmniej twierdzi Nick Bilton z NYT.
I teraz pytanie: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla technologii Polar Rose? W rozpoznawaniu co i kto jest na filmach, “content awareness”, i dostarczaniu tego strumienia danych dla Siri. Ile razy mieliście sytuacje, że mówiliście sobie “O! Znam tego aktora, ciekawe w jakich filmach jeszcze występował” – mając telewizor od Apple napędzany Siri wystarczyłoby zadać proste pytanie kto jest teraz na ekranie i w jakich filmach grał (+ link do iTunes Store z możliwością natychmiastowego kupna filmu). Takie same zasady można zastosować do wiadomości, seriali, talkshows, wszelkiego rodzaju tańcach z gwiazdami…
Gdyby moje przypuszczenia okazały się prawdą, to Apple wchodzi w zupełnie nowy wymiar searchu, kilka kroków przed Google.
Posted: November 10th, 2011 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: emagazyny, Huffington Post, proseed, Tomasz Lis | No Comments »
Tomek Lis ogłosił, że robi coś nowego. Coś nowego w Internecie. Chce budować polską wersję Huffington Post, czyli kiedyś fenomenu internetowego, a obecnie wielkiego portalu agregowanej opinii trzymanego żelazną ręką Arianny Huffington. O tle i wyzwaniach tego projektu świetnie napisał Radek Zaleski z Gazety Technologie. Ja tylko zacytuję ostatnie paragrafy:
Problem leży nie po stronie mediów, a po stronie odbiorców, którzy mając tak uniwersalne i wspaniałe narzędzie jak internet wybierają głupoty ponad sprawy poważne, oczekując jednocześnie, że wszystko będzie dostępne za darmo
W internecie to odbiorca decyduje o tym, co jest popularne i ważne. Wybitnych treści, ekspertów, ważnych debat w sieci nie brakuje – to odbiorcy mają je, powiem po internetowemu, w dupie.
A teraz sprawdź proszę, Drogi Klikaczu, jakie strony znajdują się w historii Twojej przeglądarki. Smacznego.
Nie mogę się zgodzić z tym mocniej, szczególnie mając doświadczenie zarówno z contentem blogoidowym właśnie w sieci Blomedia, a później Arbo. Dlatego uważam, że robienie polskiej wersji HuffPo (nazwanej już LisPo) to nie jest dobry pomysł.
Tomasz Lis powinien robić emagazyn.
16 miesięcy, które do tej pory poświęciłem na tworzenie Proseeda pokazały jasno: o jakości contentu decyduje bezpośrednio i pośrednio forma. “Zamknięcie” treści w sztywnych ramach serwowanego co miesiąc PDFa
Z drugiej strony: wymykamy się dzięki formie wrzucaniu nas do szufladki “reklama internetowa”. W naszym magazynie nie liczą się na pierwszym miejscu kliki i impresje, my sprzedajemy reklamę wizerunkową. Jeśli np. napiszecie do Magdy, która zajmuje się bizdevem w Proseedzie dowiecie się, że jedna reklama fullpage kosztuje u nas niecałe 4000zł + VAT. Ile wyświetleń double billboarda musielibyśmy pokazać, aby to osiągnąć? Ile treści naprodukować, ile fantazujących, szokujących i agresywnych leadów wygenerować?
Emagazyn to zupełnie inne zwierze, forma, która pozwala dbać o treść, ale bez oporu materii i fizycznej dystrybucji. Idealne pole popisu dla Lisa, który idealistycznie myśli, że dobry content online da się obronić przed reklamą internetową. Nie da się.
Ps. Już jest Proseed #16, który serdecznie polecam.
Posted: October 8th, 2011 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Myśli | Tags: wybory | 8 Comments »
Już jakiś czas temu zdecydowałem, że nie idę na wybory. Jakiekolwiek. Dopóki mamy w Polsce wolność wyboru korzystam z niej w sposób, który jest dla mnie jedynym racjonalnym wyjściem: osobistym bojkotem. Dlaczego tak?

Bo nie widzę żadnej wartości zarówno w hasłach i obietnicach wyborczych (przecież wszyscy wiedzą, że większość z nich nigdy nie da się wprowadzić w życie, a mimo to dajemy się im oszukać – dlaczego?).
Nie ma nic do kandydatów do sejmu i senatu. Sądzę, że większość z nich to porządni i pracowici ludzie. To system jest zły. Jeśli kiedykolwiek przyjdzie Wam do głowy prześledzić jak działają komisje sejmowe, jak obudowane proceduralnie są najmniejsze operacje administracyjne, jak wygląda proces prawotwórczy (a z drugiej strony ile jest uchwalanych ustaw w Polsce rocznie) to zrozumiecie, co tutaj działa źle. Inną kwestią jest to, że zupełnie sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem jest zrównywanie wartości głosu profesora zajmującego się fizyką kwantową z głosem człowieka, który z fizyką kojarzy tylko podnoszenie butelki z tanim winem.
Nie obwiniam graczy, obwiniam grę.
Ps. Jeśli jednak moje argumenty Cię nie przekonują – spraw, aby Twój wybór był oparty na racjonalnych przesłankach – zacznij od sprawdzenia (teraz!) kto kandyduje w Twoim okręgu. Potraktuj wybory parlamentarne jak kupowanie nowego laptopa. Zrób research, porównaj specyfikacje. Zacznij od Sejmometr.pl. I przeczytaj wpis Janka Rychtera.
Posted: October 4th, 2011 | Author: Marcin Zaremba | Filed under: Wydarzenia | No Comments »
Od końcówki września mam nową pracę i nowe wyzwania. Odsuwam się od operacyjnego zajmowania się Proseedem i skupiam na współpracy z Xi Investments, czyli funduszu i akceleratorze startupowym założonym przez Maćka Białka. Pierwszym projektem, który będę rozkręcał jest… Promoring.pl przejęty od Divante.
Pamiętacie Promoring? Rok temu był w finale mini Seedcampu. To sprytny system promowania produktów komplementarnych i narzędzie dla e-commerce do budowania sobie nowego ruchu na stronie i zwiększania ilości zakupów w sklepie. Razem z Maćkiem mamy nowy pomysł na rozwój Promoringa, który ja będę wdrażał. Coś czego jeszcze świat nie widział. Ale jeszcze nie ma co zapeszać. Przekonacie się niedługo.
Tutaj oficjalne info.