Rok

Właśnie mija mój pierwszy rok w Senfino.

Jakie mam z tego wnioski? Wszystko jest wieksze: wieksze deale i większe porażki; mocniejsza motywacja, ale ciężej przespane noce.

I gdy jest naprawdę ciężko i zadaje sobie pytanie czy było warto to mam świadomość, że nawet teraz, gdyby wszystko zatrzymać i zrównać z ziemią – to bardzo dużo się nauczyłem. Bo nikt już mi i reszcie zarządu Senfino nie zabierze zdolności czytania umów ze zrozumieniem, negocjacji w każdym skrajnym przypadku, odchodzenia z klasą od ogromnych deali, które nie spełniają naszych wymagań jakościowych, rekrutowania dobrych ludzi, podnoszenia się po fuckupach, motywowania zespołu, wyczuwania gdy zespół jest przepracowany, zwalniania, rozmawiania z prawnikami, analizowania kar umownych, budowania strategii, wyskakiwania oknami. A to wszystko zanim zajmę się tym od czego w Senfino jestem, czyli budowania relacji i biznesu. Te rzeczy atakują grupami z każdej strony, ciągle, przez cały dzień – ciągły context switching. Czy warto to wiedzieć?

Codziennie jak jadę metrem na Kabaty (na Teslę muszę jeszcze trochę poczekać:) to głowa mi galopuje od pomysłów, energii i adrenaliny, a jak wracam to puchnie od nadmiaru wrażeń po całym dniu. Czasami jak wracam to mam poczucie, że każdego dnia jest coraz więcej rzeczy do zrobienia, że to się nigdy nie skończy przez co nie widać postępów. Jak wylewanie kubkiem wody z dziurawej łódki. Czy własna firma jest warta tych stanów?

Ale te postępy są! Tylko się człowiek do nich szybko przyzwyczaja i zapomina. Powiększyliśmy firmę czterokrotnie, mnóstwo procesów usprawniliśmy, nasi ludzie tworzą coraz sprawniejsze zespoły, mamy coraz większe projekty na stole. Choć nie jestem obiektywny to uważam, że rozwijamy się szybciej niż branża. Warto być tam, gdzie można się rozwijać szybciej niż otoczenie.

Zdałem sobie sprawę, że to nie jest mrzonka, gdy podczas rekrutacji zaczęliśmy opisywać potencjalnym kandydatom do pracy u nas jak pracujemy, jakie mamy ideały, w co wierzymy jako organizacja. I za każdym razem wychodziłem z takiej rozmowy podbudowany, bo właśnie w takim miejscu zawsze chciałem pracować. Czy to jest coś warte?

Nauczyłem się być mniej naiwny i bardziej zajarany jednocześnie. Sprzeczność? Takie życie to ciągłe sprzeczności i balansowanie na żyłce zdrowego rozsądku. Ale to da się przeboleć bo to świadoma decyzja. O wiele gorzej jest oglądać coraz mniejszą cierpliwość otoczenia i najbliższych, którzy starają się balansować coraz częstsze huśtawki od euforii po opad wszystkich członków. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę jak zajebiście egoistyczne jest takie podejście w stosunku do nich. To, że ze mną wytrzymują jest niesamowite. Czy warto bliskich narażać na coś takiego?

Ostatecznie czy faktycznie warto?

Warto. Plułbym sobie w brodę, gdybym nie spróbował.

  • Bartek Nowakowski

    Najfaniejszy Twój wpis!

  • Paweł Surgiel

    Kiedy agencje rekrutując mówią o profitach, ścieżkach kariery, (wyimaginowanym) prestiżu, skupiają się na finansach…

    Senfino mówi o ideałach i wartościach :)

    Brawo :)

  • Tomek Shulkovsky

    fajna zdystansowana autodiagnoza, w wielu miejscach się zgadzam, mimo, że siedzę w innej szufladzie mobajlu:)

  • Mój prywatny sposób na problem nie dostrzegania postępów: spójrz na koniec dnia na listę zrobionych tasków. I świętujcie małe sukcesy, choćby w mały sposób – wspólnym obiadem. Dzięki temu milestone’y zapadają w pamięć, jest punkt odniesienia.